mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2010

    Od dziś jestem inżynierem. Ale jazda! :D I mam ferie przez cały miesiąc! Swiat od 12 godziny zrobił się op 100% piękniejszy. Słoneczko tak pięknie świeciło. Dzięki niemu nie zmarzłam w mojej spódniczce.
    Mam teraz dużo czasu, żeby nadrobić zaległości w kontaktach towarzyskich, w wizytach i badaniach lekarskich oraz w czytelnictwie. Zaraz idę wypożyczyć sobie w bibliotece masę książek :D

    Już wszyscy, którzy w jakiś sposób interesują się moim życiem wiedzą, że egzamin na studia magisterskie poszedł mi łagodnie mówiąc „nie najlepiej”. Powód? Projektowanie nie jest moją mocną stroną, nigdy nie było i chyba nigdy już nie będzie. Poza tym 3 godziny na wymyślenie i zwizualizowanie koncepcji, jest dla mnie jak kiepski dowcip. Powód 3 ( w moim odczuciu nie mniej ważny) zachowam dla siebie. Mogabym w tym momencie powiedzieć: wobec tego wynik jest do przewidzenia. Tak na prawdę jedyna nadzieja, w tym, że jest około 90 chętnych na 75 miejsc i naszym prowadzącym będzie się bardziej opłacało (dosłownie) przyjąć wszystkich studentów, którzy przyszli na egzamin i mieli dobre chęci, by ten beznadziejny egzamin spróbować zdać. O to się dzisiaj od rana usilnie modlę.
    Rok temu planowałam skończyć edukację na etapie inżyniera. A parę dni temu ryczałam, bo prawdopodobnie się nie dostanę na studia magisterskie. Kobieta zmienną jest, nie da się ukryć. Może się to wydawać śmieszne, ale ja MUSZĘ być studentką, żeby działać w SD. Gdybym studentką już być nie mogła, miałabym wielki przypał.
    Rafał mówi, że jak już będę znała wyniki egzaminu, to wtedy dopiero będziemy się martwić i wymyślać plan B. Mogłabym próbować startować na studia wieczorowe, albo zaoczne. jeśli by się nie udało, poszłabym na ogrodnictwo, choć to średnio pasjonujące.
    Jakoś to będzie. Jakoś być musi.

     

    Jestem wypruta. Oddałam tą … pracę i mam dość. Nie mogę za
    długo odpoczywać, bo w czwartek mega egzamin z urządzania. Z siedmiu semestrów.
    Sympatycznie. Ale ja póki co jestem jeszcze mało tym faktem przejęta i staram
    się o tym nie myśleć.

    Najgorsze w pracy inżynierskiej było to, że trzeba było ją
    napisać, a nie bardzo było kiedy. Potem, jak już się miało na to czas, stało
    się nagle zbyt późno na konsultacje. Choć to w sumie zależy od tego, jak bardzo
    promotor jest wyluzowany i jak bardzo ufa studentowi. Moja pani promotor była
    za bardzo wyluzowana i za bardzo ufna, czytaj wisiało jej to, czy moja praca
    jest dobra.

    Wczoraj był jeden z gorszych dni w moim życiu. Mimo, że
    miałam przeczucie, że tak właśnie będzie (może nie powinnam mieć takich
    przeczuć), bolało. Poprawianie durnych numerów stron, spisu treści i inych
    duperelek oraz drukowananie z błędami zajęło zdecydowanie zbyt wiele czasu. Zapominalstwo
    w „kluczowych” kwestiach też przyjemne nie było. Rozdrażnienie, kłótnia, łzy,
    zwątpienie, apatia skumulowane w mozolnym procesie drukowania pracy. Od wczoraj
    bardzo nie lubię Worda. Oj, strasznie mi podpadł.

    Myślałam, że więcej nieszczęść być nie może, ale się
    niestety przeliczyłam. Jak już miałam pięknie oprawione prace; już miałam je
    oddawać, okazało się, że mam na płytce plik zapisany w formacie Worda 2007 a nie w 2003, jakim
    dysponuje nasz dziekanat. Wobec czego moja praca o godzinie 11:30 nie mogła
    zostać przyjęta, mimo, że nikt nas studentów o tym wcześniej nie poinformował.
    Co prawda, mówiła mi o tym wczoraj Alina, tylko, że na śmierć o tym zapomniałam.
    Wściekła zadzwoniłam do Rafała. On jak zwykle doradził mi najlepszą opcję,
    żebym pojechała do niego do pracy i u niego nagrała pracę w starszej wersji
    Worda. I tak uczyniłam. Nawet udało mi się zdążyć, przed zamknięciem dziekanatu.
    Oddałam tą … pracę, ale panie nie przyjęły moich zdjęć do doplomu. Ich argumentacja
    do mnie nie trafia: one są dziwne. Rozumiem, jakby powiedziały: nie te
    proporcje, nie te kolory, pikseloza itp. Ale może one po prostu nie potrafiły
    się wysłowić. W każdym razie mnie wkurzyły i muszę teraz sobie na czwartek
    skombinować zdjęcia. Świetnie, o tym właśnie marzyłam.

    Jednak najbardziej rozbrajającym i niedożecznym pomysłem (na
    szczeście nie wiem, kogo) są tak zwane karty obiegowe. Komu one są do szczęścia
    potrzebne??? To chyba nawet same panie w dziekanacie nie wiedzą. Oto wiedza
    tajemna, zagadka jak ta z misia, gdzie „skoro nikt nie wie, to nikt nie będzie
    pytał”. Ja pytałam, ale się niestety nie dowiedziałam. Może to forma zmuszenia
    studenta do oderwania się od komputera, książek, notatek i innych równie przyjemnych
    przedmiotów, by wreszcie zobaczył jak na dworze jest biało i jasno. [Dygresja: Okno
    nie kłamało. Na dworze faktycznie jest biało i jasno, a na dodatek zimno. Warto
    to poczuć zimą :P]. W zasadzie słuszne jest owo przeświadczenie, że przed
    oddaniem pracy, student musi się przewietrzyć, pobiegać. Dla zdrowia, a jakże!
    Poza tym nauczy się planować, gdzie i w jakie drzwi (które najpierw trzeba
    znaleźć) i w jakiej kolejności uderzyć, żeby dostać kolorową pieczatkę wraz z
    datą oraz podpisem osoby, której wcześniej się na oczy nie widziało, w imieniu
    instytucji czasem tak abstrakcyjnej, że to aż boli. I nawet taki pan z Zakładu
    Systemów Informacji Przestrzennej i Geodezji Leśnej, nie raczy sobie spisać
    nazwiska takiego delikwenta?? I w innym miejscach też nie??? Cyrk na kółkach.


    • RSS