mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 8.2010

    Kiedy ma się kontakt z pierwszaczkami, można się nieco dowartościować. Nie mówię tego złośliwie. Po prostu człowiek trochę inaczej myśli, ma inny stopień ogarnięcia. Sama też kiedyś byłam niezaradna, tchóżliwa i bardzo nieogarnięta. Mieszkanie w akademiku, potem z mężem, działanie w SD zrobiło swoje. Teraz mam wrażenie, że jest trochę lepiej. Przynajmniej wiem już jak załatwia się ubezpieczenie dla dużej grupy osób od następstw nieszczęśliwychg wypadków. Mogę się też poszczycić umiejętnością załatwiania biletów grupowych u PKP. Myślę, że takie rzeczy powinno się wpisywać w CV, bo to na prawdę nie jest takie proste. Szczególnie, gdy odpowiada się za przejazd grupy około 100 osób, i jej skład ciągle się zmienia. PKP też mi sprawy nie ułatwiało, bo nie odpisało mi na maila, a dzwonienie do nich też nie miało większego sensu, bo nikt nic nie wie. Ale się udało i bilet mam. Teraz tylko prośba do An_, żeby go nie zgubiła, ani się nie spóźniła, bo będzie kaszanka.
    Przykro mi trochę, że nie wszystko w obszarze organizacji tego obozu jest/było tak jak trzeba. Że niektórzy zostawili zbyt wiele spraw „otwartych” i „prawie zamkniętych”. Mogłabym sobie teraz smutno westchnąć i powiedzieć w duchu „a nie mówiłam”… Ale to niczego nie zmieni. Mam jeszcze do ogarnięcia dużo spraw i muszę się wyrobić przed 17 (bo jeszcze żeby było weselej mam dziś ostatni kurs), więc bon voyage!
    Módlcie się kochani, żeby ta przygoda się dobrze skończyła. :)

    Tak jest łatwo zwątpić. Stwierdzić, że wszystko, co robisz
    jest do niczego, bez sensu. Że niepotrzebnie się trudzisz. Bo to jeszcze nigdy
    nie przyniosło efektu. Statystyka jest nieubłagana.


    Rok 2006. Mój pierwszy obóz zerowy z SD.
    Niedawno przeglądałam stare maile z tego okresu. Dopiero wtedy przypomniałam
    sobie, że na początku miałam jechać zupełnie gdzie indziej: na obóz zerowy dla
    mojego wydziału. Teraz, gdy znam te osoby, które mnie wówczas zapraszały, na
    ten plener, wcale nie żałuję. Na tym moim prawdziwym obozie zerowym poznałam
    An_. Pierwsze wrażenie było mało korzysne, ale z czasem zostałyśmy
    przyjaciółkami, a nawet przybranymi siostrami. :* Na tym wyjeździe poznałam też
    Kasię G. z mojego roku. Pamiętam, jak razem z nią i z An_ śpiewłyśmy piosenki
    wędrując po słowackim raju. Te drabinki i mostki były boskie. :D Z SGGW była
    tam jeszcze Martyna B., Magda M., Gosia S. i Monika. Czyli w sumie 7 osób z I
    roku + Kasia M. organizatorka. Szczerze mówiąc już nie pamiętam jak się
    dowiedziałam o obozie zerowym. Wiem na pewno, że Zbyszek (legendarny Zbynialdo)
    wysyłał do mnie przez grono wiadomości o SD. Możliwe, że dodatkowo otrzymałam
    ulotkę wysyłaną z papierami o przyjęciu na studia. Niestety to był ostatni raz,
    kiedy coś takiego było możliwe.
    W 2007 roku rozdawaliśmy ulotki. Chyba codziennie. Efekt: 3 nowe osoby + 3
    członków. Obóz był super. Poznałam Promyczka, szaloną, ale kochaną Elę, Tomka
    K. Do dziś pamiętam nasze rozmowy w pokoju chopaków, w czasie imprez. Były
    super! No i mafia też!
    W roku 2008 miałam dosyć obozów zerowych i już na niego nie pojechałam. Miałam w
    lipcu praktyki, więc nie mogłam również rozdawać ulotek. Robił to ktoś inny i
    napewno nie codziennie. Na obozie były chyba tylko 2 osoby z naszej uczelni.
    Rekrutacja do koła się powiodła, bo do dziś nie znam tych osób, które tam
    rzekomo były.
    W 2009 znowu chciałam pojechać na obóz. Tym razem bez moich sióstr (już teraz
    dwóch). Nie pamiętam, czy ktoś rozdawał ulotki. Ja chyba nie mogłam. Były z
    świstakiem i mi się nie podobały. Za to ostro działałam na gronie. Z marnym
    skutkiem. Pojechały z SGGW 4 osoby, w tym ja. To był obóz z pamiętną Orlą Percią
    i generalnym rozleniwieniem.
    Rok 2010. Znowu wkopałam się w organizację obozu zerowego (bo w 2007 też
    teoretycznie nim byłam). Nie z porywu serca, ale z powodu wciąż aktualnego: bo
    nikt inny nie chciał. Jestem jak to koło ratunkowe i szczerze mówiąc wkurza
    mnie to. Zaczęłam od uświadamiania moich członków, że obóz zerowy  to
    świetna sprawa i byłoby na prawdę super, gdyby ktoś zechciał mi pomóc i
    pojechać. Po twarzach widziałam, że nic z tego. Ale się nie poddawałam. W
    połowie mojej kampanii ulotkowej miałam ochotę się rozpłakać. Bo to przecież moje
    zaangażowanie nic nie zmieni. Ludzie i tak nie pojadą. Kto w obecnych czasach
    jeździ na bezalkoholowe obozy? Chyba tylko takie świry, jak ja. A takich jest
    coraz mniej. Albo już wyginęły. Pewnego wieczoru doznałam olśnienia. Że chcę
    ewangelizować, ale bez Boga. Sama. I dlatego wszystko na nic. Więc zaczęłam się
    modlić, żeby Duch Święty natchnął tych, którzy powinni na ten obóz pojechać.
    Żeby mogli przeżyć studia tak jak ja, a nawet dużo lepiej. Poprosiłam Promyczka
    i Rafała, żeby modlili się razem ze mną w tej intencji.
    Po akcji rozdawania ulotek pojechałam na FSM. Tam też się modliłam o nasze
    dzieło Boże. Prosiłam, żeby pojechało chociaż 10 osób (wraz z członkami), z
    których potem choć połowa zostałaby w SD. Wydawało mi się to mimo wszystko mało
    realne, ale zaufałam Panu, że jest w stanie to dla mnie zrobić.
    Gdy wróciłam okazało się że z SGGW zapisało się najwięcej osób. Na tą chwilę jedzie
     21 osób (w tym 12 z I roku), a wiem, że
    jeszcze wybiera się co najmniej 3. I jak tu nie wierzyć w siłę modlitwy? Sama
    moja determinacja zdałaby się psu na budę.

