mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 9.2008

    Myślę, że Rafał zna już mnie bardzo dobrze. Wie, że część swoich emocji wyrażam za pomocą bliżej niezidentyfikowanych dźwięków o różnym stopniu natężenia. Już bardzo szybko odgaduje, kiedy trzeba mnie przytulić, bo jest mi smutno, a jaki pomruk wydaję, kiedy jestem zadowolona, a nawet kiedy się wstydzę (ten ostatni wytłumaczyła mu moja siostra Kasia:P ). Można powiedzieć, że zaliczył pomrukoznawstwo, ato wyższy stopień wtajemniczenia.
    Ja jednak ciągle testuję jego domyślność. Od dłuższego czasu nie dostałam żadnych kwiatów i jest mi z tego powodu źle, tym bradziej, że jak powiedziałam to Promykowi, ten się oburzył i kazał mi powiedzieć wprost, czego oczekuję. Jestem narzeczoną i kwiaty mi się należą, tak samo jak podziękowanie za zrobienie obiadu i codzienne komplementy. Na szczęście z tymi ostatnimi nie ma problemu. Mimo, że przed urlopem powiedziałam wyraźnie, że chcę dostać bukiet róż. Do tej pory go nie dostałam. Z jednej tapety z czerwonymi różami zmieniłam na inną. Myślę, że jak Rafał przeczyta tą notkę, będzie na mnie zły, że mu tego nie powiedziałam wprost jeszcze raz.
     Kobiety kochają dostawać kwiaty i ja nic na to nie poradzę.
    A może niepotrzebnie marudzę, bo w sasadzie po co dawać kwiaty bez okazji…

    Pogoda nam studentom nie sprzyja. Albo siąpi, albo pada, a już od przynajmniej tygodnia nie widziałam słońca. Ale tak w zasadzie mi to wisi. 24 września. Z jednej strony chcę, by wreszcie zaczął się rok akademicki. Spotkam się ze znajomymi i może przestanę być tak bardzo rozlazła. Śpię obecnie do 10, leżę w łóżku do 10:30, jem śniadanie i siadam na neta, słucham muzyki i generalnie jest mi dobrze, ale tak jakoś… No nie ważne, sama nie wiem jak, więc proszę nie wnikać w wątpliwy sens mojej wypowiedzi. ;P

    Wczoraj bardzo dobrze się bawiłam w Parku z Rafałem. Coraz lepiej mi się z nim tańczy. Prawie tak jak z Dominikiem. Jeszcze trochę poćwiczymy i będzie pięknie. :) Problem w tym, że wtorek to nie za dobry dzień na imprezy dla Mojego Ukochanego i w zasadzie jeszcze przedwczoraj nie miał ochoty iść. Rafał woli tańczyć, gdy nie ma ludzi w zasięgu wzroku, ja natomiast nie wiedzieć czemu lubię gdy są. Jakoś jak na razie nie podchodzi mi tańczenie sam na sam w jego mieszkaniu, mimo, że jest bardzo romantyczne.
    Rafał ostatnio miał poważny problem z dolną partią kręgosłupa i w związku z tym postanowiliśmy wspólnie ćwiczyć. Jako, że przynajmniej 5 lat chodziłam na gimnastykę korekcyjną, ćwiczenia znam już na pamięć. Nie przypuszałam wtedy, że mój przyszły mąż będzie chciał wspólnie ze mną ćwiczyć. To bardzo miłe zaskoczenie.
    Bardzo się cieszę, że Promyk i An_ odwiedziły mnie w poniedziałek. Mam nadzieję, że będziecie to robić częściej.

    A na koniec napiszę, że wczoraj zrobiłam swoją pierwszą w życiu zupę pomidorową i jestem z niej bardzo dumna, bo smakowała Rafałowi, a nawet mi.

