Całe wieki minęły od mojego ostatniego wpisu. Zmieniło się masę rzeczy. Wiele z pewnością wymagało uwiecznienia, ale niestety zabrakło czasu, energii lub cierpliwości. Alinka skończyła już rok i dwa miesiące (no prawie), Pawełek za miesiąc skończy 3. Oboje mnie zadziwiają tempem rozwoju. Paweł od pół roku całkiem sprawnie porozumiewa się słownie, a nie tylko gestami czy ekspresyjną mową ciała. Zadaje mnóstwo pytań i wszystko go baaaardzo interesuje. To super chłopak! Alinka chodzi coraz pewniej, ale zdumiewający jest dla mnie jej rozwój mowy. Z wielką lubością pyta :”Cio to?” i wskazuje rozmaite przedmioty. Raz powtórzyła po Pawle „będzie burza”. Myślę, że lada moment, da się z nią sensownie porozmawiać. Jest to o tyle zaskakujące, że rozwój motoryczny jest także zaskakująco dobry. Od jakiegoś miesiąca, czy nawet dwóch potrafi sama wejść na zjeżdżalnie i z niej zjechać. Taka mała słodka kruszynka! Od pół roku jest na 3 centylu. Pod koniec kwietnia po naszym kursie Bartymeusz na którym z nami była dostała trzydniówki połączonej z przedłużającą się biegunką i wymiotami. Byłam z nią nawet 3 dni w szpitalu na Kopernika z powodu odwodnienia. Pawełek został wtedy z tatą w domu. Potem przez blisko dwa miesiące walczyliśmy z jej nietolerancją laktozy. To było też powodem jej odstawienia od piersi. Wtedy też na nowo odkryła dobrodziejstwo jakim jest smok w buzi. ;-)

Jeśli chodzi o wzajemne stosunki między rodzeństwem są na razie dość trudne. Czasami wręcz mnie przerażają i przerastają. Zazdrość w czystej postaci. Niby człowiek wie, co powinien robić: poświęcać więcej czasu starszemu dziecku, ale gdy brakuje na to sił fizycznych i psychicznych, czuje się bezradny. Wiele razy sytuacja zwyczajnie mnie przerasta. Wtedy jedyną pomocą, na jaką mogę liczyć, jest ta z nieba. Nie powiem, zjawia się. Gdyby jej nie było, mnie również by nie było. Dziękuję, że jest. Ostatnio Bóg jednak chce mi powiedzieć, że On posługuje się bardzo często innymi ludźmi, którzy chcą i mogą mi pomóc. Jeśli przyjmę tę pomoc. A to nie jest zawsze takie proste. Duma i uprzedzenie nie pozwalają. ;-) W ten sposób uczę się ostatnio pokory – korzystając z dobrej woli innych i ufając, że sobie poradzą i świat się beze mnie nie zawali.

Ostatnia kwestia, jaką chciałam poruszyć, to mój rozwój duchowy. Okres macierzyństwa, przeze mnie jakiś czas temu porównywalny do pustyni, która oczyszcza, przyczynił się do bujnego rozwoju duchowego. Główną rolę oczywiście odgrywa moja wspólnota, która zapewnia fantastyczną dla mnie formację. Dzięki nie,j raczej w przyszłości nie zaliczę tego czasu jako „wyrwanego z życiorysu”. Na pewno, jako czas niedospania, walki o przetrwanie, walki z egoizmem, ale też jako czas wzrostu duchowego, pomimo realnych ograniczeń czasowych. Bóg wie, jak bardzo mi doskwiera przeświadczenie, że kiedyś mogłam więcej dla Niego robić. Ale Jego wola na ten czas jest taka, a nie inna i ja to zaakceptowałam.
Dusza jednak się wyrywa do tej Największej Miłości, do Źródła, które jako jedyne potrafi zaspokoić mój głód. Dzięki moim najbliższym spełnię swoje wielkie pragnienie i pojadę już za dwa tygodnie na Kurs Jan. Będę na nim sama: bez męża, bez dzieci. Rafał zażartował, że pewnie wszyscy będą myśleli, że jestem na kursie, a będę się szlajać z koleżankami po mieście. Odpowiedziałam mu wtedy, że „Lepszy jeden dzień w przedsionkach Twych, niż tysiąc innych” (Ps. 84,11). I tak faktycznie jest, nie chciałabym zamienić tego czasu na żaden inny. Na ostatnim czuwaniu przed Zesłaniem Ducha Świętego, na którym dane mi było być, miałam dokładnie te same pragnienie. Nie chciałam stamtąd wychodzić. Uczucie radości, spełnienia i bycia na najlepszym możliwym miejscu (nawet przez ponad 7 godzin), to coś dla czego chce się żyć. Ktoś może powiedzieć, że to fanatyzm religijny, gruba przesada, albo, że ktoś mi zrobił pranie mózgu. Myślę, że ktoś dał mi po prostu nowe serce i nowe życie. Chwała za to Panu!