mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 3.2009

    Wreszcie tak na prawdę odczuwam, co to znaczy być prezesem
    koła. Nie ma lekko. Tym bardziej, że jestem nim pierwszy rok i jestem równie
    zielona jak świeża trawka na wiosnę, która jeszcze nie zdążyła wzejść. Z jednym
    głupim wnioskiem na plakaty biegam już drugi tydzień. I ciągle mi czegoś
    brakuje: a to jednej pieczątki, a to drugiej pieczątki, a to podpisu, a to
    siego lub tamtego. I co gorsza nie jest to wszystko w jednym budynku, ale
    trzeba wciąż latać w tą i we wtą. :/ Mówi się pierwsze  koty za płoty. Oby następnym razem poszło mi
    lepiej, bo marnowanie godziny dziennie na latanie po biurach nie jest wcale
    moim ulubionym zajęciem.

    Powiesiłam dziś plakaty. Może nawet bym o tym w notce nie
    wspominała, gdyby nie zaskakujący fakt, że panie i panowie w recepcjach
    akademików nie robili dziś ŻADNYCH problemów. To zdecydowanie wymaga upamiętnienia.
    A tych plakatów powiesiłam w sumie 55! :] Było by jeszcze fajniej, gdybym
    zrobiła to tydzień wcześniej i gdyby w naszym pokoiku nie leżała nadal kupa
    plakatów, z którymi niedługo nie będzie wiadomo, co zrobić, bo staną się nieaktualne.
    Szkoda, że nie moża wydrukować tylko 60 sztuk. 100 to zdecydowanie za dużo. Teraz
    już wiadomo, że lasy równikowe są wycinane przez drukanie, dla których
    minimalną ilością wydrukowanych plakatów jest ich 100.

    Oprócz tego poczułam dziś potrzebę zaliczenia moich praktyk
    pomagając naszej nieszczęsnej sekscji pielęgnacji zieleni, sadząc różnego
    rodzaju rośliny. Ewentualnie je pieląc. Grunt to im jakoś pomóc, by te
    wszystkie piękne odmiany Clematisów, berberysów i innych się nie zmarnowały. A
    poza tym dzięki temu będzie ładniej na naszej nieszczęsnej uczelni, na której
    jak się okazuje nawet dr hab. robi karygodne błędy w projektowaniu. Cóż widocznie
    w Polsce już tak musi być: niedoskonale…

    Mam bardzo przyjemne sny. Uwielbiam, gdy wreszcie mogę sobie
    trochę polatać. Niestety tylko w snach jest to możliwe. Kiedyś sny o lataniu
    miałam codziennie. Budziłam się wręcz z przekonaniem, że jeżeli tylko się
    skupię i zacznę machać rękami, wzbiję się w powierze. Niestety jeszcze, ani
    razu nie udało mi się pokonać praw fizyki :/ Jako dzieco bardzo chciałam być
    ptakiem. Wtedy latanie byłoby tak naturalne jak jedzenie. To marzenie również
    się nigdy nie spełniło. Mogę sobie, co najwyżej puszczać latawca, i wyobrażać,
    że to nie on szybuje, ale ja. Dużo to nie kosztuje, a jednak mnie to nie
    satysfakcjonuje. Tak na prawdę całe życie marzę o tym by móc latać. Gdybym była
    facetem, pewnie poszłabym do jakiejś szkoły lotniczej. Ale z drugiej strony
    latanie w metalowej klatce, aż tak strasznie mnie nie kręci. Chciałabym czuć
    wiatr we włosach, sama decydować gdzie polecę i jak szybko.
    Parę lat temu mój brat Grzesiek latał nieco na paralotni. Szczerze
    powiedziawszy byłam tym zafascynowana. Obiecałam sobie, że jak będę starsza, to
    koniecznie muszę spróbować. To prawie jak samodzielne latanie. Niestety dość
    kosztowne. Niby byłoby mnie na to stać… Ale nie wiem, co na to mój mąż.
    Pewnie by się o mni bał. Pewnie by mi nie pozwolił. Pewnie nic by z tego nie wyszło.
    Pozostaje mi tylko śnić. Nie szkodzi… Lubię spać.

