Mądra matka po 7 miesiącach 2012-03-15 15:51:19


Otóż Pawełek śpi, a ja zamiast sprzątać siedzę sobie w internecie. A co! Czasami trzeba znaleźć czas na jakąś przyjemność. Ale wracając jescze do powarcającego jak bumerang tematu spania. Tak wiem, że go lubicie :D Okazało się ku memu zdziwieniu, że Tracy H., którą już skreśliłam jako osobę niekompetentną w zakresie pouczania matek jak powinno się kłaść dzieci spać, miała rację. Jej lub mój błąd polegał na tym, że zbyt dosłownie brałam sobie do serca jej "przykładowe" opisy. I tak gdy pisała, że ona 5 minut wycisza przytulone do siebie dziecko w bujanym fotelu, ja robiłam to samo. 5 minut. Efekt był taki, że później jeszcze godzinę próbowałam skłonić do snu mojego Skowroneczka. A on sobie ćwierkał długo i rozdzierająco ten wcześniej podany czas. A ja sobie myslałam, no tak pisze Tracy, tak tzreba. Potem jak dobrze wiecie, stwierdziłam, że pisze durnoty i zaczęłam me dziecko usypiać przy piersi. Później miałam fazę na utulanie go w chuście. Po mniej więcej dwóch tygodniach Pawełek się chyba na noszenie w chuście uodpornił, bo mogłam go nosić, robiąc wiele różnych rzeczy, a on się zaczął wyginać i interesować wszystkim do okoła, bynajmniej nie robiąc się śpiący. Parę dni temu okazało się, że metoda wcześniej wspomnianej Tracy działa, ale jedynie, gdy czas wyciszania trwa odpowiednio długo, co zwykle u Pawełka trwa około 20 minut. Efekt jest taki, że mniej mnie boli kręgosłup od noszenia mojego prawie ośmiokilogramowego Skarba.
Uwielbiam poza tym Klub Mam. To jest cudowne miejsce wsparcia. Dzięki niemu nie czuję się jak jedyna mama na tej planecie. Pomyślicie pewnie, że ciężko się tak czuć na osiedlu, gdzie co druga osoba pcha przed sobą wózek. Tyle, że tak jakby każda z tych mam mieszkała na własnej planecie.
Strasznie się poza tym cieszę, że idzie wiosna. Będzie można wreszcie jeździć na rowerze, grać w tenisa, chodzić po górach i robić wiele innych rzeczy. Częściowo z Pawełkiem.

skomentuj (3)



Rady, porady, podpowiedzi 2012-02-09 11:59:02


Nie wiem czemu, ale ostatnio bierze mnie na podsumowania. Pawełek niedawno skończył pół roku, więc to pewnie dlatego. Jest już bardzo sprawny: umie sobie włożyć nogę do buzi oraz przy pomocy kciuka wywiercić zagłębienie w ręce osoby, która aktualnie go karmi. Po przebudzeniu zazwyczaj  jest w kiepskim nastroju. Dość często płacze w niebogłosy, jakby miał jakiś okropny sen. Zdarzają się jednak obudzenia bardzo pozytywne, po których jest radosny jak skowronek. Jeśli chodzi o zasypianie… cóż to nadal jest nasza pięta achillesowa. Karmienie przed spaniem  jest już teraz normą. Pogodziłam się (przynajmniej na razie) z tym stanem rzeczy. W jednym z poradników wyczytałam mądrą radę, żeby wyrzucić każdą książkę lub czasopismo, które powoduje, że czuję się niekompetentną matką i wywołuje u mnie poczucie winy. Chyba wypada się zgodzić ze stwierdzeniem, że jeśli dziecko przeżyło kolejny dzień, to znaczy, że się wywiązało ze swojej roli. Otóż metody zalecane prze T.Hogg w moim przypadku się nie sprawdziły, u mnie wywołując nerwicę oraz  poczucie winy, że synek płacze przez ponad godzinę i jest nieszczęśliwy. Magda S. nie korzystając podpowiedzi  poradników, stwierdziła, że „lepsze języki niż poradniki” i  jeśli tyle dzieci wcześniej (można je chyba liczyć w miliardach) z całą pewnością były karmione przed spaniem, to nie ma co się tym przejmować. A że każdy orze jak może, to powszechnie wiadomo. Nawet i usypianie w wózku nie jest zbrodnią o ile koła wózka są czyste. W zimie jednak z tym ostatnim różnie bywa.