    Cieszę się tym bardziej, iż pierwotne założenie, odnośnie tego, że z UW i PW
    pojedzie najwięcej osób i dla nich koniecznie trzeba zarezerwować największy
    domek, runęły. W skutek różnych zaniedbań promocja na tych uczelniach okazała
    się niewystarczająca i teraz owe uczelnie są zmuszone zejść z piedestału, na
    który je zaprowadził legendarny Zbyszek. To jest rok SGGW! :D

    Powiem szczerze, gdy wchodziłam na różne witryny poświęcone wierze, myślałam sobie, że ludzie którzy je tworzą są jakyś nieźle nawiedzeni. Jak można ciągle pisać o Bożej Miłości i o tym jak bardzo kochają Jezusa, który jest dla nich całym życiem. Uważałam się za osobę wierzącą, ale przesłodzone strony opowiadające o Bożym Miłosierdziu, były dla mnie nie do przejścia. To, że Jezus mnie kocha, wiedziałam od dzieciństwa, ale od paru lat jakoś mnie to nie za bardzo ruszało. Nie modliłam się za często, bo specjalnie nie wierzyłam, że to coś zmienia. Myślałam sobie: wymodliłam sobie dobrego męża. Wystarczy. Nie można być pazernym. ;)

    Pojechałam na FSM, trochę z ciekawości, trochę z chęci tzw.”naładowania akumulatorów”.
    FSM to skrót od Franciszkańskiego Spotkania Młodych, które po raz 23 odbyło się w Kalwarii Pacławskiej w pobliżu Przemyśla. Sami Franciszkanie śmieją się, że to koniec świata. W każdym razie koniec Polski, bo jest to bardzo blisko granicy z Ukrainą. Piękne widoki roztaczające się z góry, na której położony jest klasztor, zapierają dech w piersi. Szybko jednak po naszym przyjeździe, kalwaria pogrążyła się w kłębach mgły, chmurach, z których deszcz padał prawie nieprzerwanie od niedzieli do czwartku. Aura taka nie nastrajała nas: mnie, Eli i Ani zbyt optymistycznie. W niedzielę wieczorem złapałam porządnego doła. Chciałam wracać. Każde wyjście z namiotu łączyło się ze zmoczeniem kolejnej pary skarpetek. Dopiero we wtorek zaczęłam stosować worki foliowe na skarpetki, co nieco zwiększyło moje poczucie komfortu, do momentu, gdy te niepostrzeżenie nie zsunęły się z moich stóp. Na szczęście Ela i Ania zgodziły się przenieść do sali konferencyjnej w domu pielgrzyma. Warunki tam były o niebo lepsze. Przede wszystkim nie trzeba było pokonywać pola namiotowego, które do wtorku zdążyło się zmienić w regularne bagno. Nareszcie w nocy było mi ciepło, sucho i miękko (mieliśmy do dyspozycji materace). Tego dnia franciszkanie ogłosili ewakuację pola namiotowego. Otworzyli swoje stodoły, strychy, dosłownie wszystko co mieli, żeby swoiści pielgrzymi mieli suchy kąt do snu. Niektóre namioty po bardzo obfitych opadach zaczęły przemakać. Inne poprzewracały się od bardzo silnego wiatru. My w sumie w domu pielgrzyma mieliśmy najbardziej komfortowe warunki, ponieważ na strychu było w ciągu dnia strasznie duszno i panował tam ogromny ścisk. U nas też było dosyć dużo ludzi, ale darmowy prysznic i 3 umywalki z ciepłą wodą doceniliśmy w pełni. :)
