mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2009

    Tekst mojego męża dziś rano:
    „Nie ulega wątpliwości, że jesteś w ciaży!”
    (pauza)
    „Nie wiadomo tylko, czy w urojonej czy rzeczywistej”
    Wymiękłam
    Przez ostatni tydzień żyłam w przeświadczeniu, że jestem w stanie błogosławionym. Nawet nie piłam alkoholu we wtorek w Parku i powstrzymałam się przed spżywaniem mojego ulubionego serka pleśniowego. W ostatnim czasie uporczywie swędzą mnie piersi. Jak sprawdziłam w wyszukiwarce google może to być jeden z objawów ciąży. Tak więc powoli przyzwyczajałam się do tej myśli… Ale to nie znaczy, że ją zaakceptowałam. Tak do końca.
    Ja naprawdę chcę mieć dzieci. Chcę trójkę ewentualnie dwójke. Chłopca i dwie dziewczynki. Dałabym im na imię: Krzysztof, Alina i Aneta lub Ela. Z tym, że Rafałowi się nie podoba imie Krzysiek i zgodziłby się na Adama lub Przemka.
    Problem jednak w tym, że dziecko, które urodziłoby się w listopadzie mogłoby mi bardzo skomplikować życie. Wiem, że to co teraz napiszę jest egistycznym wręcz hedonistycznym nastawieniem, ale niestety taka prawda, że ja w TYM oto momencie nie jestem gotowa na dziecko.
    Nie wiem, czy byłabym w stanie pogodzić swoej obowiązki na uczelni z opieką nad maluszkiem, czy stres związany ze studiami nie zaszkodziłby dziecku. Poza tym raczej odpadałaby druga część podróży poślubnej gdzieś na tropikalnej wyspie. Poza tym byłabym pierwsza wśród moich znajomych z dzieckiem. Już tyle razy odpowiadałam na pytanie: kiedy planujecie dzieci – po studiach (bez określania czy inżynierskich czy magisterskich). I coraz mi z tym ciężej. Chciałabym na nie (ich) poczekać, byśmy mogły mieć podobne troski i problemy. Może wtedy istniałany szansa, że nasze więzy przyjaźni przetrwają, mimo tego, że będziemy miały tak mało czasu na spotkania towarzyskie. Wtedy chociaż nie czułabym się osamotniona w tym macieżyństwie.
    Ale te wszystkie wyżej wymienione lęki należą już do przeszłości. Dziś rano robiłam test. Negatywny. Uff.
    I nawet mnie piersi przestały swędzieć. :D

    A co do wysypu notek z mojej strony to powiem tak: jak wiem o czym pisać i mam czas, to piszę. Jak mi się znudzi – przestanę. Dziękuję za uwagę :)

    Wczoraj spontanicznie podjęłam decyzje, żeby iść na imprezę, ponieważ nie będe mogła być na balu karnawałowym przebierańców. Z racji tego, że Kasia Gawinek również się wybierała do Parku, miałam z kim wracać nocnym.
    „A gdzie mąż?”
    Mąż jest zmęczony, ponieważ ciężko pracuje na moje utrzymanie, a ja mam nadmiar wolnego czasu i chcę sobie jeszcze trochę poszaleć, póki jest karnawał i póki mogę.
    „A jak to jest być młodą żoną?”
    Fajnie
    „Czy coś się zmieniło w Twoim życiu?”
    Nie bardzo… hm… Zmieniło się tylko tyle, że mam wyrzuty sumienia, że sama chodzę na imprezy.
    A tak na prawdę zmieniło się całkiem sporo, ale o tym już pisałam i nie chce mi się powtarzać. Dla mnie nażeczeństwo bardzo płynnie przeszło w małżeństwo, więc co ja mam ludziom odpowiadać na takie pytania?

    Niestety zabrakło Promyka z jakiś bliżej nieokreślonych powodów. Ale była Aneta i Dominik i Piotrek D. ale nie Dit. I robaczek i wielu innych.

    Przed ślubem obiecałam sobie, że już nie będę przyjmować zaproszeń do tańca od nieznajomych. Bo po co? Tylko tacy mogą sobie zrobić złudne nadzieje, a jeśli dodatkowo kiepsko tańczą, to zwyczajnie szkoda czasu. No tak, ale z drugiej stronych chciałam, żeby ktoś nieznajomy mnie zaprosił do tańca. Wtedy czułabym się doceniona i atrakcyjna. No i kucze wczoraj wziął mnie taki z zaskoczenia i to co gorsze przystojny i dobrze tańczący. Na początku myslałam, że to któryś z naszych, gdy się okazało, że nie, było już za późno… czemu oni nie patrzą na palce!? Ciekawe, czy chciałby tańczyć z męzatką… Zostało mi tylko rozglądać się wszędzie dookoła, byle nie patrzeć w jego ładne oczy i nie odwajemniac uśmiechu, oraz delikatnie sugerować stojącą obok Anetę. Moja strategia się sprawdziła, bo już więcej ze mną nie chciał tańczyć. Ufff.