    Uznałam, że to siara nic nie pisać od miesiąca.
     Jestem na urlopie Rafała. Urlop zaczął się od tego, że dzień wcześniej miałam gorączkę i nie wychodziłam na dwór od dwóch dni. Nie ma to jak pech. Pojechaliśmy w sobotę z samego rana (o 12.00) do Proboszzewic. Duchota, gorąco, a ja z zatkanym nosem i bolącym gardłem, jednym słowem nieciekawie. Nie mogłam nawet otworzyć okna ze swojej strony, bo mój Ukochany mi na to nie pozwolił. Następnego dnia o ile dobrze pamiętam pojechaliśmy na grzyby i było fajnie, gdyby nie masa pająków, ale wiadomo w lesie pająki muszą być! Przynajmniej komary się gdzieś się wyniosły. Później się okazało, że wszystkie poleciały na Mierzeję Wiślaną. :P, ale pokolei. Generalnie mieliśmy plan by złapać nieco słońca i jodu nad morzem. Ja chciałam jechać do Jastarni, Kasia do Ustki, a Rafał gdzieś do Trójmiasta. Podczas jednego z obiadów tata zdołał nam maksymalnie obrzydzić Jastarinię (gdzie w zasadzie mieliśmy jechać), Ustka jest za daleko, a w Sopocie drożyzna i tak w końcu Rafał wytypował Krynicę Morską jako miejsce naszego pobytu nad morzem. Po drodze zwiedziliśmy piękny i imponujący zamek w Malborku. Na szczęście przewodnik był w cenie biletu (5zł). Już pierwszego dnia poznaliśmy dobrze topografię całej Krynicy Morskiej, bo około półtorej godziny jeździliśmy po ośrodkach szukając odpowiadającego nam lokum. Wymagana była: stosunkowo niska cena, ładny pokój oraz bilard i ping pong do dyspozycji za free. Te wszystkie wymagania spełnił Pensjonat pod Lwem, która prowadziła wielka miłośniczka kotów. Niestety okazało się, że prócz smierdzącej lodówki na korytarzu, mamy jeszcze jeden problem do rozwiązania. W naszym pokoju był niechciany sublokator: szerszeń, czujący wyraźny pociąg do naszego żyrandola. Za nic nie chciał usiąść na ścianie, żeby można go było trzasnąc japonką. W końcu jednak zawieruszył się wśród przwodów w takiej plastikowej puszce i choć byliśmy już wyposażeni w odpowiedni sprzęt bojowy, bestia nie chciała opuścić swojej kryjówki. Na szczęście Rafał ma głowę nie od parady i przesunął tą puszkę pod sam sufut, tak że szerszeń został zamknięty w pułapce. Niestety nastąpnego dnia pjawił się kolejny nieproszony gość. Do dziś nikt nie wie, czy wleciał nowy, czy też poprzedni zdołał uciec. W każdym razie kolejny latający itruz został dość szybko zlikwidowany przeze mnie, bo był na tyle głupi, że chodził sobie po firance. :) Od tamtej pory już nas nie nękały żadne owady (nie licząc chmar komarów w  krynickich lasach). Za to parę razy przestraszyły nas dziki, które zadomowiły się na dobre w tym małym miasteczku i jest ich tam mnóstwo. Nie akatują, więc się je spokojnie znosi, a coniektórzy dokarmiają je jakgdyby nigdy nic chlebem albo innymi smakołykami. Jak raz obserwowaliśmy taką scenkę, dzik machał sobie beztrosko ogonkiem niby pies.
     Co do temperatury morza, to mogę powiedzieć niewiele, bo nie moczyłam żadnej części swojego ciała prócz palców u rąk. Fale były całkiem spore, więc było na co popatrzeć. Tylko parę nastolatek i czterech studentów było na tyle odważnych, by się popluskać w zimnej wodzie. Ja stałam wtedy na brzegu opatulona na maksa z kapturam na głowie, patrząc na nich z dezaprobatą. Byli też tacy dziwacy, którzy lezeli parę godzin w samych kąpielówkach za parawanem i próbowali się opalić tudzież przeziębić. Zważając na to, że słońce pojawiało się średnio raz na pół godziny na 10 minut, mieli większe szansę na złapanie kataru niż czegokolwiek innego. Moim zdaniem o wiele przyjemniejsze było spacerowanie brzegiem morza w kompletnym odzieniu, obserwowanie fal, uciekanie przed wodą zbliżającą się do naszych butów, mew dryfujących na falach, mew ploujących na flądry, mew bijących sie o jedną flądrę i oglądanie takich tam podobnych scenek :P Ostatniego dnia Rafał pozwolił mi zdjąć buty i pochodzić po ciepłym piasku. Oczywiście było świetnie. Stopami narysowałam serduszko na piasku, potem Kasia zrobiła nam w nim zdjęcie, Rafał napisał „M+R”, co rzecz jasna było słodziachne ;] A na koniec zrobiłam ogromny napis „Kate” na cześć mojej przyszlej świadkowej. :) Sfotografowałom go z rzeczoną Kate siedząc na barkach Rafaella.
    Sama Krynica Morska była miejscem specyficznym. Ośrodków Wypoczynkowych, hoteli, pesjonatów i prywatnych kwater jest tam od groma. Ale z końcem sierpnia to miasteczko staje się jakby wymarłe: większość barów szybkiej usługi jest pozamykana, wesołe miasteczko nie funkjonuje, kajaków brak. Za to lasów jest całym rokiem pod dostatkiem.
    Wracając po czterech dniach wstąpliśmy do Toronto, zjedliśmy naleśniki w słynnym Manekinie no i wróciliśmy do Proboszzewic. Wtedy włąsnie zepsuła się pogoda. Od tego czasu nie ma słońca i jest nieprzyzwoicie zimno. Ja z Rafałem w sobotę wieczorem zajechaliśmy do teściów i tu od tego czasu próbujemy załatwić większość spraw związanych ze ślubem oraz rozdać jak najwięcej zaproszeń. Dziennie poznaję około 4 nowych osób. Wyjazd w góry byłby w taką beznadziejną pogodę kiepskim pomysłem, więc pewnie pojutrze pojedziemy do Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie jest reszta rodziny Rafała.
    A od kilkunastu minut boli mnie prawe oko i boję się, że robi mi się pod okiem jakieś świństwo, bo to wygląda jak mała ciemna ranka :/


    • RSS