Wywiad przeprowadzony w kręgu mam z klubu potwierdzają powyższe wnioski do których doszłam.

Ostatnio (miesiąc temu) doszedł jeszcze jeden dość nieoczekiwany problem, a mianowicie częste (co 2 godziny) budzenia w nocy. Prawdopodobnie to wina gazów. Nie wiem za bardzo dlaczego w tak późnym wieku właśnie ta kwestia nie pozwala się wyspać się całej rodzinie. Magda S. myśli, że to wynik wprowadzenia kaszki z mleka modyfikowanego. Nie jestem do końca pewna czy to jedyny czynnik, ponieważ zanim zaczęliśmy go tym karmić, spał znacznie gorzej. Zaczęło się to po nowym roku. I dziwne było to, że jak potem przyjechaliśmy na Święto Trzech Króli, u rodziców, sytuacja się poprawiła – 2 nocne budzenia, a gdy tylko wróciliśmy do Warszawy, znowu to samo. Zaczynam podejrzewać, że gdy w pobliżu jest moja mama, Pawełek śpi znacznie lepiej. Bo po jej pobycie, gdzie wydawało mi się, że sytuacja się unormowała, nastąpił kolejny regres. Bardziej racjonalne wyjaśnienie tej sytuacji jest następujące: synek budzi się często w nocy, kiedy ja jestem zestresowana i niewyspana, powodując tym samym u mnie większy stres i niewyspanie. Jedynym ratunkiem jest więc pomoc z zewnątrz oraz Espumisan.

W związku z moimi problemami jęczałam i kwękałam moim znajomym i przyjaciółkom. Ci dawali mi między innymi rady, bym spała z Pawełkiem, w ten sposób zapewniając mu poczucie bliskości a sobie potencjalną możliwość większej ilości snu. Ja jednak, ani Rafał nie chcemy do tego dopuścić. Nasze łóżku i tak jest ciasno, a poza tym nie wiem, jak miałoby wyglądać wyprowadzanie dziecka do własnego łóżeczka. O tę odrębność będziemy walczyć!



skomentuj (4)



pół roku 2012-01-20 21:24:43


Było ciężko. Parę nocy z 5 pobódkami w ciągu nocy nie wiadomo po co i dlaczego. Prawdopodobnie Pawełek był głodny (mimo wszystko) albo/i bolał go brzuch i miał gazy. Te 3-4 noce wystarczyły by podkopać już i tak nadwyrężoną wiarę w siebie, własne siły i sens mej egzystencji. Z pomocą przyszła mi mama oraz wynalazek poz nazwą Kaszka ryżowa dla niemowląt z malinami. Przedwczoraj podziałało wyśmienicie, mimo początkowych obiekcji co do formy podwania jedzenia ("co za cholerstwo próbujecie mi wcisnąć do buzi?"). Nie mam weny więc kończe mój wywód stwierdzeniem, że w mym dziecięciu coraz bardziej uwidaczniają się jego cechy charakteru. Fajny jest, ale jego ryk mnie osłabia. Szczególnie w nocy. Dobranoc

skomentuj (4)



