mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 8.2015

    Jestem na wakacjach w Stegnie razem z kołem emerytów i rencistów. Nie mam nic do starszych ludzi. Nawet wolę starszych niż np. Młodzież. Ale przejdźmy do meritum czyli do zrzèdzenia, które zamierzalam tutaj popełnić. Pewnie mogłabym zaliczyć ten urlop Rafała ( bo ja na 3/4 etatu tutaj zapierniczam – odeszło mi przygotowywanie posiłków) za całkiem udany, gdyby nie te kwasy migdałowe i fakt, że jestem tu na obcym wikcie. Pofolgowalam sobie i jadłam co mi podali. Miernikiem tego, jak zdrowe podają tu jedzenie, niech będzie fakt, że do obiadu zamiast kompotu podają napój pełny chemii i syropu glukozowo-frukozowego. Na śniadanie i kolacje samo białe i najtańsze pieczywo. Tak, zrobiłam się stara, zrzedliwa, wybredna i pryszczata. A to już nie jest sprawiedliwe! Już bym jakoś przecierpiala te gazy i zaparcia, ale tej Hiroshimy na mojej twarzy nie mogè przecierpiec! Jutro obiecuje nie ruszyć nawet okruszyny chleba i pić kawè bez mleka, gdyż zaplaczè się na smierc. Poza tym moja komórka została w naszym mieszkaniu, wiec trzeba się ze mną mailowo komunikować, jeśli kogoś niespodziewanie najdzie na to ochota. Sorry za błędy, ale pisze z komórki męża której nie ogarniam.

    Od tygodnia stosuję piling kwasem migdałowym. Odważyłam się na ten desperacki krok, ponieważ u mojej siostry faktycznie to świetnie zadziałało. Już nie ma pryszczy, skóra wygląda znacznie świeżej i młodziej. Jak dla mnie bomba. Problem jednak z tymi kwasami jest taki, że powodują one oczyszczanie się starych zaskórników i innych trądzikowych zmian w taki sposób, że przez pół roku jest zdecydowanie gorzej jeśli chodzi o wygląd. Obserwowałam metamorfozę mojej siostry ze współczuciem, nie wierząc, że wyjdzie na prostą. Ale faktycznie to u niej podziałało.
    W związku z tym zdecydowałam, że teraz czas na wojnę totalną z moimi pryszczami, których szczerze nienawidzę i mam nadzieję się z nimi pożegnać raz na zawsze.
    Teraz zmieniając temat, przejdę do czegoś jeszcze innego, z czym nosiłam się od dawna (około dwóch lat), ale brakowało mi wiary, czy to aby dobre, konieczne itp. Serce mi krwawi, ale postanowiłam ograniczyć nabiał i gluten. Tak się o nich naczytałam, że już mi się nawet mojego ukochanego sera żółtego odechciewa i bułeczek a nawet lodów kupnych. Ostatnio zaczytuję się w artykułach pani dietetyk Gurbackiej i mimo, że w niektórych kwestiach wiem, że jest nieścisła i pewnie trochę rozdmuchuje fakty, żeby jej interes się lepiej kręcił, to dałam jej kredyt zaufania. Jeśli po stosowaniu jej super wskazówek odnośnie odżywiania, korzystania z jej przepisów nie będę czuła się lepiej. A jest co leczyć.
    Ostatnio babeczka ze sklepu ze zdrową żywnością poradziła, żebym odstawiła krowie mleko, bo z moją cerą przez nie, jest tak fatalnie, jej zdaniem. Ok. Zobaczymy, przekonamy się. Daję sobie rok. Ciekawe czy tyle wytrzymam. Jednak od razu mówię, że z masła i małej ilości sera nie umiem zrezygnować, więc się nie zarzekam odnośnie nich. Boję się, że teraz będę siedziała całe dnie w kuchni pichcąc bezglutenowe cuda za niestety grube pieniądze. Ale od jakiegoś czasu gotowanie stało się (z konieczności) moim nowym hobby. Dzieci coraz więcej mi pomagają zamiast tylko przeszkadzać, więc myślę, że będzie git. Tym bardziej, że już lada moment skończą się wakacje. Hurra!
    Podsumowując w kwestiach diety robię się coraz bardziej zielona. Choć z mięsa nie mam zamiaru rezygnować. Wiadomo jednak im więcej mięsa w mięsie i im bardziej eko, tym lepiej. A Po wypiciu mleka kokosowego własnej produkcji, zabrakło mi słów zachwytu. Jest cudowne! I ponoć bardzo zdrowe oraz o dziwo nie takie jeszcze tak strasznie drogie. Polecam

    Dziś większość dnia było nie za ciekawie, nie licząc możliwości złapania zapalenia pęcherza podczas radosnej pluskaniny w baseniku r=0,5m oraz kwestii polewania szlauchem przez Pawła na wszystko i wszystkich dookoła. A nie przepraszam: zaliczyłam jeszcze dwie przejażdżki rowerowe w skwarze +29 najpierw ze starszą latoroślą, potem z młodszą. W sumie było więc nie najgorzej, ale ciągle siedziało we mnie to, o czym pisałam w poprzedniej notce.

