mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 9.2010

    Zaufanie

    6 komentarzy

    Często zastanawiam się, co mnie w ludziach najbardziej wkurza. Kiedyś stawiałam na brak lojanlości. Dziś odkryłam, że wciąż bardzo wkurza mnie dzisiejsza młodzież (tak, jestem mentalnym wapniakiem) i ich pogardliwe spojrzenia (dobrze znane z czasów gimnazjum i liceum). Ale przy odpowiednim nastawieniu do świata, można powiedzieć „trudno i płynie się dalej”.
    Mimo, że emocje poobozowe już opadły, ciągle jeszcze o tym wszystkim myślę. Np. o mojej kłótni z M.K. Zarzuciła mi, że psuję atmosferę, rozsiewając aurę nieufności wobec ludzi z SD. Śmiechu warte! Może i rozsiewam. Tylko chyba nie zauważyła, że moje ograniczone zaufanie, ma realną podstawę bytu. Podczas, gdy koordynator robi mnie w bamuko i jeszcze na odchodnym rzuca: „jakoś sobie poradzicie”, to nic innego teraz nie robię, tylko ufam każdemu jak dziecko. Dobrze, może było i „jakoś”, ale z „jakością” o której wcześniej trąbił, miało to tylko parę pierwszych literek wspólnego. Żałuję, że nie zaufałam mu jeszcze mniej, a najlepiej w ogóle. Tylko, czy wtedy ten obóz, w ogóle by się odbył??? Śmiem wątpić…

    Zaufałam Bogu i już…
    I niczego nie muszę się lękać.
    Zaufałam Bogu i już…
    I niczego nie muszę się trworzyć.


    Wczoraj na spotkaniu poobozowym, niestety zawiodłam się na kolejnych osobach. Nie spełnili mojej prośby, która była dla mnie bardzo ważna. Dopiero w domu Rafał uświadomił mnie, że ich wymówka, w którą z początku uwierzyłam, nie jest prawdziwa. Po prostu zapomnieli.

    Umiesz liczyć? Licz na siebie.

    Czy ja wymagam za dużo? A może inni wymagają od siebie zbyt wiele? Albo za mało. Jak ja mam ufać ludziom, którzy w mniejszych lub większych sprawach, zawodzą moje zaufanie? Dawać cały czas drugą szansę? Mam wszystko robić sama? Wykrwawić się na śmierć? Czy rzucić to wszystko, bo otacza mnie badna dzieciaków (żeby nie powiedzieć gorzej)?

    Przebaczenie to jedno, a zaufanie… Zaufanie, to zupełnie inna pra kaloszy.

    Tak więc obecnie najbardziej wkurza mnie u ludzi brak konsekwencji i niespełnione obietnice. I nie obchodzi mnie to, czy dana osoba potrafi się multiplikować, czy nie.

    Ufam teraz już naprawdę ograniczonej liczbie osób. Żeby jakoś(ć) przeżyć.

    Wyobraź sobie taką sytuację: Organizujecie obóz, który już w samej koncepcji ci nie odpoawiada. Zebranie ludzi ze wszystkich uczelni w jednym miejscu, to Twoim zdaniem bardzo kiepski pomysł. Ogarnięcie 30 osób, już w przeszłości sprawiało pewne trudności. A teraz ma być ich 100… Odważne, żeby nie powiedzieć nie do wykonania. Ale przekonuje Cię postawa głównego organizatora, wiecznego optymisty, który przecież brał udział w największych projektach. Stawiasz pewne warunek: 3 domki poszczególnych podobozów mają być oddalone minimum 300 metrów od siebie.
    Spotkania organizacyjne są jak rozmowy o niczym. Wiele spraw pozostaje otwartych. Myślisz sobie: chyba koordynator wie co robi i nad wszystkim panuje. Nie zdradza bowiem żadnych oznak paniki. Wszystko jest OK (?)
    Na dwa dni przed obozem dowiadujesz się, że ktoś musi załatwić ubezpieczenie i że tym kimś musisz być TY. Dzień wcześniej dowiadujesz się, że mamy wstępnie umówione 2 domki, a o trzecim krążą pogłoski, że może nam służyć jako koło ratunkowe. Oczywiście te dwa domki są 20 metrów oddalone od siebie. Na godzinę przed przyjazdem obozowiczów do Zakopanego dowiadujesz się, że główny organizator został w Warszawie z bliżej niewyjaśnionych powodów. Oczywiście zalewa Cię krew.
    W związku z przerwą wakacyjną, Twoja drukarka nie może wydrukować abstrakcyjnego programu opracowanego przez głównego koordynatora.
    Przyjeżdżasz na miejsce i wchodzisz w ten „deep shit”. Na miejscu chaos na 150. Gdyby nie parę osób, które przyjechało dobę wcześniej (bo im sama kazałaś), ludzie nie mieliby chyba w ogóle gdzie spać, ani jak dojechać z dworca. Niestety nie rozlokowali ludzi według uczelni. Nie opanowali tłumu. Nie wiadomo ilu ich tak na prawdę jest. Masakra.
    Nagle z funkcji podrzędnego organizatora awansujesz na głównego dyrektora tej katastrofy. Okazuje się, że wizjoner szuka (akurat w trakcie pierwszych i najważniejszych dni obozu) mieszkania na przyszły rok akademicki. Ma przyjechać w poniedziałek. Potem zarzeka się, że we wtorek. Zjawia się w środę rano.
    Przejmuje pałeczkę. Możesz wreszcie odpocząć od ciągłych pytań: „co teraz robimy? ile kosztuje doba? o Której jutro jest śniadanie?” itp. W piątek koordynator po próbie okiełznania tego bałaganu, poddaje się i przekazuje znowu wszystkie obowiązki Tobie. Powodem jest choroba mamy. Nie wiem, komu bardziej w tej chwili współczujesz. Sobie, czy tej kobiecie.

    Koordynator od siedmiu boleści w ogóle nie poczuł problemu. Nie można mu było wytłumaczyć, że takiej masy ludzkiej nie da się tak do końca ogarnąć, a hasło: wyjście w góry dla 90 osób, to poważne przedsięwzięcie logistyczne. Nam brakowało ludzi, którzy by poprowadzili bezpiecznie małe „grupki znajomych”.

    Były kłótnie. Ludzie żarli się z nami o pieniądze marne 32 zł za wcześniejsze powroty (o których wcześniej w ogóle nie wspominali). Była też sytuacja, kiedy jedna z dziewczyn domagała się ode mnie mojego prywatnego laptopa, żeby mogła sobie zgrać zdjęcia, kiedy on był mi niezbędny na adorację. To już był szczyt! Niektóre osoby, wkurzały mnie przeokropnie. Zero empatii, zero wyrozumiałości, same żądania i żale.
    Na szczęście większość obozowiczów była wporządku. Na koniec usłyszałam parę miłych słów, dzięki którym nie oceniam tego obozu jako totalnego dna. To ludzie tworzą klimat, a wiele z nich było na prawdę super. Już odchorowałam i prawię nie kaszlę. Myślę, że to dobrze, że cały czas padało (a to deszcz, a to śnieg), bo te biedne dzieciaki mogłby poginąć nam w górach w tym całym zamieszaniu.
    Nigdy więcej takiego obozu zerowego.


    • RSS