Kiedyś miałam o sobie chyba bardzo wysokie mniemanie. Chciałam mieć synów. Myślałam, że na pewno będę świetną matką, więc sobie z chłopcami poradzę. Wiadomo, dobrze wychowanych facetów – jak na lekarstwo, więc choć w przyszłości moi chłopcy będą się jako-tako zachowywać. Myślałam, kto jak nie ja? O ja naiwna…

Nie wiem, czy to temperament Pawełka, czy po prostu zdążyłam już go zepsuć, ale jest kiepsko. Dziadek mówi na niego diabeł i generalnie nie ma do niego cierpliwości. Nie chce się nim zajmować. Na szczęście babcia bardzo go kocha i wiele mu wybacza. Pytana jednak jak było z nami, mówi, że dużo łatwiej. Byłyśmy grzeczniejsze. Fakt, że obecny wiek (16 miesięcy) to okres buntu, ale jakoś mnie to nie pociesza. W fachowej literaturze odnajduję teksty, które mnie coraz bardziej dołują: nie powinnam sobie wmawiać, że wyrośnie, zmądrzeje, będzie lepiej. Guzik z pentelką. A to jak jest, to wyłącznie wina braku konsekwencji rodziców. Noż w mordę! Tak donosi sławetna pani Tracy Hogg. Niby podaje jak powinno się postępować, ale mi brakuje cierpliwości by wypełniać jej zalecenia, a inni mają to w nosie i każdy ma 10 dobrych rad na podorędziu, które wykluczają się z tym co wyczytałam.

Ostatnio dla odmiany (tiaa…) mamy problemy z usypianiem i ubieraniem. Paweł w Probo kładzie się o 22, wstaje o 8, ale za to śpi całą noc (Alleluja!) . Uspokajanie zaczyna się około 20 i tak sobie trwa i trwa, aż wszyscy łącznie z wrzeszczącym mają już wszystkiego dość. Obowiązkowo głaskanie po główce, a potem trzymanie za rączkę. Pawełek wszystkim steruje, więc nie sposób się pomylić.

Wbrew głupiej pani Hogg mam nadzieję (pewnie równie inteligentną), że mimo wszystko z tego wyrośnie, a ja nie jestem aż taką beznadziejną matką… Ale i tak jest mi smutno…