mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2011

    W sobotę rano Rafał stwierdził, że chętnie bujnąłby się do
    teściów od Płockie, bo nie chce mu się siedzieć w mieszkaniu cały weekend. Ja
    chętnie się zgodziłam. Spakowaliśmy więc też dzieciowe manatki i ruszyliśmy w
    drogę. U rodziców miło spędziliśmy czas.  Do Wawy wróciliśmy nieco przed 19, szybko się
    przebraliśmy i pojechaliśmy na mszę na 19:30. Wyspowiadałam się nawet, ale
    potem mały tak szalał, że mi z bólu łzy stawały w oczach. Kopał mnie okrutnie w
    okolicy wyjścia. W końcu – tuż przed komunią chyba dopiął swego bo chlusnęło mi
    po nogach. No może nie chlusnęło, ale się przynajmniej bardzo obficie polało.
    Szok. Wyszliśmy prawie natychmiast. Potem trochę żałowałam, że nie przyjęłam
    komunii, ale z drugiej strony wzbudziłabym niezłą sensację. Choć podejrzewam,
    że i tak parę osób zauważyło mój mokry tyłek, w tym nasz zaprzyjaźniony ksiądz,
    który tą mszę odprawiał :D Pojechaliśmy do mieszkania po część rzeczy, jakich
    wcześniej zapomnieliśmy i ruszyliśmy do szpitala. Generalnie było dokładnie
    tak, jak sobie to wymodliłam, czyli, żeby zaczęło się, kiedy mąż był przy mnie
    i by mógł się wyspać. Potem jednak się okazało, że i tak nie spał z nadmiaru
    adrenaliny ;]

    Zaraz po odejściu wód zaczęły mi się coraz bardziej
    regularne skurcze. Bolały przeokropnie, a ja się jak głupia cieszyłam, że mogę
    zasmakować prawdziwego porodu i bólu rodzenia. Potem nieco zmieniłam zdanie na
    temat tej wątpliwej przyjemności. :P W szpitalu podłączyli mnie pod KTG. Tak to
    się chyba nazywa, ale niezbyt się spieszyli. Zmienili nieco zdanie po odkryciu,
    że stopa syna jest w pochwie, a ja mam 4 cm rozwarcia. Trzęsłam się już jak
    galareta. Także podczas ZZO, ale wkuli mi się dobrze, bo nie czułam bólu, a
    potem nie miałam żadnych nieprzyjemności. Myślałam, że nie będę nic czuła, ale
    teraz już wiem, że to działa tylko na ból, bo doskonale wiedziałam, jak
    tarmoszą moim brzuchem. Mąż był ze mną podczas cesarki. Jak przyszedł ubrany w
    ten specjalny strój pomyliłam go z pielęgniarką :P Ja zamknęłam oczy, bo
    niestety w lampie mogłam się obejrzeć od środka, co nie było dla mnie zbyt
    atrakcyjnym widokiem.  Moment w którym
    zobaczyłam maluszka, był naprawdę cudowny. Lekarka stwierdziła, że moje łożysko
    wygląda bardzo staro i nie podoba jej się rozdęta z lewej strony macica, którą
    mi syn regularnie maltretował. Nie powiem, zmartwiło mnie to wszystko. Na
    pooperacyjnej było spoko. Ja jednak nie mogłam w nocy oka zmrużyć, co w połączeniu
    z faktem, że poprzednie dwie noce, również miałam nieprzespane, spowodowało, że
    w poniedziałek czułam się jak w dzień oddania pracy zaliczeniowej z
    projektowania :P Z tego względu bardzo poważnie zastanawiałam się nad
    wynajęciem jednoosobowej Sali za 850zł, gdzie Rafał mógłby być ze mną całą noc.
    Jednak teraz z perspektywy czasu uważam, że to byłby ogromny błąd, bo i tak nic
    nam by to nie dało i już lepiej byłoby wynająć położną do opieki w nocy. Z
    żadnych z tych opcji jednak nie skorzystaliśmy i bardzo dobrze. W sumie stało
    się tak ponieważ mój kochany mąż zaraz po porodzie podłączył mi Tel do
    ładowania do gniazdka na drugim końcu Sali pooperacyjnej i wyłączył dźwięk. W
    południe nawet gdy chciałam się z nim skonsultować w tej sprawie i dzwoniłam z
    pożyczonego telefonu, on nie odbierał. Ale i tak było najlepiej jak tylko
    możliwie, bo trafiłam do 3osobowej Sali z łazienką, automatycznymi łóżkami –uwielbiam
    je i doświadczonymi babeczkami, które dały nam sporo cennych i bardzo
    praktycznych rad. Już o 22 w pon. Byłam w stanie pierwszy raz zmienić małemu
    pieluchę.  Generalnie pobyt w szpitalu
    wspominam bardzo dobrze. Jednak nie wszystkie kobitki  miały tak dobre zdanie o tej placówce. Z
    jednaj strony zarzuty jednej pani, że zbagatelizowały jej problemy z
    nadciśnieniem były zasadne. Ale mogłaby nie odpowiadać personelowi na pytanie
    jak się czuje, że bywało lepiej, a nam narzekać, że zaraz jej „łeb pęknie”, a
    nogi ma tak spuchnięte, że prawie nie może ruszyć palcami.