    Tak się jakoś mi sympatycznie złożyło, że dzieci zasnęły o 17:20, co skłoniło mnie do rozkminki: iść czy nie iść na mszę do Kościoła. Bóg mi świadkiem, że okropnie mi się nie chciało. Miałam bowiem focha na Niego, że tak mało jest ostatnio szczodry w swojej dobroci wobec mnie. Oczywiście w mojej subiektywnej ocenie. No ale wiedząc, że od dłuższego czasu raczej jestem w strapieniu, to uznałam: „Któż jak nie Bóg może mi dać miłość, radość i generalnie to, czego mi tak bardzo brak?” Poszłam. W trakcie złożyłam na ołtarzu wszystko, co w ostatnim czasie tak mnie gniotło i uwierało: mój żal, egoizm itd. W trakcie Mszy przypomniałam sobie mój Kurs Emaus.

    O genialności Kursów Szkoły Nowej Ewangelizacji mogłabym długo, ale może jednak innym razem. W każdym razie mam nadzieję, że nie będzie złamaniem tajemnicy kursu, to co tu napiszę. Dopiero po około 3 latach od przerobienia tych treści zaczynam je rozumieć i wcielać w życie. Tak wiem, mam niezły zapłon. ;D

    W tym miejscu zamiast wklejania przydługiego cytatu z Pisma Świętego wklejam link dla chętnych do przypomnienia sobie do czego będę się odnosiła w dalszej części notki:

    http://mateusz.pl/ksiazki/ja-cd/ja-cd-414.htm

    Ja nie miałam nigdy szczególnej ochoty na ruszanie się z Jerozolimy. Uparcie chciałam tkwić w wiecznej radości. Mówili mi, Marta tłumisz emocje, wszystko tłumisz. Ja potakująco kiwałam głową (niewiele z tego niestety rozumiejąc) i sobie siedziałam w tej Jerozolimie (najpewniej gdzieś w okolicach ściany płaczu). Gdy natomiast ktoś szedł do Emaus, to w myślach oceniałam „mięczak, ja taka miętka nie będę. Trzeba być twardym, a nie miętkim” (błędy celowe), „Nie, ja z niczym w zasadzie nie mam problemu. Wierzę, a jakże! Moja wiara jest TAAAKA, że ciągle się raduję” (Błahahahaha! :D) A potem zwykle taki dół, jak rów Mariański. Prawdę rzecze Ojciec Szustak, że głównym zajęciem Ducha Świętego w nas to odkłamanie nas i uświadomienia nam, czego na prawdę pragniemy.

    Zapomniałam tego, co w Kursie Emaus było dla mnie wielkim odkryciem! Ech ta pamięć dziurawa jak ser Radamer z Biedronki…
    Poza tym nie wiedziałam, jak ta podróż do Emaus ma (w konkrecie) wyglądać. Nie za bardzo chciało mi się szukać jeszcze swojego Kleofasa. (Z tymi Kleofasami zawsze miałam problemy). Bo jeszcze by się okazało, że nikt nie ma ochoty słuchać moich jęków i stęków, no i płaczu. Lub nie daj Boże jakieś rady by mi po drodze sprzedawał. Ja rady bardzo, baaaaardzo lubię, ale wtedy, gdy o nie proszę. W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że już sobie wreszcie wbiję do tego mojego słodkiego łebka, że aby zaznać radości ze spotkania z Jezusem, niestety trzeba (no kurczę blaszka!) iść do tego głupiego Emaus z tym swoim Kleofasem. Wylać mu swoje żale, a Jezusowi wytłumaczyć życzliwie „Ja nie TEGO się po TOBIE spodziewałam!!! Co to w zasadzie za podchody i zabawa w kotkę i myszkę ma być???!!! Za stara jestem na takie numery i generalnie ich nie lubię, więc proszę się na przyszłość trochę ogarnąć!” Potem przychodzi pokora: „Już mi trochę ulżyło, więc: no dobra, w zasadzie jesteś Bogiem, pewnie wiesz lepiej, co dla mnie dobre. Niech się dzieje Twoja wola. Ja już się na wszystko zgadzam. W ciemno. Serio.” No to w ciemno potem człowiek ma siłę na bieg z powrotem do Jerozolimy by mówić innym „God is good, all the time”.
    Ja to dziś przeżyłam na tej Mszy Świętej. To było fantastyczne. I nawet ksiądz w pewnym momencie wspomniał, że uczniowie z Emaus poznali Jezusa po łamaniu chleba, więc już w ogóle się rozpływałam, że chyba te moje rozkminki całkiem na miejscu były.

    Mam teorię: jeszcze nie sprawdzoną, że może jeśli uda mi się dobrze przeżywać drogę DO Emaus, przestanę ryczeć, jak żywa fontanna. To byłoby cudowne! B-))
    Dziękuję moim Kleofasom. Szczególnie Agnieszce. Dziękuję Słońce, że jesteś. :* Już do nikogo nie mam żalu, że komentarzy nie ma pod notkami. Możecie mi prywatnie pisać, mówić. To było dziecinne, ale wiecie z kim ja się na co dzień zadaje. To mnie usprawiedliwia. :P
    Wszystkim dedykuję piosenkę:

    Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

    Planowałam dziś położyć się spać przed 22. Jednak z synem siedziałam do 22:15, choć w dzień nie spał. I teraz kibluję u córci od 22:30 do 24. Boże zmiłuj się nade mną! Ja na prawdę beznadziejnie funkcjonuję po 6 godzinach snu już od prawie 5 lat!!! Aaaaa


    • RSS