Przyznam to od razu prosto z mostu, że nie mam pojęcia o czym będzie ta notka. Może tak po prostu o wszystkim po trochu.
Zacznę od tego, że przeziębiłam sobie pęcherz i wczoraj Aga nastraszyła mnie niepłodnością oraz przewlekłymi problemami z nerkami, z powodu którego nie będzie niczego. Bo nie będzie ani ślubu, ani studiów, ani dzieci. Pojechałam więc do cioci Marysi by mi zleciła jakieś badania, przepisała co trzeba i ewentualnie powiedziała na kiedy mam zamawiać trumnę. Na szczęście dziś się okazało, że chyba tak źle nie jest i mam raczej standardowe zapalenie pęcherza, który już mnie tak nie boli jak jeszcze dobę temu. Miałam dziś dylemat, czy jechać po badaniu na zajęcia z ekonomiki, czy nie. Byłam pewna, że się spóżnię i to sporo, więc darowałam sobie i pójdę za tydzień z inną grupą. Wykłady niestety też opóściłam, ale za to wyspałałam się i było mi ciepło cały czas w nery, więc pewnie mi to wyjdzie na zdrowie. Szkoda tylko, że przez tą całą akcję: dbajmy o nerki nie zrobiłam (znowu!) tego co powinnam na fizjografię, a w każdym razie zrobiłam za mało. Nie lubię pracować w grupie. Kiedyś (w liceum) robiłam wszystko za wszystkich, a teraz robię mniej niż wszyscy inni i mam wyrzuty sumienia.
W zasadzie nie wiem już o czym miałabym w tym momencie pisać, dlatego zgodnie z zasadą : kończ waść, wstydu oszczędź kończę tą notkę o drogach moczowych :P