licencja na wychowanie 2011-11-21 19:15:40


To był bardzo dobry dzień. Umyłam podłogę, zrobiłam pranie, byłam na dwóch spacerach z Pawłem, wyjęłam rzeczy ze zmywarki i dopiero teraz odpaliłam komputer. Czuję, że od dziś już będzie dobrze. Na reszcie pojęłam gdzie popełniałam błąd.
Ostatni miesiąc był niezbyt dla mnie satysfakcjonujący. Nie mogłam spamiętać, kiedy karmiłam syna, ile trwała jego ostatnia drzemka, a to błąd. To błąd. Nie chciało mi się i się doigrałam. W konsekwencji Pawełek zaczął mieć problemy z zasypianiem. Najpierw w ciągu dnia, a potem wieczorem. Normą stało się usypianie go w wózku jeżdżąc pół godziny po mieszkaniu. Coś generalnie przestało w tym wszystkim grać, choć ja nie bardzo wiedziałam co. Inni oczywiście też mieli swoje poglądy na te trudności. Ciocia Z. oczywiście stwierdziła, że to na pewno są kolki (!) Ale zostawmy biedną ciocię. Po jakiś dwóch miesiącach posłucham (wreszcie) rady Oli z Femi, żeby poczytać sobie książkę "Uśnij wreszcie". Zastanawiałam się, co za cudowny sposób na usypianie malucha mi jeszcze nie wpadł do głowy. Może jakaś specjalna technika masażu, albo coś w tym rodzaju. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu przeczytałam to co w innych poradnikach: trzymać się planu karmień, ustalić rytuały i konsekwentnie pozwalać dziecku SAMEMU zasnąć w łóżeczku i nie kombinować. Co najdziwniejsze to naprawdę dziś podziałało. Nie zmarnowałam godziny szumiąc mu nad uchem i zasłaniając oczy. Nie musiałam nawet przy nim siedzieć. Właściwie odczytałam jego sygnały świadczące o tym, że chce mu się spać i to w zasadzie wszystko. Czasami najtrudniej wpaść na najprostsze rozwiązania. No i diabeł tkwi w szczegółach (ad. Rytuały).

Każda przyszła matka powinna przeczytać choć jeden poradnik dotyczący niemowląt, bo zdawanie się na własną intuicję moim zdaniem w tym przypadku jest psu na budę. Po co się męczyć, kiedy można czerpać z wiedzy innych i uczyć się na ich błędach, a nie na swoich? Co wyczytałam ważnego: problemy z zasypianiem są wynikiem w 98% złych nawyków. I najlepiej zmieniać je gdy dzieci są bardzo małe, ale nawet z kilkulatkami się to (podobno) udaje.



skomentuj (3)



droga dobra 2011-11-06 21:39:40



Zaczęło się niewinnie, od wpatrywania się w cudze płaszcze od tyłu; analizowania wzorków i szlaczków. Im bardziej skomplikowany, tym lepiej. W końcu jednak i to przestało być interesujące. Zrodziły się pytania: Po co to wszystko? Ten tłum, te gesty, te słowa? O co tu chodzi? Jako kilkuletnie dziecko nie wiedziałam zbyt wiele o świecie, a jeszcze mniej o życiu wiecznym, Jezusie i jego miłości. Pewnego dnia, którego już w zasadzie nie pamiętam, podjęłam jednak decyzję, która wpłynęła na całe moje życie: „chcę być dobrym człowiekiem”.

Prawdopodobnie od tej decyzji minęło już kilkanaście lat i bardzo wiele się zmieniło. Mam już ustabilizowaną sytuację cywilno-prawną itp. :P ale decyzja pozostała. Już wiem, że dzięki temu, co pomyślała sobie kiedyś kilkuletnia dziewczynka podczas jednej ze mszy w kościele Matki Bożej Fatimskiej w Płocku, moje życie jest właśnie takie: obfite w łaski. Poza momentami, gdy dopadają mnie demony smutku z różnych mniej lub bardziej wydumanych przyczyn, jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. I wiem, że to Bóg to sprawia. Jego błogosławieństwo czuję niemal fi zaczynie – jak ożywczy deszcz (bądź dreszcz).

