mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2008

    Ala kazała mi napisać jakąś notkę, no więc piszę, choć nie bardzo wiem o czym i jak… Może po prostu wytłumaczę dlaczego jestem dziś marudna, naburmuszona i nie chce mi się z nikim, ani z niczym rozmawiać. Jak tylko się obudziłam znowu czułam ten uporczywy ból w prawej skroni. Dochodzę do wniosku, że kanapa w salonie nie jest zbyt bodzre dostosowana do mojego ciała, bo gdyby była, nie czułabym się rano jak połamana. Mało tego znowu rano było mi gorąco, a słoneczne promienie znowu beztrosko igrały na mojej twarzy i choć to brzmi fajnie, nie jest aż takie przyjemne… Spoglądając w lustro poczułam się jeszcze gorzej bo archipelag czerwonych plam zamiast się zmniejszać, ciągle się powiększa. Wobec tego kolejny raz doszłam do wniosku, że jestem strasznym pasztetem i zaczęłam się dziwić czemu Rafał widząc mnie nie wybiega z pokoju z krzykiem przerażenia.
    No, ale jakoś przeżyłam tą konfrontację z lustrem i mimo pokusy by przy pomocy kosmetyków dodać sobie trochę uroku, zrezygnowałam z tego na rzecz niezatykania porów (wtajemniczeni wiedzą, że nie mówię o warzywie). Jeszcze w mieszkaniu uswiadomiłam sobie, że w genialnym planie Aliny odnośnie dzisiejszego dnia, jest pewnien problem: nikt nie pamietał, że dziś o 13 mam mieć przymiarkę sukni ślubnej. Podzieliłam się tą informacją z Alinką i oczywiście okazało sie, że ona nie może (nie ze swojej winy, ale jakiś panów od grzejników). Potem napisałam SMSA do An_ dobrze wiedząc, że ona też nie może, bo przecież ma praktyki. I tak oto nikt ze mną nie mógł iść do salonu. Spowodowało to dobrze znany mojemu narzeczonemu atak cichego płaczu, bo już oczami wyobraźni widziałam siebie samą w salonie, bez kogokolwiek kto mógłby mi doradzić i pomóc w wyborze. Idąc za ciosem wywlekłam wszystkie sowoje lęki i płakałm dłużej niż zamierzałam. A to wszystko do godziny 8:30. Dalej nie było lepiej: zmarnowałyśmy z Aliną półtorej godziny czekając na Gosię S i Kasię G. Alinka jak zwykle wymagała ode mnie jakiejkolwiek rozmowy, na którą niestety nie miałam ochoty. Na domiar złego okazao się, że dziś wcale nie będzie spotkania naszego rocznika i znowu nie licząc się ze mną przesunięto je na czwartek, a więc mnie już nie będzie w Warszawie. I mam to szczerze mówic gdzieś! I wcale nie pójdę dziś do Parku, bo zwyczajnie nie mam na to ochoty!  O!!!

    cd: wracając z Warszawy Zachodniej strasznie zmoknęliśmy.

    THE END :P

    A teraz relacja z ostatniej chwili:
    Jestem po fajnym weekendzie. Skończyłam inwentaryzować to piekielne osiedle ( z nieocenioną pomocą An_) i wszystko na to wskazuje, że zaliczyłam 4 semetr. And who is the master?? ;]
    Kończą mi się praktyki i wreszcie będę mogła się skupić na przygotowaniach do ślubu. Posprzątam mieszkanie, bo koty miauczą już niemilosiernie, a podłoga zaczyna się kleić :P Dramatyzuję trochę, ale to nic. Muszę się spełnić jako dobra gospodyni, bo wiadomo, że muszę. :P Podoba mi się Rafała podejście do porządków: jeśli z niewielkim wysiłkiem możesz znaleźć coś, czego szukasz, jest dobrze. Mnie już też męczy bałagan. To chyba przychodzi z wiekiem, bo kiedyś wielki pieprznik w zasadzie mi w niczym nie przeszkadzał.


    Wracając do weekendu: mieliśmy wakacje od sprzątania, bo goście mieli być, a nie byli; za to my byliśmy w gościach i to inni musieli sprzątać. Nie wskazując palcem była to rodzina Chudzików. Wyjechaliśmy z Ursusa bladym świtem (około godz 7:30) a o 11 już byliśmy na mszy w WSI-O- DZIWNEJ-NAZWIE (Zwola Poduchowna). Zastanawiam się nad entymologią tej nazwy Z wola (z woli?) Po duchownym? Poducha-owna??? Ale mniejsza o to. Atrakcji u Domiego co nie miara: strząsarki, szpulko-wiązałki :P, kombajny, cięgniki, rury, kury i wszystko co miejskiej duszy może w mieście braknąć. I nawet śpiewał ptaszek o niezidetyfikowanym gatunku na linnii telefonicznej. Wszystko było takie fajne :) Ale jak to Rafał słusznie spostrzegł: „Taka trochę wieś”. (*teraz mowa o Zwoli, a nie o Zwoli Poduchownej, choć ta druga to podobno jeszcze mniejsza wieś).
    Czasem fajnie znowu poczuć się dzieckiem. Dlatego jak tylko pogłoski o Tym że Prezes ma basen okazały się prawdziwe, ani przez chwilę, nie wątpiłam, że zostanie on użyty w niecnym celu. Tym niecnym celu było ochlapanie wszystkiego co się rusza wokół, z zanurzeniami i wynurzeniami włącznie. Tak więc, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja, ubrana w moje słodziachne sexi bikini, zrealizowałam swój plan najpierw na sobie, a potem na innych ;] I było cudnie, gdyby nie bałtykowa temperatura przejrzystej wody. Tylko An_ nie wykazywała równie entuzjastycznej postawy wobec realizowanego przeze mnie planu. No niestety. Jej strata. Ja nie chciałam być zołzą. więc nie nalegałam, by cieszyła się z tego, jak chlusnęłam na nią wodą :P Co kto lubi. W każdym razie woda i pływanie kojaży mi się z dzieciństwem. A oprócz tego rybka lubi pływać, więc byłam w swoim żywiole. Czułam się znów jak dziecko i myślę, że resztę szybko zaraziłam. :)
    Z ciekwszych rzeczy to widzieliśmy jeszcze nudny konkurs strażacki. Poza tym nadal się głowię, jak można napisać „w samom niedzielę”.
    Taki jakiś mam dzisiaj szyderczy humor. Czyżby okres się zbliżał nieubłaganie? Robię sie zołzowata. As always…