    chciałabym napisać jakąś głęboką, przemyślaną notkę, tylko niestety nie bardzo wiem o czym.
    Czy wy, dziewczyny też tak macie, że kiedy bardzo boli was brzuch, i po godzinie od wzięcia tabletki, wreszcie przestaje was boleć; ten stan bez bólu jest jak ekstaza? Ja w każdym razie tak to odczuwam. Ból brzucha jest zły. Sprawia, że oprócz siedzenia pod ciepłym kocykiem nic mi się nie chce. A już szczególnie wychodzić gdzieś między ludzi. No, ale niestety nie moge spobie pozwolić na zbyt długie dawki takiego rozleniwienia, bo obowązki wzywają.
    To może napiszę na temat mojej pracy inżynierskiej. Lepszego tematu chyba nie uda mi się wymyślić.
    A więc brzmi on: „Projekt zagospodarowania wejścia do banku Millenium z ogrodem wertykalnym na rogu Al. Jerozolimskich i Jana Pawła  II”. Przede mną teraz chyba najgorszy etap: zbieranie materiałów wyjściowych. Nienawidzę chodzić po urzędach, biurach i jednego miejsca do drugiego i pytać się, czy mogę dostać to i to, a jeżeli nie, to gdzie i co. Wrrrr. Trochę mnie przeraża wizja inwetaryzacji… hmmm. ściany. Bo tak czy siak muszę coś tam o niej wiedzieć, i co gosze się o niej rozpisać. Nie wiem jak to ugryść. Łukasz i Paczu śmieli się, że będę musiała zamówić taki dźwig do nakjejania bilbordów, żeby zbadać porosty znajdujące się na tej ścianie, albo zebrać próbki tylku i je przebadać w stacji chemiczno-rolniczej. Wrrrr
    Tak więc nie wiem jak ani skąd muszę zdobyć informacje o  tym budynku…
    Grejt
    a ogrody wertkalne mozecie sobie obejrzeć i poczytać o nich na następującuch stronach:
    http://www.verticalgardenpatrickblanc.com/

    http://dom.gazeta.pl/ogrody/1,72079,4256058.html

    Od jakiegoś czasu mam dziwne napady chcenia:

    Chce mi się ćwiczyć aerobik

    Chce mi się napisać spis treści do pracy inżynierskiej

    Chce mi się zaprojektować projekt plakatu na nasze
    rekolekcje

    Chce mi się posprzątać mieszkanie

    To chcenie odczuwam bardzo intensywnie przez pierwszą
    godzinę po wyjściu z łóżka. Dlatego dziś włączyłam aerobik i ćwiczyłam. Potem
    chcenie odeszło i skończyło się jak zwykle – przy kompie. Grono, poczta, nasza
    klasa, śniadanie itp., itd.

     

    Ale dość o dzisiaj. Porozmawiajmy o wczoraj. Wczoraj byłam
    ledwo żywa po gimnastyce, na którą się zapisałam również w przypływie jakiegoś
    dziwnego chcenia. W sumie byłam prawie umarła, nie po gimnastyce, a po całym
    dniu na uczelni. A w zasadzie po przejechaniu się do Rafała pracy, by zobczyć
    ścianę – konadydatkę do mojej pracy magisterskiej, a potem do centrum by
    ofotografiwać ścianę, która wygrała w rankingu na najfajniejszą ścianę do
    zaprojektowania na niej ogrodu wertykalnego. Dodam jeszcze, że padał deszcz, miałam
    ze sobą w torbie strój na gimnastykę i nie do końca wygodne buty na obcasie. Potem
    był fakultet z cmentarzy, na którym tylko dowiedziałam się, w jaki sposób mam
    zaliczyć przedmiot (zrobić dokumentację najfajniejszych i najgorszych grobów na
    wybranym cmentarzu) i Niemir nas puścił. W zasadzie mi to pasowało, ponieważ
    planowałam obejrzeć prace inżynierskie poprzednich roczników. W tym celu
    lałałam w tą i spowrotem 2 razy, by dowiedzieć się, że bez pieczątki wydziału, to
    nic nie zobaczę. Byłam wściekła i nadal padało. Dałam sobie spokój. Na seminarium
    panie Sokołowska przyniosła naręcze prac dyplomowych. Ech, takie życie.

     

     

    Kończę notkę, bo aktualnie chce mi się wziąć wreszcie
    poranny prysznic i ubrać się w coś cieplejszego. Cya J

     

     

    Ps. Oprócz tego mam ochotę spotkać się wreszcie z moimi
    przyjaciółkami. Miałyśmy się jakoś umówić, a tu nadal żadnych konkretów. Miłe
    panie, tak nie można!


    • RSS