mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2009

    Wczoraj mój ukochany spełnił moje marzenie, o które suszyłam mu głowę już chyba ponad rok. Ale lepiej późno, niż wcale. Pojechaliśmy mianowicie do Parku wodnego we Wrocławiu. :D Obiekt jest niesamowity. Nawet sztuczne palmy wyglądają, jak na swoim miejscu. Przy odrobinie wyobraźni, można się poczuć jak na plaży, są tam bowiem generatory fal. Dalej jest leniwa rzeka, której jedno z zakoli wychodzi na zewnątrz. Atrakcją, jaka szczególnie spodobała się Pawłowi i Kindze był basen solankowy z szeroką gamą hydromasaży. On również był na zewnątrz. I prawdopodobnie tam, złapałam obecnie mnie męczący ból gardła. Ale najbardziej podobały nam się z Rafałem, zjeżdżalnie, a szczególnie „magic eye”, gdzie spływa się w szerokiej rurze na gumowych pontonach. Atrakcje najbardziej hardcorowe -skocznia oraz prowadząca ostro w dół bardzo wąska zjeżdżalnia, o dziwo, nie wzbudziła mojego etnuzjazmu. Na skoczni prawie straciłam soczewkę kontaktową, a na tej drugej walnęłam się mocno w łokieć przy gwałtownym lądowaniu, a Rafał w kolano. Baseny są świetnie rozplanowane. Jacuzzi są otoczone sztucznymi bambusami, przez co są fajnie wyizolowane. A dla osób, które decydują się tam spełnić cały dzień, przewidziano zaplecze gastronomiczne, łącznie z barkiem, w którym krzesła w połowie są pod wodą. Normalnie full wypas! Efekty uboczne niestety dość szybko wystąpiły. Mam jednak nadzieję, że czosnek, znowu mnie nie zawiedzie i tymczasowa niedyspozycja, szybko mi przejdzie.

    W ciągu ostatnich paru dni, chodziła mi po głowie pewna myśl. Wspominałam pewien odcinek kaczora Donalda, czy sknerusa z siostrzeńcami, mniejsza o to. W każdym razie, dawno, dawno temu mieliśmy nagrany ten odcinek bajki na kasetę. Był niecały i w ciągu ostatnich paru dni, miałam chęć, by obejrzeć tą bajkę, bo nie pamiętałam jak się kończy. Dziś, leżąc w łóżku z powodu rozpoczynającego się (i mam nadzieję, kończącego się już) przeziębienia, włączyłam telewizor i skakałam po kanałach, żeby jakoś zabić nudę. Oczywiście w końcu trafiłam właśnie na tą bajkę, o której ostatnio myślałam. Dokładnie na ten odcinek!!! I jak tu nie wierzyć w cuda i szusty zmysł? Ja nie miałam zielonego pojęcia, że w niedzielę rano na Polsacie najpierw są Gumisie, a potem Donald i siostrzeńcy. O Gumisiach też marzyłam, ale dużo wcześniej. :P

    Mama kiedyś kupiła w „Świecie książki” pozycję „Potęga podświadomości”. Nie chciało mi się jej czytać. Tylko ją przejrzałam, ale wiem jaki jest jej sens. Jak się czegoś bardzo pragnie, to prędzej czy później się to spełnia. Trzeba jedynie w to wierzyć lub o tym myśleć, jakby miało się stać rzeczywistością. Podobnie jest z negatywnymi myślami. Gdy je sobie powtarzamy w umyśle, one kreują nasz świat. Czyli gdy myślimy, że coś nam się na pewno się nie uda, to już sprawa, w zasadzie, jest przegrana, bo sobie właśnie zablokowaliśmy drogę do szczęścia. Banalne, a jednak prawdziwe. Niemniej nie sądze, by to faktycznie podświadomość była bogiem, który kieruje naszym życiem.

    Być może Anett pamięta, jak dwa lata temu na początku grudnia, postanowiłam sobie znaleźć faceta. Powiedziałam i mam. :P
    Uwierzcie w swoje marzenia, to się spełnią.
    A dziś mija dokładnie rok od dnia, w którym, wypowiadałam słowa przysięgi miłości po grób. A potem było wesele. :) Ale było fajnie.