    Co do dzidziusia, jak dla mnie jest przepiękny, ale też moim
    zdaniem trochę dziwny. Jak chcę, żeby mu się odbiło, podnosi sam głowę do góry.
    I często sapie. Pediatrzy jednak nic sensownego nie potrafili powiedzieć na ten
    temat. Jest też strasznie żarty. Wczoraj zaczęłam go karmić o 21, a skończyłam
    kwadrans po północy z 4 zmianami pieluszek po drodze. Myślałam, że już będę tak
    karmić go do końca świata. A nie jest to dla mnie szczególnie przyjemne, bo już
    mam popękane brodawki, mimo, że ciągle go dobrze przystawiam, smaruję i wietrzę.
    Od wczoraj stosuję osłonki i boli nieco mniej, ale nie wiem, czy dzięki temu szybciej się wygoją. Dziś jednak dał nam na szczęście spać prawie 5 godzin, więc nie mam mu za bardzo za złe tego
    wczorajszego przydługiego karmienia. Wkurzające jednak dla mnie było to, że
    trzeciego dnia, kiedy miałam nawał zadowalał się 10minutowym karmieniem co 3-4
    godziny. No ale jakoś to przeżyłam. ;]  

    Udało się. Jestem magistrem. Obrona była dużo przyjemniejsza niż inżynierska. Bardziej kameralna, prócz dziekan była moja promotorka i Kosmala. Obawiałam się, że zmieszają moją pracę z błotem. Fakt, zbyt odkrywcza nie była. Taki trochę gniot. Dziękuję jednak Bogu, że przede mną broniła się Alina. Był z nią Tomasz i on trochę rozładowywał napięcie. Dzięki temu można powiedzieć, że byłam dość wyluzowana. Podczas samej obrony dziekan już maksymalnie znudzona nie słuchała mnie, bo później recenzent musiał jej wyłożyć kawę na ławę czego dotyczyła moja praca. Promotorka dość skutecznie broniła mnie przed zarzutami pana K. za co w sumie jestem jej wdzięczna. Pytania miałam nieco od czapy: budowa nawierzchni trawiastych na obiekty sportoworekreacyjne. Tego nie było na liście możliwych zapytań, więc ledwo cokolwiek wydukałam z pomocą pani R. Drugie pytanie dotyczyło obiektów sprzęgających dwa wnętrza. Też jak w mordę strzelił. :P
    W każdym razie obronę ocenili mi na 4, a na koniec studiów 5. Także lepiej niż się spodziewałam.
    Po obronie czuję się wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Czekam już tylko na rozpakowanie. Chciałabym, żeby odbyło się ono jak najszybciej, ale ze względu na dobro dziecka, chyba powinnam się jeszcze uzbroić w cierpliwość. Zresztą nie tylko ja. Zaczęły się już SMSy, telefony z pytaniami: czy to już? Dlatego chciałam nieco ostudzić emocje. Mimo, że termin według ostatniej miesiączki jest na dziś, nie oznacza to, automatycznie faktu urodzenia. Bardzo niewielki odsetek dzieci rodzi się w terminie, a większość po nim. Słyszałam ponadto, że chłopcom szczególnie nie zależy na zbyt wczesnym opuszczaniu maminego brzucha. Termin porodu może być nawet o tygodnie później wywoływany, jeśli nadal nic się nie dzieje. A u mnie właśnie nic się nie dzieje. Bodajże mówiłam An i Promyczkowi, że szpitalny lekarz powiedział, że będę miała cesarskie cięcie po rozpoczęciu czynności skurczowej. Albo gdy odejdą wody, mam przyjechać do szpitala. Nie ma takiej praktyki, by przyjeźdżać parę dni wcześniej i niepotrzebnie zajmować szpitalne łóżko. To byłoby chyba nieco zbyt stresujące, a hormony odpowiedzialne za rozpoczęcie porodu, nie lubią się z adrenaliną. Wobec tego staram się maksymalnie wyluzować, co teraz już jest znacznie łatwiejsze.
    Niestety to czekanie wcale nie jest takie łatwe, ani przyjemne. Syn nie zważając na zbytnią ciasnotę, wciąż rozciąga mnie na wszystkie strony; nogi i stopy ostatnio puchną mi maksymalnie, a szczególnie prawa. No i jeszcze najgorsze z tego wszystkiego: miednica, w której coś strzyka przy nieprawidłowym przewrcaniu się z boku na bok. Dwa dni temu miałam schizę, że mam patologiczne rozejście się spojenia łonowego, ale dziewczyny z grona i innych for uspokoiły mnie, że jeśli jestem w stanie chodzić, i się ruszać, to nie powinnam histeryzować, a moje bóle są w miarę normalne. Trzeba to przecierpieć i tyle.
    Mama radziła mi, żebym już jutro pojechała do szpitala i zarządała cesarki. Ale chyba jednak się wstrzymam do poniedziałku, by znowu zjawić się na „komisji”. Może do tego czasu syn się ogarnie i zapragnie już opuścić moje wnętrze. Nie miałabym na prawdę nic przeciwko.


    • RSS