    Z powodu ciągłego deszczu, największą atrakcją były przewidziane w programie FSMu konferencje, nabożeństwa, no i oczywiście msze święte. Codzienne koncerty na świeżym powietrzu (w błocie) już nie wzbudzały naszego entuzjazmu. W sumie byłyśmy i bawiłyśmy się tylko na koncercie: Stróży Poranka. Po koncertach, o godzinie 22:00 zaczynały się konferencje Leszka Dokowicza. We wtorek pan Leszek mówił o swoim nawróceniu oraz o grzechach przeciwko I przykazaniu. Słyszałam to już po raz trzeci, ale tym razem było to połączone z obrazem, co niewątpliwie wzmogło przekaz. W środę Dokowicz miał konferencję o grzechach przeciwko 6 przykazaniu; o nieczystości, antykoncepcji i największym złu naszych czasów aborcji. Zaskoczyło mnie stwierdzenie, że nienarodzone dzieci idą od razu do nieba. Mogłoby się wydawać, że szatan strzela sobie „samobója” promując takie „załatwianie sprawy”. Ale aborcja niszczy nie tyle zabite płody, co ich rodziców, którzy dopuszczają się tego grzechu. Często kobiety nie potrafią sobie przebaczyć. Kolejną rzeczą, która mnie zdziwiła, to moc modlitwy, która okazała się nieporównywalnie bardziej skuteczna w porównaniu z manifestacjami, pochodami i innymi próbami uświadamiania ludzi, jak dużym złem jest zabijanie nienarodzonych.
    W czwartek miał być przekaz multimedialny na temat Ducha Świętego i wspólnoty. Po całym pełnym wrażeń dniu, byłam przeraźliwie śpiąca. Nie kontaktowałam zbyt dobrze. Zasypiałam podczas, gdy pan Leszek robił wprowadzenie do tematu. Planowałam wyjść, zanim zacznie się film. Zostałam w zasadzie tylko dlatego, że siedziałam w środku kościoła w ławce i próba wydostania się z tego miejsca, wiązałaby się z wieloma żywymi przeszkodami.
    obejrzyjcie proszę: http://www.youtube.com/watch?v=QSVx7WvxvAs&feature=related
    W trakcie filmu, sen mi przeszedł mi jak ręką odjął. Wzruszył mnie strasznie, zszokował, tym bardziej, że Ela powiedziała, że dwie godziny wcześniej podczas adoracji, w której ja nie uczestniczyłam, ludzie padali jak muchy. Pomyślałam, kurczę, może faktycznie Duch Święty jest tak potężny. Po seansie rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu z modlitwą o uzdrowienie. Z czasem ludzie zaczęli mieć spoczynek w Duchu Świętym. Gdy zobaczyłam to na własne oczy, uwierzyłam, że to nie jest żadna podpucha, ani udawanie. To się działo na prawdę. Mocą Jezusa i Ducha Świętego. Uświadomiłam sobie jak mała była moja wiara. Że próbowałam często wszystko robić tylko swoimi siłami. I właśnie dlatego tak często różne rzeczy mi nie wychodziły, co mnie frustrowało i wpędzało w depresję. Podczas modlitwy wzywałam Ducha Świętego, żeby mnie uzdrawiał, przemieniał moje serce, obdarowywał mnie swoimi darami. Po jakimś czasie (już oczywiście całkiem zapłakana) poczułam chłód. Zaczęły wstrząsać moim ciałem dreszcze, które wzmagały się. Po jakimś czasie, moje nogi trzęsły się jak galareta. Podobnie ręce. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nie miałam żadnego wpływu nad tym co się działo. Myślałam, że może jakiś zły duch się ze mnie wyrywa. Podszedł do mnie ojciec franciszkanin. Położył mi ręce na głowie. Dreszcze minęły. Pomyślałam, że kapłan mnie uzdrowił, ale po 5 minutach, gdy znowu się modliłam, wszystko wróciło. Trzęsłam się nawet jeszcze mocniej. Spojrzałam dookoła. Niektórzy leżeli na ziemi, a Ania siedząca koło mnie, trzęsła się jeszcze bardziej niż ja. Złapałyśmy się za ręce i trzęsłyśmy się razem zapłakane. Stwierdziłam, że nic złego chyba jednak się z nami nie dzieje i po prostu mamy dar dreszczy. WOW. Myślałam, że tylko wybrańcy dostępują takich namacalnych darów Ducha. A mnie to na pewno nic się nie przydarzy. Niespodzianka! Wiele osób otrzymało w tamtą noc jakiś dar. Niektórzy nawet mówili językami.