    Nie nawidzę niczego nie robić i na nic nie mieć wpływu. Szczególnie gdy innym źle się wiedzie, a w dodatku są to moi przyjaciele. Ciężko wtedy tylko się przyglądać, o nic nie pytać i generalnie się nie wtrącać. Mimo postanowień, mimo próśb, bym tego nie robiła… Nie wyszło po raz kolejny. Ale na tym koniec. A przynajmniej mam taką nadzieję.
    Ale się porobiło… Zachowam jednak komentarz tylko dla siebie. Was też o to proszę. :)

    Na dobry początek powiem, że piszę tą notkę już po raz drugi, bo jestem (i tu wstaw swoją opinię). Ja się powstrzymam w imię pozytywnego myślenia i innych mądrych idei.
    Zasiadłam do tej notki, choć generalnie o tej porze śpię, ale wiadomo czasy się zmieniają. Coraz bardziej na niekorzyść statystycznego studenta. Sen zaczyna być dobrem luksusowym, na które nawet mnie zaczyna już nie stać. :(
    Swoją drogą, właśnie powinnam opracowywać koncepcję na moją przentację z seminarium. Niestety jej nie pokarzę, bo o tej porze, już większość spraw i rzeczy mi tylko wisi i powiewa (i w tym właśnie punkcie różnię się od Promyczka). Pewnie i tak nie starczyłoby dla mnie czasu. To ostatnio na moich studiach bardzo powszechne. A najsmutniejsze jest to, że moja pani promotor, podobnie jak ja, też żyje w ciągłym niedoczasie i nie potrafi się streścić, tak by wszystkich skonsultować.
    Ale przechodząc do przyjemniejszych tematów, to pragnę zakomunikować, że spadł śnieg. Tak, wiem, że odkryłam Amerykę :D A razem z nim i porannym autobusem 178 dostałam jak z plaskacza świadmością, że Święta tuż tuż. I niestety, nie jestem w stanie ich przełożyć choćby o jeden dzień (choć chciałabym je dopiero za miesiąc lub dwa). A mówi się, że nie ma tego złego. Ja do samych w sobie Świąt nic nie mam, ale świadomość, że 15 stycznia mam oddać gotową pracę inż,sprawia iż czuję trwogę.
    To zaczyna być chore: chcę się przespać elegancko dwie godziny w ciągu dnia, żeby potem popracować do 1-2 w nocy, a tu lipa. Myślę o gospodarce, pracy i innych pierdołach z SD włącznie.
    A teraz doszedł jeszcze jeden niezbyt przyjemny temat rozmyślań: rozstanie moich przyjaciół. I nie potrafię im pomóc, a co gorsza zapeszyłam, ciesząc się, że już u nich wszystko OK.
    Obiektywnie patrząc na swoje życie, muszę stwierdzić, że jestem szczęściarą jakich mało. No ale taki układ to chyba trzeba sobie wymodlić, bo innego rozwiązania nie widzę. ;)

    Demony

    1 komentarz

    Skończyły się rekolekcje na SGW (jak to mawia Tomasz). Ufff. Jak dobrze pójdzie, już nie będę musiała się mieszać w sprawy koła. Muszą już niestety sobie radzić beze mnie. Mam teraz inne sprawy na głowie. Jednak wracając do rekolekcji, zaczęły się dziwnie. Bo ksiądz chyba miał tremę :P Ale się rozkręcały i coraz bardziej mi się podobały. Trafiły do mnie szczegłólnie treści z drugiego dnia, kiedy była mowa o pięknej Sarze, której kolejni mężowie byli zabijani w noc poślubną przez zazdrosnego o nią demona. Prawdopodobnie sama ngdy bym nie doszła (do teraz już oczywistego wniosku), że w każdym z nas zakochany jest taki demon, który przychodzi i chce wszystko zniszczyć. Wmówić, że wszystko jest bezsensu, że jesteśmy beznadziejni, bo to czy siamto nam się nie udaje. A recepta jest prosta i zarazem trudna: zaprosić zapach ryby do swojego środowiska. :P Oczywiście nie dosłownie. Zapach ryby to woń Chrystusa. Generalnie chodzi o to, żeby się modlić w trudnych momentach. Niby proste, tylko dlaczego mi prawie nigdy to nie wychodzi??

    Dziś jest w sumie dzień dobrych wiadomości: mogę dzisiejszy wieczór wreszcie spędzić z Rafałem, jutrzejsze szkolenie będzie trochę krótsze niż na początku myślałam, że będzie, no i udało mi się przełożyć mszę za babcię Rafała. Prawie skończyłam urządzanie i mogę się brać powoli za projektowanie.

    Niestety nie pojedziemy na sylwestra z SD. Będę wtedy projektowała ogród wertykalny, więc po prostu fun po całości. :/ Ale dobrzeby było nie zmarnować roku i postarać sie mieć to z głowy. Tak mi szkoda… :(


    • RSS