Szczerze mówiąc nie wiem już jak dziękować Bogu za mojego narzeczonego. Jest dokładnie taki jak sobie marzyłam, a nawet lepszy. Jak pewnie większość wie, że moim największym kompleksem jest moja pryszczata cera. Już nie raz doprowadzała mnie do płaczu, histerii i innych podobnych stanów. Ostatnio wprowadziła mnie w stan: nie zapalam światła, żeby Rafał mnie nie zobaczył. Było to u mnie w domu w P. No i jak zawsze pomodliliśmy się przed snem, a potem poszłam do łazienki ponaprawić to co dało się jako tako naprawić. Rafał czekał w przedpokoju. Już wcześniej widział, że coś jest nie tak i jeśli nawet sprawiałam pozory, że chce go spławić, tak na prawdę wcale tego nie chciałam. I to jest właśnie niesamowite, że takie nuanse potrafi wyczuć. Przytuleni rozmawialiśmy o tym co mnie przeraża. Uogólniając bardzo boję się tego, że moje studia na nic mi się nie przydadzą że nie pamiętam prawie nic z roślin z zielnych, a niebawem wyparuje mi cała dendrologia; nie znajdę pracy, znajdę beznadziejną pracę itp. Poza tym boli mnie, że może za łatwo zrezygnowałam ze sztuki. Nie maluję, nie rysuję. Chyba już nie potrafię. Nie chodzę na wystawy. Ale wracając do nocnej rozmowy z moim narzeczonym, bardzo mnie ona podniosła na duchu. Usłyszałam po raz kolejny co Rafałowi się we mnie podoba. Tego było mi trzeba. On jest kochany…