    Całe to doświadczenie – FSM utwierdził mnie w przeświadczeniu, że na świecie niesamowicie realne są dwie siły: dobra i zła. Jednak dobro już zwyciężyło. Jezus zwyciężył za nas na krzyżu i ma MOC czynić w naszym życiu takie cuda, jakich, nawet ja (osoba wierząca) sobie nie wyobrażałam. Jego siła jest jak najbardziej realna i namacalna. Uzdrowienia, zaśnięcia i inne dary dzieją się, ale tylko wtedy, gdy człowiek otworzy serce i pozwoli Bogu działać. To wbrew pozorom, nie jest wcale takie łatwe.
    Wiara jest łaską. To coś, co dał nam Bóg, jak talenty w przypowieści. Trzeba jednak coś z tym darem zrobić, bo inaczej zaprzepaścimy swój dar i po śmierci wcale nie trafimy tam, gdzie byśmy chcieli.
    Ci, którzy z różnych powodów mają małą wiarę (albo mówią, że nie mają jej wcale), twierdzą, że nawróciliby się, gdyby ktoś (najlepiej sam Bóg) przedstawił im niezbity dowód na istnienie Stworzyciela, który jest Miłością. Problem jednak w tym, że ich oczy są jakby na uwięzi. Choć patrzą, nie widzą, lub zobaczyć nie chcą. Nie szukają, bo ten kto szuka, znajduje.
    „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.” (Mt 25:29)
    Jeśli ktoś jeździ na rekolekcje, modli się, szuka Boga, jego wiara się rozwija. Po pewnym czasie staje się szczęśliwym człowiekiem, pełnym radości i pokoju. Każda osoba ochrzczona, jest przecież powołana do świętości. Szkoda, że tak mało osób w to wierzy. Świat byłby wtedy nieco przyjemniejszym miejscem do życia.
    Ok. To teraz wiem, że Bóg i jego moc jest jak najbardziej realna. Oraz, to że zmarł i zmartwychwstał dla mojego zbawienia, to nie jest jakaś ściema, ani bajka. A co z druga stroną medalu? O tym też co nieco dowiedziałam się na FSMie. Po pierwsze, podczas wcześniej przeze mnie wspominanej adoracji, podczas wnoszących się głosów modlących, w kościele rozbrzmiały przeraźliwe, nieludzkie krzyki. Dokładnie takie, jak na filmie. Okazało się, że jedna z osób w kościele była zniewolona przez złego ducha i konieczna była modlitwa kapłanów o uzdrowienie chyba nawet z elementami egzorcyzmu. Szatan jest więc również realną siłą. Okłamuje on ludzi, że albo go wcale nie ma, albo, że siły dobra i zła się równoważą. Zły wmówił satanistom, że wygrana będzie po stronie tego, po której stronie opowie się więcej dusz.
    Bóg natomiast mówi:
    „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście,
    śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i
    chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i
    mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który
    idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz
    i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im – oświadczam wam
    dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą
    idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na
    świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć,
    błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy
    i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu,
    lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na
    ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i
    Jakubowi
    ”.

    Wybór należy do każdego z nas. Tego wyboru musimy dokonywać każdego dnia, często wielokrotnie. To bardzo trudne, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo i przyjemnie.
    Za rok też chcę przyjechać na FSM. :) Chwała Panu!!!
    Na koniec prośba, każdy, kto przeczyta moją notkę, niech zostawi po sobie komentarz. Bynajmniej nie dlatego, że chcę mieć więcej komentarzy pod notkami, ale ciekawi mnie kto dotrwał do końca i zechciał przeczytać to moje świadectwo. Może być nawet jedno słowo, np. przeczytałem. Z góry dzięki. :)


    • RSS