Mimo to dwa dni temu znowu był dołek, ale gdy zwróciłam się do Pana o pomoc, otrzymałam wytłumaczenie, dlaczego tak często jest mi źle.

„Moc w słabości się doskonali. Gdybyś była silniejsza psychicznie nie czułabyś, że jestem Ci potrzebny”.

Oraz „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale Ci co się źle mają”

Czegoś takiego się nie spodziewałam. Coś, co mnie dołowało nagle ujrzałam w innym świetle. Okazało się łaską. Chciałoby się krzyknąć „Cuda, cuda niepojęte!”

 

Od dwóch tygodni zaczęliśmy we wspólnocie „Seminarium Odnowy Wiary w Duchu Świętym”. To coś, czego bardzo mi było trzeba. Żmudna i długa droga pogłębienia wiary, która ma na celu przygotowanie do wielkiego dzieła ewangelizacji. To moje wielkie pragnienie: by ludzie wokoło mnie mogli zasmakować w tych wszystkich darach, jakich Bóg każdemu chce udzielić, jeśli tylko człowiek otworzy swoje serce. To taka piękna, a jednocześnie trudna droga. Nie każdemu się chce na nią wejść, ale „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Panu”. Bardzo szczerze w to wierzę. Chwała Panu!

 

Zmieniając temat na bardziej przyziemny: ograniczyłam ostatnio siedzenie w Internecie. Zaczęło się od pokuty w intencji mszy o uzdrowienie, a potem w celu ogarnięcia mieszkania. Nadal twierdze, że opieka nad małym dzieckiem plus zajmowanie się domem jest przynajmniej porównywalnie męczące jak praca na cały etat np. w biurze. Poplamiona ulanym mlekiem podłoga, sterta prania czekająca na „lepsze dni” oraz masa pieluszek z rzadką kupką, którą niestety nadal trzeba zmywać szczotką bardzo mnie frustruje. Do tego jeszcze bolące plecy. Nie ma łatwo. Ale z pieluch wielorazowych na bank nie zrezygnuję. Zawzięłam się i kropka. I nadal twierdzę, że to się bardziej opłaca, mimo minimalnie większego wysiłku z mojej strony.

Zaczęłam ponadto chodzić na spotkania klubu mam Ursusa. Zaskoczył mnie fakt, że prowadzi je matka obecnie 5 dzieci należąca do naszej wspólnoty. Wszystkie inne mamy są również głęboko wierzące. Po prostu WOW. Kolejny raz dostaję to, czego chcę i potrzebuję, a w tym momencie potrzebuję wsparcia ze strony kobiet o podobnych problemach i trybie życia. Muszę się jeszcze tyle dowiedzieć. I jeszcze tyle dobrego mogę z nimi zrobić. Jest fajnie :D



skomentuj (2)



Paweł 2011-10-13 14:26:42


Dziś Pawełek ma już 11 tygodni. Mogę więc już po krótce określić jaki on jest.

Przede wszystkim jest PIĘKNY. Ma takie śliczne rysy twarzy, że nigdy nie widziałam ładniejszego dziecka. A kiedy się uśmiecha, wygląda przecudnie.

Lubi się kąpać. Podczas kąpania nie płacze, ale patrzy tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami z wyrazem pewnego zdziwienia. Często nas ochlapuje nogami.

W nocy jest bardzo grzeczny i śpi. Wtedy też chyba najładniej się uśmiecha po nakarmieniu i zmienieniu pieluszki. Uwielbiam go karmić w nocy, bo jest wtedy taki spokojny i skupiony na ssaniu. W ciągu dnia, niestety wygląda to różnie.

Często podczas jedzenia się kręci, podnosi główkę, rozgląda się wokoło. Bywa to dość wnerwiające. Na szczęście teraz jego tempo jedzenia jest znacznie większe  i zwykle to trwa 15 minut.

Kupki nadal są rzadkie i częste.