    Ech. Nie miałam wcześniej czasu na napisanie czegokolwiek. Praktyki i sptkania ze znajomymi pochłaniają mój czas jak gąbka. Ale przynajmniej jest wesoło i się nie nudzę. W weekend byłam z Rafałem na dniach designu w Gdyni i było baaardzo miło, tylko niestety pogoda mnie ostatniego dnia zniechęciła do kąpania się w Bałtyku i nie zalożyłam mojego pięknego bikini, z czego mój narzeczony był niewątpliwie zadowolony. Odbyliśmy romantyczny spacer brzegiem morza od Sopotu do Gdańska. Zwiedzaliśmy trochę stolicę Trójmiasta, a potem wracaliśmy pociągiem na gapę. Jak zobaczyłam konduktora tuż przy mnie w ostatnim wagonie, skoczło mi ostro ciśnienie, ale nam darował. Może myślał, że już nas sprawdzał, bo staliśmy przy toalecie. Kiedy już wycieńczeni spacerowaniem zgubiliśmy się w bukowym lesie, wiedziałam, że nie pójdę tego wieczoru na żadną vipowską imprezę, tym bardziej, że nie mam sukienki, i torebki pasującej do reszty. Tak więc imprezę przespaliśmy. Wcześniej się w prawdzie przekonałam, że podają całkiem dobre jedzenie, ale  nie można nic robić na siłę. Wracanie do Warszawy było jedną wielką przygodą. Na wysokości Płocka złapała nas burza i wypełniony po brzegi Słoneczny Pociąg tanich Kolei Mazowieckich zmienił się w saunę. Okna były pozamykane, bo woda się lała do środka, tak więc było gorąco. W pewnym momencie pociąg stanął w ciemnościach, bo chyba zespuła się gdzieś elektryka. Ale na szczęście po jakiś 20 min ruszyliśmy dalej. cdn

     

    Wreszcie można powiedzieć, że mam wakacje. Wprawdzie muszę
    jeszcze poprawić 2 kolosy, ale w zasadzie to 4 semestr dobiegł końca, co mnie
    niezmiernie cieszy :D Od dziś mam praktyki w Instytucie Gospodarki
    Przestrzennej. Postanowiłam, że nie będę brała praktyk w drugiej połowie
    sierpnia i potem we wrześniu, bo nie będę miała czasu na znalezienie sobie
    sukienki i na zajęcie się innymi podobnymi sprawami. Jedno jest pewne w te wakacje nie będę
    się nudzić. W weekendy będą wyjazdy ze znajomymi, a w międzyczasie będziemy
    sukcesywnie rozdawać zaproszenia na ślub. Mam nadzieję, że się wyrobimy ze
    wszystkim.

    A wracając do wyjazdów ze znajomymi, to jeden już zaliczony.
    Spontanicznie dołączyliśmy do grupy zorganizowanej przez Zbyszka.
    Przyjechaliśmy niestety dopiero na drugi dzień, bo w piątek się
    przeprowadzałam, ale przygód i tak mieliśmy pod dostatkiem, mimo, że nie
    załapaliśmy się na spływ kajakami po Rawce. Włamywaliśmy się miedzy innymi do
    samochodu Rafała przy pomocy zakrzywionego drutu pana Mariana, mieliśmy ognisko
    w czasie deszczu oraz spacerowałam w całkowitym mroku z moim narzeczonym u
    boku. Natomiast podczas gry w siatkę piłka z mojego powodu wylądowała w
    starej studni, a kolejnym razem już nie z mojej winy umyła się w rzece. Mimo,
    że nie graliśmy w mafię, nie było trzeciej siostry i przeżyłam zawód, że
    obiecana woda była pod postacią niewielkiej rzeczki, a nie Jeziora
    Bolimowskiego (które prawopodobnie nie istnieje) i z tego też powodu nie założyłam żadnego z moich dwóch kostiumów
    kąpielowych, wyjazd był udany. Nawet spartańskie warunki mnie nie przerażały,
    bo dużo gorzej było na terenówkach w Mierzwicach.
    Wczoraj z siostrami i Zosią byłyśmy na „Kochanicach króla”. Film moim
    zdaniem jest dobry, tym bardziej, że oparty na historycznych wydarzeniach. Mną w
    każdym razie wstrząsnął i coraz bardziej doceniam to, że obecnie ludzie żenią
    się z miłości, a nie przez wyrachowanie. W każdym razie chyba większość nie
    wychodzi za nikogo za mąż, bo tak mu każe ojciec, wujek, czy nawet król. W skrócie można powiedzieć, że ten film ukazuje wielką intrygę, brzemienną w skutkach. W każdym razie polecam.

     


    • RSS