    A mój zbuntowany mąż na znak protestu (nie pytajcie jakiego, bo on sam nie wie :)) przesunął łóżko koło szafy. Eee. też się zdziwiłam. Stąd moje nowe powiedzenie: nie ważne gdzie jest łóżko, ważne, kto w nim jest :D

    Dziś coś mnie tchnęło i dla zabicia czasu postanowiłam nieco lepiej poznać Promyczka. :D
    No więc przeczytałam jej stare notki: luty, marzec, kwiecień, maj oraz wrzesień 2007. Co z tego wynikło? Niewiele. W trakcie czytania niewiele rozumiałam. Jej przeżycia z tamtego okresu nie były w żaden sposób związane ze mną. Tajemniczość to jedna z głównych cech jej bloga. Paskuda, tak czasem pisze, żeby kompletnie nie było wiadomo o co kaman. :P Były notki pełne smutku, żalu, stachu ale też dzikiej radości i WIOSNY… Jak bym chciała, żeby już zima się skończyła i bym mogła tak jak Promych 2 lata temu (jak ten czas szybko leci) wszystko odczuwać ze zdwojoną siłą.

    Było sobie pewne dziewcze
    Nieśmiałe, strachliwe, niepewne, zbuntowane.
    Przyciągała i odpychała jednocześnie.
    Jakby nie mogła się zdecydować.
    Uwielbiała grać w mafię i robić zdjęcia.
    I miała takie dobre, wrażliwe serce,
    Które poznałam potem.
    Tak łatwo ją zranić.
    Tak prosto uszczęśliwić.
    Przytulić, pogłaskać, zaakceptować jej wady.
    To, że czasem jest upierdliwa,
    i że tyle razy trzeba ją pocieszać, dodawać nadziei.
    Ona sama też jest nadzieją.
    Kłębkiem marzeń.
    Wolnomyślicielką.
    Promyczkiem.

    Ta notka jest kochana na Twoją część.
    Nie planowałam się z Tobą zaprzyjaźniać. Ty to zrobiłaś pierwsza. Najpierw trochę wbrew mnie. A potem, nawet nie wiem kiedy stałyśmy się siostrami. :*

    Wróciłam z Jaszowca.
    Była i ściana w jadalni i posadzka na schodach i basen nieruszony remontem i ten zapach… Jak to możliwe, żeby w hotelu odkąd pamiętam wciąż był w hollu ten sam zapach? Jak to dobrze, że niektóre rzeczy pozostają niezmienne. Inne zmiany mi nie przeszkadzały: ani odnowione łazienki z błyszczącą piaskową glazurą, ani nowe meble w pokoju, ani to, że tam gdzie kiedyś można było grać tylko w ping ponga i posiedzieć na zielonym fotelu obecnie jest barek i parkiet do zabaw tancznych dla ludzi under 50. Z kolei na miejscu gdzie kiedyś był barek obecnie jest ping-pong (hura!) i sala do ćwiczeń. Nie ma za to nigdzie piłkarzyków… :/

    Odnowiłam się biologicznie: przez 3 dni stosowałam dietę strukturalną (zdecydowałam sie na nią ze względu na smakowicie wyglądające koktajle oczyszczające organizm); 4 razy byłam na gimnastyce suchej (do teraz bolą mnie mięśnie brzucha) oraz 4 razy na aqua-aerobiku – super sprawa (jeśli jest dobrze prowadzony). Oprócz tego prawie codziennie chodziliśmy w góry. Najgorsza jednak dla mnie była z pozoru niewinna trasa do Ustronia, która miała miejsce w walentynki. Dlaczego wolałabym początek tego uroczego dnia wymazać z pamięci? Niebawem się przekonacie…
    Jadac przez pół Polski jestem gotowa stwierdzić, że nazywanie pięciocentymetrowej warstwy śniegu ATAKIEM zimy jest poważnym nadużyciem. To co się działo w pobliżu Ustronia było MEGA WIELKĄ INWAZJĄ ZIMY. Śnieg padał tam non stop przez cały nasz pobyt. Jak zamówiony, zaczął pruszyć w niedzielny wieczór, skończył, gdy odkopaliśmy nasz samochód. Zamin to się stało, wyglądał jak miniaturowa górka. Ani śladu po lakierze, nic, zero, null… To była masakra!!!!! Teraz już się domyślacie dlaczego pieszej wycieczki do miasta nie wspominam najlepiej? Nie? No to podpowiem, że ma to coś wspolnego z śniegiem po pas w nieodśnieżonych miejscach… A w odśnieżonych w zaspach około 1,5m.
    Tak więc takiej zimy albo nie pamiętam, albo nie widziałam. :P