Dużo sika. Potrafi sikać nawet co 10 minut. Nie wiem gdzie on to mieści. Lubi zabawę „obsikaj osobę, która Ci zmienia pieluszkę, kiedy na Ciebie nie patrzy, gdy masz już nakremowaną pupę”

W trakcie dnia ma problemy z zasypianiem. Najbardziej po godzinie 15. Potrafi długo marudzić zanim uda mu się zasnąć.

Dodatkowym utrudnieniem jest bolący brzuszek, który uspokaja się pod wpływem noszenia z jednoczesnym uciskaniem brzucha. Czasami dobrze mu robi kładzenie się na brzuchu, ale ostatnio coś podnoszenie główki idzie mu gorzej. Może urosła mu za szybko w stosunku do reszty ciała… W każdym razie Paweł potrafił podnosić głowę od urodzenia.

Ostatnio frajdę sprawia mu plucie i ślinienie się. Nie wiem od kogo się nauczył tego plucia.

Uroczo sobie gaworzy, a najbardziej gadatliwy jest podczas przewijania.

Paweł nie lubi być ubierany. Szczególnie w nieco przyciasną kurtkę.

Lubi jazdę samochodem. Prawie od razu zasypia w aucie.



skomentuj (4)



Narodziny 2011-07-29 08:57:40


W sobotę rano Rafał stwierdził, że chętnie bujnąłby się do teściów od Płockie, bo nie chce mu się siedzieć w mieszkaniu cały weekend. Ja chętnie się zgodziłam. Spakowaliśmy więc też dzieciowe manatki i ruszyliśmy w drogę. U rodziców miło spędziliśmy czas.  Do Wawy wróciliśmy nieco przed 19, szybko się przebraliśmy i pojechaliśmy na mszę na 19:30. Wyspowiadałam się nawet, ale potem mały tak szalał, że mi z bólu łzy stawały w oczach. Kopał mnie okrutnie w okolicy wyjścia. W końcu – tuż przed komunią chyba dopiął swego bo chlusnęło mi po nogach. No może nie chlusnęło, ale się przynajmniej bardzo obficie polało. Szok. Wyszliśmy prawie natychmiast. Potem trochę żałowałam, że nie przyjęłam komunii, ale z drugiej strony wzbudziłabym niezłą sensację. Choć podejrzewam, że i tak parę osób zauważyło mój mokry tyłek, w tym nasz zaprzyjaźniony ksiądz, który tą mszę odprawiał :D Pojechaliśmy do mieszkania po część rzeczy, jakich wcześniej zapomnieliśmy i ruszyliśmy do szpitala. Generalnie było dokładnie tak, jak sobie to wymodliłam, czyli, żeby zaczęło się, kiedy mąż był przy mnie i by mógł się wyspać. Potem jednak się okazało, że i tak nie spał z nadmiaru adrenaliny ;]

Zaraz po odejściu wód zaczęły mi się coraz bardziej regularne skurcze. Bolały przeokropnie, a ja się jak głupia cieszyłam, że mogę zasmakować prawdziwego porodu i bólu rodzenia. Potem nieco zmieniłam zdanie na temat tej wątpliwej przyjemności. :P W szpitalu podłączyli mnie pod KTG. Tak to się chyba nazywa, ale niezbyt się spieszyli. Zmienili nieco zdanie po odkryciu, że stopa syna jest w pochwie, a ja mam 4 cm rozwarcia. Trzęsłam się już jak galareta. Także podczas ZZO, ale wkuli mi się dobrze, bo nie czułam bólu, a potem nie miałam żadnych nieprzyjemności. Myślałam, że nie będę nic czuła, ale teraz już wiem, że to działa tylko na ból, bo doskonale wiedziałam, jak tarmoszą moim brzuchem. Mąż był ze mną podczas cesarki. Jak przyszedł ubrany w ten specjalny strój pomyliłam go z pielęgniarką :P Ja zamknęłam oczy, bo niestety w lampie mogłam się obejrzeć od środka, co nie było dla mnie zbyt atrakcyjnym widokiem.  Moment w którym zobaczyłam maluszka, był naprawdę cudowny. Lekarka stwierdziła, że moje łożysko wygląda bardzo staro i nie podoba jej się rozdęta z lewej strony macica, którą mi syn regularnie maltretował. Nie powiem, zmartwiło mnie to wszystko. Na pooperacyjnej było spoko. Ja jednak nie mogłam w nocy oka zmrużyć, co w połączeniu z faktem, że poprzednie dwie noce, również miałam nieprzespane, spowodowało, że w poniedziałek czułam się jak w dzień oddania pracy zaliczeniowej z projektowania :P Z tego względu bardzo poważnie zastanawiałam się nad wynajęciem jednoosobowej Sali za 850zł, gdzie Rafał mógłby być ze mną całą noc. Jednak teraz z perspektywy czasu uważam, że to byłby ogromny błąd, bo i tak nic nam by to nie dało i już lepiej byłoby wynająć położną do opieki w nocy. Z żadnych z tych opcji jednak nie skorzystaliśmy i bardzo dobrze. W sumie stało się tak ponieważ mój kochany mąż zaraz po porodzie podłączył mi Tel do ładowania do gniazdka na drugim końcu Sali pooperacyjnej i wyłączył dźwięk. W południe nawet gdy chciałam się z nim skonsultować w tej sprawie i dzwoniłam z pożyczonego telefonu, on nie odbierał. Ale i tak było najlepiej jak tylko możliwie, bo trafiłam do 3osobowej Sali z łazienką, automatycznymi łóżkami –uwielbiam je i doświadczonymi babeczkami, które dały nam sporo cennych i bardzo praktycznych rad. Już o 22 w pon. Byłam w stanie pierwszy raz zmienić małemu pieluchę.  Generalnie pobyt w szpitalu wspominam bardzo dobrze. Jednak nie wszystkie kobitki  miały tak dobre zdanie o tej placówce. Z jednaj strony zarzuty jednej pani, że zbagatelizowały jej problemy z nadciśnieniem były zasadne. Ale mogłaby nie odpowiadać personelowi na pytanie jak się czuje, że bywało lepiej, a nam narzekać, że zaraz jej „łeb pęknie”, a nogi ma tak spuchnięte, że prawie nie może ruszyć palcami.

Co do dzidziusia, jak dla mnie jest przepiękny, ale też moim zdaniem trochę dziwny. Jak chcę, żeby mu się odbiło, podnosi sam głowę do góry. I często sapie. Pediatrzy jednak nic sensownego nie potrafili powiedzieć na ten temat. Jest też strasznie żarty. Wczoraj zaczęłam go karmić o 21, a skończyłam kwadrans po północy z 4 zmianami pieluszek po drodze. Myślałam, że już będę tak karmić go do końca świata. A nie jest to dla mnie szczególnie przyjemne, bo już mam popękane brodawki, mimo, że ciągle go dobrze przystawiam, smaruję i wietrzę. Od wczoraj stosuję osłonki i boli nieco mniej, ale nie wiem, czy dzięki temu szybciej się wygoją. Dziś jednak dał nam na szczęście spać prawie 5 godzin, więc nie mam mu za bardzo za złe tego wczorajszego przydługiego karmienia. Wkurzające jednak dla mnie było to, że trzeciego dnia, kiedy miałam nawał zadowalał się 10minutowym karmieniem co 3-4 godziny. No ale jakoś to przeżyłam. ;]  



skomentuj (5)