    Odchodząc jednak od tematu śniegu. Podczas wczasów było absolutnie rewelacyjnie. Nasza grupa składała się w sumie z 6 osób: Joli i Izy (dwóch miłych pulchnych pań), Jurka (który miał bzika na punkcie odchodzania i pocenia się podczas długich i męczących wycieczek górskich i nie tylko) oraz Dominika (siedemnastoletnia bardzo sympatyczna dziewczyna, uczęszczająca do szkoły atrystycznej). Cztery panie, które siedziały obok naszego stolika też były bardzo miłe. Nawet kelnerki jakoś przymykały oko, jak oszukiwałam podczas śniadania, dobierając sobie różne smakołyki do lichego dietetycznego śniadanka. Nie pisnęły nawet, gdy w lekko brudnych i totalnie zaśnieżonych glanach oraz z przemoczonymi do kolan jeansami weszłam z Rafałem na obiad spóźniając się na niego półtorej godziny. Ja na jej miejścu, chyba bym się wkurzyła. :P
    Byłam nawet na saunie na podczerwień i mimo, że to jest łagodna wersja innych rodzajów saun, nie polecam – gorąco i nudno. Jacuzzi za to, to coś, z czego korzystaliśmy równie często jak z bilarda, a więc niemal codziennie. W czwartek nawet był kulig. Niestety spodziewałam się sanek i ciągłego z nich spadania. W zamian za 50zł/os dostaliśmy przewóz wozem z końmi wzdłóż Białej Wisełki (widoki bajeczne – ściany skalne zupełnie pionowe i ten wszechobecny śnieg(!)) oraz kiełbaski; chleb ze smalcem oraz grzańca lub/i herbatę. Pod specjalną wiatą piekliśmy sobie kiełbaski i śpiewaliśmy różne góralskie szlagiery. Podsumowujac, było nice. ;)
    Odpoczęłam, zapomniałam o studiach i mogłabym tak sobie nicnierobić jeszcze przez tydzień, gdyby nie oddanie projektowania na pierwszy dzień nowego semestru.
    Ps. Już mam dosyć śniegu.
    Pss. I lodu też.
    Psss. Lody z bitą śmietaną i polewą toffi ewentualnie z wiśniami na gorąco – mogą być :DDD

    Wiem, że pisanie notki przed jednym z najgorszych egzaminów w historii mojego studiowania, to strata czasu, ale gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby żadnego śladu po tych „cudownych dniach”.
    To już prawie koniec. Mam już wpisy z fitopatologi: 4, zastosowania pnączy: 4, autoCADa :4,5, urządzania: 3,5. Z ekonimiki będę miała jutro: 4,5 (Rafał był ze mnie bardzo dumny :D) niedługo dostanę jeszcze 2×4 z fitosocjologii i fizjografii z ćwiczeń. Generalnie jest fajnie i mogę nawet powiedzieć, że to jedna z bardziej lajtowych sesji jakie do tej pory miałam. Pewnie jutro wieczorem będę mówiła co innego :P
    W każdym razie jeszcze tylko jeden exam i projekt do zrobienia na sobotę. Myślę, że jest to do zrobienia. Trzeba mieć wiarę we własne siły. Póki co ją mam…
    A potem długo oczekiwana podróż poślubna do mojego ukochanego miejsca: Jaszowca w Beskidzie Żywieckim. Jak byliśmy małe rodzice nas tam zabierali na ferie i było genialnie. Tam się uczyłam jeździć na nartach, graliśmy w ping-ponga (pasjami); jeździliśmy na kuligi i różne fajne wycieczki. Ostatnio byłam tam około 6 lat. Chyba dużo się zmieniło: przeprowadzili kapitalny remont pokoi, ale w niektórych nadal jest ta jasnobrązowa okładzina. Teraz Dom Wypoczynkowy Mazowsze jest hotelem z SPA http://www.dwmazowsze.com/1,oferta.html . Nigdy jeszcze nie korzystałam z żadnego spa. Nawet nie wiem, czym się to je :P
    Grunt, że nie zmienili (jeszcze) ściany w jadalni, na którą zawsze się gapiłam podczas przerw między kolejnymi kęsami. Gdyby zmienili wystrój – nie miałabym tam po co jechać, bo to już nie byłoby „moje” Mazowsze. Ciekawe, czy pan Mazur nadal tam urzęduje, i czy będziemy musieli mieć jakąś dietę, z racji tego, że to ma być turnus odnowy biologicznej. Szczerze mówiąc nie mam ochoty się odchudzać. Moim zdaniem wyglądam ok – przynajmniej kości miednicy mi już nie wystają.
    A tak poza tym to kończę Zaćmienie i w kółko słucham muzyki ze Zmierzchu. Wiem, że to chore, ale mi się podoba. Pozdrawiam ciepło! :*


    • RSS