przegląd tygodnia 2011-07-21 16:50:07


Udało się. Jestem magistrem. Obrona była dużo przyjemniejsza niż inżynierska. Bardziej kameralna, prócz dziekan była moja promotorka i Kosmala. Obawiałam się, że zmieszają moją pracę z błotem. Fakt, zbyt odkrywcza nie była. Taki trochę gniot. Dziękuję jednak Bogu, że przede mną broniła się Alina. Był z nią Tomasz i on trochę rozładowywał napięcie. Dzięki temu można powiedzieć, że byłam dość wyluzowana. Podczas samej obrony dziekan już maksymalnie znudzona nie słuchała mnie, bo później recenzent musiał jej wyłożyć kawę na ławę czego dotyczyła moja praca. Promotorka dość skutecznie broniła mnie przed zarzutami pana K. za co w sumie jestem jej wdzięczna. Pytania miałam nieco od czapy: budowa nawierzchni trawiastych na obiekty sportoworekreacyjne. Tego nie było na liście możliwych zapytań, więc ledwo cokolwiek wydukałam z pomocą pani R. Drugie pytanie dotyczyło obiektów sprzęgających dwa wnętrza. Też jak w mordę strzelił. :P
W każdym razie obronę ocenili mi na 4, a na koniec studiów 5. Także lepiej niż się spodziewałam.
Po obronie czuję się wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Czekam już tylko na rozpakowanie. Chciałabym, żeby odbyło się ono jak najszybciej, ale ze względu na dobro dziecka, chyba powinnam się jeszcze uzbroić w cierpliwość. Zresztą nie tylko ja. Zaczęły się już SMSy, telefony z pytaniami: czy to już? Dlatego chciałam nieco ostudzić emocje. Mimo, że termin według ostatniej miesiączki jest na dziś, nie oznacza to, automatycznie faktu urodzenia. Bardzo niewielki odsetek dzieci rodzi się w terminie, a większość po nim. Słyszałam ponadto, że chłopcom szczególnie nie zależy na zbyt wczesnym opuszczaniu maminego brzucha. Termin porodu może być nawet o tygodnie później wywoływany, jeśli nadal nic się nie dzieje. A u mnie właśnie nic się nie dzieje. Bodajże mówiłam An i Promyczkowi, że szpitalny lekarz powiedział, że będę miała cesarskie cięcie po rozpoczęciu czynności skurczowej. Albo gdy odejdą wody, mam przyjechać do szpitala. Nie ma takiej praktyki, by przyjeźdżać parę dni wcześniej i niepotrzebnie zajmować szpitalne łóżko. To byłoby chyba nieco zbyt stresujące, a hormony odpowiedzialne za rozpoczęcie porodu, nie lubią się z adrenaliną. Wobec tego staram się maksymalnie wyluzować, co teraz już jest znacznie łatwiejsze.
Niestety to czekanie wcale nie jest takie łatwe, ani przyjemne. Syn nie zważając na zbytnią ciasnotę, wciąż rozciąga mnie na wszystkie strony; nogi i stopy ostatnio puchną mi maksymalnie, a szczególnie prawa. No i jeszcze najgorsze z tego wszystkiego: miednica, w której coś strzyka przy nieprawidłowym przewrcaniu się z boku na bok. Dwa dni temu miałam schizę, że mam patologiczne rozejście się spojenia łonowego, ale dziewczyny z grona i innych for uspokoiły mnie, że jeśli jestem w stanie chodzić, i się ruszać, to nie powinnam histeryzować, a moje bóle są w miarę normalne. Trzeba to przecierpieć i tyle.
Mama radziła mi, żebym już jutro pojechała do szpitala i zarządała cesarki. Ale chyba jednak się wstrzymam do poniedziałku, by znowu zjawić się na "komisji". Może do tego czasu syn się ogarnie i zapragnie już opuścić moje wnętrze. Nie miałabym na prawdę nic przeciwko.


skomentuj (2)



jak długo jeszcze??? 2011-06-30 09:06:59


Trwam nadal w niepewności. I to mnie męczy. Nie wiem ani kiedy oddaję pracę, kiedy się bronię, ani kiedy mam rodzić. Myślałam, że nie jestem jedną z tych współczesnych kobiet, co chcą mieć wszystko zaplanowane i pod kontrolą. Chyba jednak chciałabym wiedzieć cokolwiek. Mimo tego, co pisałam w poprzedniej notce, po rozmowie tydzień temu z moją promotorką znowu zachciało mi się bronić w lipcu. Przekonał mnie argumet, że pani R. pracuje w piątek (po Bożym Ciele) i mogłaby mi pracę sprawdzić do poniedziałku. Łudziłam się, że faktycznie tak będzie. W końcu dowiedziałam się wczoraj, że około godziny 16 promotorka zasiadła łaskawie i zaczęła ją sprawdzać. Napisała mi, że ma do niej dużo uwag, więc chyba zaraz po opublikowaniu tej notki zabiorę się do pisania podania o przedłużenie tereminu złożenia pracy do końca września. Mam się z panią R. spotkać o 12. Jeśli będę musiała na nią czekać, albo okaże się, że jednak coś jej wypadło i nie przyjedzie, chyba ze złości zjem własną stopę (ostatnio zrobiły się takie pulchniutkie, że palce lizać). Plusy mojej sytuacji są chociaż takie, że wszystko inne (egzaminy i wszystkie przedmioty) mam zaliczone i do trzech kolejnych literek przed nazwiskiem dzieli mnie w sumie niewiele. Choć nikt, prócz Ojca Niebieskiego nie wie, ile. Może się dowiem o 12, a może nie. By pocieszyć samą siebie napiszę jeszcze, że mam już kompletną obiegówkę (również dzięki życzliwości koleżanek z roku). A nade wszystko mam cudownego męża, który tak bardzo mnie wspiera i pomaga. Bez niego chyba dawno już bym się załamała.

skomentuj (4)



praca magisterska 2011-06-21 17:38:36


Do planowanego terminu porodu został dokładnie miesiąc. Już nie mogę się doczekać, a z drugiej strony trochę niepokoi mnie wizja paru miesięcy bez snu i totalnego zmęczenia. Mam nadzieję, że wszystkie młode małżeństwa nieco histeryzują i tak na prawdę nie jest aż tak tragicznie.
Nieco zabawne jest to, że gdy ktoś pyta co u mnie, ja zamiast o dziecku mówię o końcu studiów i pracy magisterskiej. Nie dlatego, że o dziecku w ogóle nie myślę. Myślę, ale przede wszystkim czuję presję. A w zasadzie czułam, ponieważ nieco zmieniłam swoje podejście. Po obejrzeniu nagrania konferencji Soli Deo z małżeństwem Kurzajewskich, w którym pani K. opowiadała jak broniła się tydzień przed terminem porodu, stwierdziłam, że skoro ona mogła, to ja też. I udowodnię całemu światu (w tym moim znajomym ze studiów), że ten dzidziuś był planowany. NPR nie nawalił. To ja myślałam, że obrony są w czerwcu :P No ale są w połowie lipca i dlatego niestety mój plan się nieco sypnął. W każdym razie od niedzieli (kiedy przeszłam doła pod tytułem: "już nie chcę udawadniać całemu światu, że jestem superwoman") podchodzę do tego wszystkiego na większym luzie. Tym bardziej, że moja promotorka zachowuje się zwykle jakby miała mnie gdzieś i nie poprawiła jeszcze nic w mojej pracy. Inna sprawa, że dałam jej na razie niekompletny przegląd literatury. Badania mam zrobione, częściowo opisane. Gdyby nie zaliczenia i egzaminy praca już by leżakowała w dziekanacie. No ale... aktualnie plan prezentuje się następująco: oddaję pracę przed porodem, a bronię się we wrześniu. Mniejmy nadzieję, że ponad 2 miesiące po porodzie będę na tyle ogarnięta, żeby ten plan wykonać. Jak nie to będę kombinować dalej. Kiedyś się w końcu obronię. :P

skomentuj (2)




Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu