mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy, których autorem jest martita86p

    Jestem po rekolekcjach ORAR1, na których byłam razem z mężem. Tym razem bez dzieci, które zostały z dziadkami. To był wspaniały czas oderwania się od codzienności. Mogliśmy zwiedzić piękne miejsca – Neapol, Pompeje i Rzym. Ale przede wszystkim pobyć razem wśród innych rodzin, które podobnie jak my budujemy swoje życie na Chrystusie. Mieliśmy luksus codziennego uczestniczenia w jutrzni, mszy Świętej, spotkań w grupach i innych fajnych punktach programu. Z początku byłam trochę zawiedziona, że to nie odnowa i tego Ducha Świętego nie doświadczam tak, jak do tego przyzwyczaiła mnie wspólnota Św. Rafała Archanioła, ale wierzę, że On tam był. Działał. Wielkim owocem tych rekolekcji było to, że zbliżyliśmy się (ja i mąż) do siebie. I może tym razem reguła życia zostanie tym razem po prostu wprowadzona w życie. Na razie się udaje. Chwała Ci Panie, bo czasami ogarnia mnie zwątpienie, czy ja na serio potrafię się zmienić na lepsze. Te drobne zmiany dostrzegam i dziękuję.

    W ostatnich dniach czułam się duchowo słabiej i pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że to było następstwo odpuszczenia sobie porannej codziennej modlitwy. A wzięłam na swoje barki dużo: modlę się przypadek mega trudny i ten ciężar w pewnym momencie mnie niemal zgniótł. Na szczęście pewne rozmowy, a przede wszystkim wsparcie męża i jego miłość, której doświadczam oraz uważniejszy Namiot Spotkania ustawiły mnie znowu do pionu.
    Chciałabym jednak uwiecznić pewien ewenement, który jest dla mnie bardzo podbudowujący. A mianowicie: coraz lepiej potrafię słuchać Boga. Wiem, że to brzmi, jakbym była nawiedzona, ale innych słów nie potrafię znaleźć.
    Wcześniej, prosiłam błagałam, żeby Bóg mówił mi, co ja mam robić, żeby było mi dobrze, żebym była szczęśliwa. Różnie było z tym usłyszeniem. Raczej byłam przekonana, że co i rusz popełniam jakieś błędy i jestem głucha na to, czego Bóg ode mnie oczekuje.
    Po jakimś czasie formacji modliłam się raczej: niech się spełnia Twoja wola, pomóż mi rozszerzać na ziemi Twoje królestwo (Ojcze nasz mówione bardziej świadomie i innymi słowami). Muszę przyznać, że nie zawsze potrafiłam dostrzec dobre skutki swojego działania, czasami jednak się zdarzały.
    W ciągu ostatnich kilku lat widzę codziennie dobre owoce moich modlitw. To często są drobne interwencje, ale ja już wiem, że to Boże działanie, Jego dobroć w stosunku do mnie. Wiele się zmieniło od Kursu Animacji Modlitwy Charyzmatycznej! Jak wspaniały był to kurs! W pewnym sensie dla mnie przełomowy. Od tamtej pory bardziej wierzę, że ja mogę usłyszeć Boży głos. Zasmakowałam w darze proroctwa, poznania. Generalnie było super. Taka teraz myśl mi przyszła, że wierząc tak na maxa, można się poczuć jak jakiś super bohater, który rozwiązuje problemy ludzkości dzięki swoim nadprzyrodzonym mocom. Ile to jednak trzeba mieć w sobie pokory i uległości, by jednak pierwsze zgodzić się na bycie tylko narzędziem. Sługą, który to robi za darmo.
    „Darmo otrzymaliście darmo dawajcie”
    Cytat klucz w ujęciu dobrego rozpoznawania uzdrawiaczy. W czyje imię uzdrawiają i czy darmo.
    Ale wracając do słuchania Boga, wcześniej chyba za bardzo w to wszystko wątpiłam i dlatego nie doświadczałam. A teraz wierzę, że niemal jak Mojżesz mogę się z Bogiem codziennie spotykać podczas Namiotu Spotkania faktycznie Go usłyszeć. Jak to konkretnie wygląda? W ostatnich dwóch dniach tak: że sobie przypominam podczas codziennych czynności jakiś fragment z Pisma Świętego. No i sobie o nim myślę, myślę i myślę. A tu następnego dnia jest czytanie i właśnie ten konkretny fragment! Nie oszukuję, nie zaglądam, co będzie jutro rozważane w kościele. Ten konkretny cytat podpowiada mi jakieś konkretne działanie: do kogo co powiedzieć, za kogo się pomodlić, czego unikać itp. Jak dla mnie fantastyczna sprawa. Dzięki temu, już nie moja, ale Boga przeze mnie dokonuje się wola. Mam jednak trochę natchnień trudnych, których wprowadzić w życie się boję, albo nie umiem. Mam nadzieję, że i te przeszkody kiedyś łaska Boża we mnie zmieni. AMEN!

    Po przejrzeniu starych notek, z przerażeniem odkryłam, że jest ich tak dużo. Nie mam już siły na recenzowanie wszystkich, czy się nadają do czytania przez znajomych czy się nie nadają, w związku z tym strach mnie obleciał i już się nie chcę otwierać. Chyba po prostu otworzę drugiego bloga, takiego bardziej publicznego. Tak będzie lepiej.
    No ale jest parę osób, którym chcę upublicznić mojego bloga. Może im to w czymś pomoże?? Sama nie wiem, oby…

    W kwestii formalnych, warto byłoby napisać na początku są się działo od ostatnich notek. Zaczęłam pracować pod koniec listopada w bardzo fajnej małej firmie. To dzięki Domowemu Kościołowi, gdzie poznałam prezesa firmy, gdzie mnie zatrudniono. Jest to wymodlona praca, bo kto to widział być zatrudnionym po wydrukowaniu pierwszego CV? Taki oto cud dzięki Josemarii Escrivie. Praca mi się podoba, bo w zaskakujący sposób łączy zmysł artystyczny, z ochroną przyrody. Uczy organizacji. Nie jest nudna, bo sporo różnorodnych rzeczy jest do wykonania. Najfajniejsi są jednak ludzie, którzy są normalni. Nie zawsze miałam szczęście spotykać normalnych, fajnych ludzi na poziomie. Może zmieniła mi się optyka patrzenia, ale wczesne lata szkolne nie były dla mnie czasem satysfakcjonujących znajomości. Pewnie właśnie z tego powodu uciekłam do Warszawy…
    W każdym razie i Warszawie z pewnością jest masa świrów. Jakie to szczęście, że już na nich nie trafiam. W każdym razie słuchając różnorodnych opowieści o beznadziejnych pracach, mobbingu, pracach w korporacjach, zazdrości i podkopywaniu się wzajemnie, tak byłam zestresowana swoją rozmową kwalifikacyjną. Wyszła ona mega dziwnie, ale cieszę się, że w efekcie robię, co lubię. Byliśmy nawet na wyjeździe integracyjnym. Ponieważ po czasach studenckich, hasło „integracja” (integracja kwadratu! xDDDDD) mimo wszystko kojarzy mi się nadal mega pozytywnie, niewiele się zastanawiając pojechałam. Z lekkimi obawami, jak to będzie. Czy się nie popiją, czy ja wyjdę znowu na świętoszkowatą mocherówkę, czy będę potrafiła się odnaleźć w tym towarzystwie? Na szczęście nie było źle, a nawet bardzo dobrze. Ten wyjazd przekonał mnie do dwóch rzeczy:
    1. Mam na prawdę fantastycznych ludzi w dziale,
    2. Nie warto się upijać, bo (teraz wszystkich zaskoczę odkrywczymi spostrzeżeniami)
    -na kacu człowiek źle się czuje i np. ma trudności mówieniem i w ogóle funkcjonowaniem
    -w trakcie picia nie ma wyczucia ile to jeszcze jest bezpieczna ilość alkoholu
    -może gadać głupoty, lub prawdziwe rzeczy które myśli, a jednak nie powinien ich mówić,
    -alkohol spożywany w dużej ilości uszkadza wątrobę, mózg, powoduje okropne zmiany skórne na ciele (nikt mnie nie przekona, że pijaczki mają piękną i zdrową cerę)

    Gdy już mowa o zdrowiu, to przejdę do tego głównego tematu, który chciałam podjąć, a mianowicie do rewolucji jaka ostatnio odbywa się w mojej głowie. Być może część z was pamięta, że 2 lata temu postanowiłam ograniczyć pszenicę (w tym gluten) oraz nabiał. Z czasem bardzo ograniczyłam cukier rafinowany. Ograniczyć, ograniczyłam, ale nie wyeliminowałam i zanotowałam bardzo pozytywne rezultaty: pozbyłam się trądziku (przynajmniej na twarzy), zmniejszyłam dolegliwości trawienne w tym przepuszczalność jelit (test buraka wychodzi już całkiem, całkiem). W między czasie dowiedziałam się, że rak to nie wyrok.

    Rok temu J. liderka wspólnoty charyzmatycznej zachorowała na raka. Przeszła operację. Po operacji (w szpitalu o którym miałam bardzo dobrą opinię), chcieli jej natychmiast zaserwować chemię.

    Tu muszę coś wtrącić: bardzo się boję chorób nowotworowych. Po czytaniu jak ciężko chore dzieci cierpią w szpitalach chore na białaczkę i inne paskudstwa, ja wymiękam. Gdy czytam historie mam, które poświęciły swe życie na opiekę nad chorymi dziećmi, podziwiam i współczuję, a jednocześnie modlę się do Boga: proszę, żeby mnie to nie spotkało. Nie wiem czy miałabym tyle siły. Z tego strachu zaczęłam się interesować tym tematem. Na rekolekcjach rok temu siedziałam na przeciwko pary, która leczyła się dietą bezglutenową. Ta pani miała okropną astmę, a po czasie zobaczyła wielką różnicę na plus. Oni polecili mi książkę „Ukryte terapie”. Przeczytałam i muszę przyznać, że jest dla mnie to lektura wstrząsająca. Mimo, że autor zapewne w wielu kwestiach się myli, to jednak całościowy światopogląd jak dla mnie się klei. Jako to pogląd? Ano taki, że chociażby nowotwór i każda inna choroba jest spowodowana przez źle działający układ odpornościowy. Choremu nie potrzeba jakiegoś konkretnego składniku leku, ale naturalnej substancji, której było za mało, czegoś za dużo. On dużo pisze o witaminach o tłuszczach. O tym, czego pełno się pisze w literaturze popularnonaukowej, w necie, ale jakoś mało który lekarz je przepisuje. W każdym razie to, co ja już obserwowałam na swoje skórze (dosłownie i w przenośni), diagnostyka co komu jest i dlaczego, w moim przypadku leżała i kwiczała. Na trądzik: antybiotyk, a po zakończeniu terapii natychmiastowy powrót i jeszcze jeden i jeszcze raz. Dlaczego żaden dermatolog nie wpadł na to, że to alergia lub nietolerancja pokarmowa? A może pasożyty? A może nieszczelne jelito?
    Wracając jednak do tematu głównego, przeczytawszy książkę Zięby, miałam nadzieję na to, że raka można wyleczyć natuaralnymi sposobami, bez zastosowania chemii, która bardziej wszystko niszczy (w tym właśnie niezwykle potrzebny układ odpornościowy), niż doprowadza do celu (a celem dla onkologa jest głównie zmniejszenie nowotworu, a terapię uznaję się za udaną, jeśli uda się przedłużyć życie pacjentowi o 3 miesiące). Kto nie wierzy, niech obejrzy https://www.youtube.com/watch?v=qO6EJ7D4aCE
    Kłamanie w tak delikatnej sprawie, jaką ta kobieta przeżyła, uznaję za niemożliwe.

    W każdym razie choroba J. przypadła właśnie w czasie, gdy ja przeczytałam Ukryte terapie, z wielką wątpliwością, czy to aby nie są pobożne życzenia, czy nasz system ochrony zdrowia jest na tyle chory, by te patologiczne sytuacje mogły być realne? Ścieżkę przetarła A. borykająca się z guzem mózgu, który już dwukrotnie był wycinany. Leczyła się radioterapią. Nam na spotkaniu mówiła. Na pierwszą „terapię” poszła sama, na drugą wieźli ją na wózku, na trzecią już łóżkiem. Na kolejną już się nie zdecydowała, bo pewnie wywieźliby ją pod białym prześcieradłem. Po jakimś czasie spotkałam ją w centrum handlowym jak była na zakupach z synkiem. Pytałam ją jak się czuje. Ona że Ok i teraz próbuje naturalnych metod. Nie wiem czy wszyscy ze wspólnoty o tym wiedzą. Powiedzenie, że ktoś guza w mózgu leczy alternatywnymi metodami, to nie lada odwaga. Też bym nie każdemu powiedziała. Wiem, bo sama kiedyś myślałam, że to jakieś totalne szaleństwo, głupota. Przecież lekarze nie robili by czegoś co szkodzi pacjentowi, myślałam. Warto im zaufać, myślałam.
    Teraz myślę, że ufanie każdemu lekarzowi to głupota. Są dobrzy lekarze, poszerzające swoje wiadomości. Tacy, którzy nie wahają się spróbować czegoś, co nie jest mu podane na tacy przez przemysł farmaceutyczny. Ale są i tacy, co mają gdzieś dobro pacjenta, a jeśli da się zarobić na podaniu chemii, to tym lepiej dla niego (w sensie lekarza).

    Tak właśnie nastrojona rozmawiałam z J., która była wtedy w szpitalu. Operację miała straszną, poparzyli jej w trakcie plecy, tak mocno, że miała po prostu ogromną ranę od której mocno cierpiała. W jej stanie pomagała jej świadomość modlitwy wspólnoty oraz bliskość Boga, którą czuła. Ona, jak mówiła, była skupiona na tym, by przetrwać do wieczora, bez planu co dalej, ufająca lekarzom, którzy powiedzieli, że jak tylko poprawią jej się wyniki z krwi, dostanie chemię. Ja byłam przerażona, bo ona nie za bardzo wiedziała nawet, że jej wypadną włosy i będzie się czuć okropnie. Ja to wiedziałam, bo trochę się tych różnych powieści obyczajowych w życiu przeczytało, trochę filmów obejrzało. Wcześniej popatrzyłam w internecie, hasło: uleczenie z raka. Mało opowieści o tych, co pokonali chorobę lecząc się onkologicznie, mnóstwo historii o alternatywnych sposobach. Myślałam: albo oni mają bardzo rozbijane ego, by tak w internetach dokładnie pisać co jedli, czym się leczyli i u kogo, albo, tych, którzy wyleczyli się tradycyjnie nie ma zbyt wiele, albo nie są z tego dumni, albo nie mają potrzeby dzielić się swym doświadczeniem. No bywa i tak. Zrobiłam małą sondę i wyniki były podzielone. Niektórzy się leczyli tak, inni inaczej.
    W każdym razie, chyba dobrze zrobiłam pisząc do J. maila, że jak już wydobrzeje, niech się zastanowi, jakie leczenie chce wybrać, bo nikt nawet najlepszy lekarz, nie powinien decydować za nią, gdy jest przytomna. Po jakimś czasie J. została wypuszczona do szpitala, ponieważ nie kwalifikowała się na chemię z powodu tej okropnej rany na plecach i bardzo słabej hemoglobiny. Chciałam się bardzo spotkać z nią, żeby jej ewentualnie zaproponować, że mogę uruchomić poszukiwanie lekarza, zielarza, co chce. I jeszcze chciałam jej powiedzieć o Ukrytych terapiach. Jakoś jednak się tak składało, że spotkać nam się nie udało, a zbliżały się wspólnotowe rekolekcje, z którymi dodatkowo było dużo zmartwień. One jednak mimo przeciwności się odbyły i nawet przyjechała nasza liderka. Wyglądała pięknie, mimo że schudła. Była pełna radości, że jest z nami i mogła uczestniczyć w adoracji Najświętszego Sakramentu. Wszyscy chyba się poczuli, jakby po prostu anioł przyleciał. Okropnie ją kochamy wszyscy. Potem była narada w jadalni. Wszyscy się pytali, jak się czuje, jak z chemią itp. Ona opowiedziała, że dzięki tej ranie na plecach, znalazła lekarza chirurga, który nie dość, że zajął się jej plecami, to jeszcze przygotował dla nie program leczenia naturalnymi metodami. Wszyscy takie oczy O_O. Ja jeszcze z nią nie gadałam i w ogóle jakoś specjalnie nie lobbowałam za terapią naturalną, choć miałam ochotę to zrobić, więc oczy tym bardziej miałam jak 5 zł, ale się ucieszyłam. Widać było, że Bóg nad tym wszystkim czuwa. J. opowiedziała piękne świadectwo o tym. Była w niej wtedy w kuchni taka pewność, że ja byłam totalnie zdziwiona, bo wątpliwości nadal mam, ale coraz mniejsze. Pojawiły się też głosy sprzeciwiające się skuteczności, ale razem z J. już trzymałyśmy sztamę i razem broniłyśmy sensowności tego typu leczenia, które ma za zadanie odbudowanie systemu odpornościowego.
    Potem J. zaczęła przychodzić też na spotkania wspólnoty. Z każdym mówiła, że się czuje coraz lepiej i ma więcej sił. Ogromnie się cieszyliśmy. W końcu, tuż przed wakacjami, podzieliła się wiadomością, że odebrała wyniki i są bardzo dobre. Normalnie happy end!
    Jestem pewna, że Bóg nad nią czuwał i ta cała sytuacja wynikła z Jego woli. Tuż przed całą operacją rozważaliśmy we wspólnocie ten fragment Pisma Świętego:

    25 Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? 26 Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? 27 Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę7 dołożyć do wieku swego życia? 28 A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. 29 A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. 30 Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? 31 Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? 32 Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. 33 Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. 34 Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy8. (Mt, 6, 25-34)
    Jak się tym dzieliliśmy, miałam przedtem pustkę w głowie, nie wiedziałam nad czym powinnam się skupić. Czy o tym, że jestem już od jakiegoś czasu zbzikowana na temat jedzenia, czy o moich lękach. Zwróciłam wtedy jednak uwagę na to, co aktualnie przeżywałam, a mianowicie ciągłe infekcje uszu moich dzieci, które w owym czasie zaczęłam leczyć imbirem, goździkami, marchewką, jabłkiem, czyli generalnie zdrowym jedzeniem. Możecie wierzyć, lub nie, ale to zadziałało.
    Często ludzie mówią, że choroby i różne smutne wydarzenia są bez sensu i nie ma w nich Boga, bo gdyby był, to wszystko byłoby idealnie, ludzie by nie chorowali. Racja, choroby i przykrości to wynik grzechów, naszych lub innych ludzi. Uważam, że gdyby ludzie wierzyli, że Bóg ich kocha i są Dziećmi Bożymi, to kochaliby siebie na tyle by nie karmić swoich ciał tym, co jest jawnie niezdrowe. Gdyby ludzie byli uczciwi, nie produkowaliby żywności, która bardziej truje, niż pomaga (stosując choćby GMO, sztuczne nawozy, pestycydy i całą masę innej chemii). Niestety dopóki człowiek na własnym ciele nie odczuje konsekwencji swoich złych wyborów (niestrawności, problemów z wątrobą od leków, alergie skórne), będzie myślał, że wszystko jest dla ludzi. Podobnie z życiem duchowym, czasem, gdy ktoś nie dotknie dna i nie zobaczy, jak fatalne w skutkach jest życie bez Boga, się nie nawróci.
    Dziękuję za ukryty cud uzdrowienia J.!

    Nie byłam tu całe wieki, choć przyznaję się tęskniłam, i wielokrotnie miałam myśli: ale by fajnie było to spisać ku potomności ;-)
    Myślę, że jestem gotowa, by przynajmniej częściowo upublicznić ten blog. Troszkę się boję, ale do odważnych świat należy. Po co? Trochę mnie męczy bycie taką zamkniętą księgą. W sumie, to trudne: mieć z jednej strony naturę introwertyczną, a czasami ekstrawertyczną. A ponieważ są wakacje, nie ma spotkań wspólnoty św. Rafała Archanioła, nie ma spotkań kręgów Domowego Kościoła, a na głębokie rozmowy w pracy, nie zawsze jest czas, miejsce, albo wola, także przynajmniej przez okres wakacji nastąpi wzmożona twórczość blogowa. Jakby ktoś chciał dotrzeć do starszych notek, które będą zablokowane, to może do mnie napisać podanie o podanie hasła. :P
    Jakby ktoś oczekiwał pięknych grafik, zdjęć, czy innych czasoumilaczy, to niestety się zawiedzie, bo szewc bez butów chodzi i czasu na znajdowanie tych piękności niestety nie ma, więc ich nie będzie. Ahoj!

    po remoncie

    Brak komentarzy

    Jestem już po. Remont wycisnął z nas siódme poty i jeszcze mamy spory bałagan, ale efekt jest! I jestem mega happy. Spełniły się moje marzenia
    1. Z dzieciństwa: Mam własny stół do piłkarzyków. Dzieci i Rafał też są zachwycone
    2. Z dorosłości: Mam samodzielnie zaprojektowaną kuchnię. Wreszcie z wystarczająco dużą ilością szafek i mega długim blatem.
    Mój szwagier jest na prawdę super złota rączka: 8w1. Murarz, tynkarz, akrobata. ;) z zawodu mechanik samochodowy i hotelarz, obecnie listonosz. Dziękuję!
    Prześlę fotki, jak zasiądę na laptopa, gdyż mój Microsoft ma jakiś problem…

    Jestem na wakacjach w Stegnie razem z kołem emerytów i rencistów. Nie mam nic do starszych ludzi. Nawet wolę starszych niż np. Młodzież. Ale przejdźmy do meritum czyli do zrzèdzenia, które zamierzalam tutaj popełnić. Pewnie mogłabym zaliczyć ten urlop Rafała ( bo ja na 3/4 etatu tutaj zapierniczam – odeszło mi przygotowywanie posiłków) za całkiem udany, gdyby nie te kwasy migdałowe i fakt, że jestem tu na obcym wikcie. Pofolgowalam sobie i jadłam co mi podali. Miernikiem tego, jak zdrowe podają tu jedzenie, niech będzie fakt, że do obiadu zamiast kompotu podają napój pełny chemii i syropu glukozowo-frukozowego. Na śniadanie i kolacje samo białe i najtańsze pieczywo. Tak, zrobiłam się stara, zrzedliwa, wybredna i pryszczata. A to już nie jest sprawiedliwe! Już bym jakoś przecierpiala te gazy i zaparcia, ale tej Hiroshimy na mojej twarzy nie mogè przecierpiec! Jutro obiecuje nie ruszyć nawet okruszyny chleba i pić kawè bez mleka, gdyż zaplaczè się na smierc. Poza tym moja komórka została w naszym mieszkaniu, wiec trzeba się ze mną mailowo komunikować, jeśli kogoś niespodziewanie najdzie na to ochota. Sorry za błędy, ale pisze z komórki męża której nie ogarniam.

    Od tygodnia stosuję piling kwasem migdałowym. Odważyłam się na ten desperacki krok, ponieważ u mojej siostry faktycznie to świetnie zadziałało. Już nie ma pryszczy, skóra wygląda znacznie świeżej i młodziej. Jak dla mnie bomba. Problem jednak z tymi kwasami jest taki, że powodują one oczyszczanie się starych zaskórników i innych trądzikowych zmian w taki sposób, że przez pół roku jest zdecydowanie gorzej jeśli chodzi o wygląd. Obserwowałam metamorfozę mojej siostry ze współczuciem, nie wierząc, że wyjdzie na prostą. Ale faktycznie to u niej podziałało.
    W związku z tym zdecydowałam, że teraz czas na wojnę totalną z moimi pryszczami, których szczerze nienawidzę i mam nadzieję się z nimi pożegnać raz na zawsze.
    Teraz zmieniając temat, przejdę do czegoś jeszcze innego, z czym nosiłam się od dawna (około dwóch lat), ale brakowało mi wiary, czy to aby dobre, konieczne itp. Serce mi krwawi, ale postanowiłam ograniczyć nabiał i gluten. Tak się o nich naczytałam, że już mi się nawet mojego ukochanego sera żółtego odechciewa i bułeczek a nawet lodów kupnych. Ostatnio zaczytuję się w artykułach pani dietetyk Gurbackiej i mimo, że w niektórych kwestiach wiem, że jest nieścisła i pewnie trochę rozdmuchuje fakty, żeby jej interes się lepiej kręcił, to dałam jej kredyt zaufania. Jeśli po stosowaniu jej super wskazówek odnośnie odżywiania, korzystania z jej przepisów nie będę czuła się lepiej. A jest co leczyć.
    Ostatnio babeczka ze sklepu ze zdrową żywnością poradziła, żebym odstawiła krowie mleko, bo z moją cerą przez nie, jest tak fatalnie, jej zdaniem. Ok. Zobaczymy, przekonamy się. Daję sobie rok. Ciekawe czy tyle wytrzymam. Jednak od razu mówię, że z masła i małej ilości sera nie umiem zrezygnować, więc się nie zarzekam odnośnie nich. Boję się, że teraz będę siedziała całe dnie w kuchni pichcąc bezglutenowe cuda za niestety grube pieniądze. Ale od jakiegoś czasu gotowanie stało się (z konieczności) moim nowym hobby. Dzieci coraz więcej mi pomagają zamiast tylko przeszkadzać, więc myślę, że będzie git. Tym bardziej, że już lada moment skończą się wakacje. Hurra!
    Podsumowując w kwestiach diety robię się coraz bardziej zielona. Choć z mięsa nie mam zamiaru rezygnować. Wiadomo jednak im więcej mięsa w mięsie i im bardziej eko, tym lepiej. A Po wypiciu mleka kokosowego własnej produkcji, zabrakło mi słów zachwytu. Jest cudowne! I ponoć bardzo zdrowe oraz o dziwo nie takie jeszcze tak strasznie drogie. Polecam

    Dziś większość dnia było nie za ciekawie, nie licząc możliwości złapania zapalenia pęcherza podczas radosnej pluskaniny w baseniku r=0,5m oraz kwestii polewania szlauchem przez Pawła na wszystko i wszystkich dookoła. A nie przepraszam: zaliczyłam jeszcze dwie przejażdżki rowerowe w skwarze +29 najpierw ze starszą latoroślą, potem z młodszą. W sumie było więc nie najgorzej, ale ciągle siedziało we mnie to, o czym pisałam w poprzedniej notce.

    Tak się jakoś mi sympatycznie złożyło, że dzieci zasnęły o 17:20, co skłoniło mnie do rozkminki: iść czy nie iść na mszę do Kościoła. Bóg mi świadkiem, że okropnie mi się nie chciało. Miałam bowiem focha na Niego, że tak mało jest ostatnio szczodry w swojej dobroci wobec mnie. Oczywiście w mojej subiektywnej ocenie. No ale wiedząc, że od dłuższego czasu raczej jestem w strapieniu, to uznałam: „Któż jak nie Bóg może mi dać miłość, radość i generalnie to, czego mi tak bardzo brak?” Poszłam. W trakcie złożyłam na ołtarzu wszystko, co w ostatnim czasie tak mnie gniotło i uwierało: mój żal, egoizm itd. W trakcie Mszy przypomniałam sobie mój Kurs Emaus.

    O genialności Kursów Szkoły Nowej Ewangelizacji mogłabym długo, ale może jednak innym razem. W każdym razie mam nadzieję, że nie będzie złamaniem tajemnicy kursu, to co tu napiszę. Dopiero po około 3 latach od przerobienia tych treści zaczynam je rozumieć i wcielać w życie. Tak wiem, mam niezły zapłon. ;D

    W tym miejscu zamiast wklejania przydługiego cytatu z Pisma Świętego wklejam link dla chętnych do przypomnienia sobie do czego będę się odnosiła w dalszej części notki:

    http://mateusz.pl/ksiazki/ja-cd/ja-cd-414.htm

    Ja nie miałam nigdy szczególnej ochoty na ruszanie się z Jerozolimy. Uparcie chciałam tkwić w wiecznej radości. Mówili mi, Marta tłumisz emocje, wszystko tłumisz. Ja potakująco kiwałam głową (niewiele z tego niestety rozumiejąc) i sobie siedziałam w tej Jerozolimie (najpewniej gdzieś w okolicach ściany płaczu). Gdy natomiast ktoś szedł do Emaus, to w myślach oceniałam „mięczak, ja taka miętka nie będę. Trzeba być twardym, a nie miętkim” (błędy celowe), „Nie, ja z niczym w zasadzie nie mam problemu. Wierzę, a jakże! Moja wiara jest TAAAKA, że ciągle się raduję” (Błahahahaha! :D) A potem zwykle taki dół, jak rów Mariański. Prawdę rzecze Ojciec Szustak, że głównym zajęciem Ducha Świętego w nas to odkłamanie nas i uświadomienia nam, czego na prawdę pragniemy.

    Zapomniałam tego, co w Kursie Emaus było dla mnie wielkim odkryciem! Ech ta pamięć dziurawa jak ser Radamer z Biedronki…
    Poza tym nie wiedziałam, jak ta podróż do Emaus ma (w konkrecie) wyglądać. Nie za bardzo chciało mi się szukać jeszcze swojego Kleofasa. (Z tymi Kleofasami zawsze miałam problemy). Bo jeszcze by się okazało, że nikt nie ma ochoty słuchać moich jęków i stęków, no i płaczu. Lub nie daj Boże jakieś rady by mi po drodze sprzedawał. Ja rady bardzo, baaaaardzo lubię, ale wtedy, gdy o nie proszę. W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że już sobie wreszcie wbiję do tego mojego słodkiego łebka, że aby zaznać radości ze spotkania z Jezusem, niestety trzeba (no kurczę blaszka!) iść do tego głupiego Emaus z tym swoim Kleofasem. Wylać mu swoje żale, a Jezusowi wytłumaczyć życzliwie „Ja nie TEGO się po TOBIE spodziewałam!!! Co to w zasadzie za podchody i zabawa w kotkę i myszkę ma być???!!! Za stara jestem na takie numery i generalnie ich nie lubię, więc proszę się na przyszłość trochę ogarnąć!” Potem przychodzi pokora: „Już mi trochę ulżyło, więc: no dobra, w zasadzie jesteś Bogiem, pewnie wiesz lepiej, co dla mnie dobre. Niech się dzieje Twoja wola. Ja już się na wszystko zgadzam. W ciemno. Serio.” No to w ciemno potem człowiek ma siłę na bieg z powrotem do Jerozolimy by mówić innym „God is good, all the time”.
    Ja to dziś przeżyłam na tej Mszy Świętej. To było fantastyczne. I nawet ksiądz w pewnym momencie wspomniał, że uczniowie z Emaus poznali Jezusa po łamaniu chleba, więc już w ogóle się rozpływałam, że chyba te moje rozkminki całkiem na miejscu były.

    Mam teorię: jeszcze nie sprawdzoną, że może jeśli uda mi się dobrze przeżywać drogę DO Emaus, przestanę ryczeć, jak żywa fontanna. To byłoby cudowne! B-))
    Dziękuję moim Kleofasom. Szczególnie Agnieszce. Dziękuję Słońce, że jesteś. :* Już do nikogo nie mam żalu, że komentarzy nie ma pod notkami. Możecie mi prywatnie pisać, mówić. To było dziecinne, ale wiecie z kim ja się na co dzień zadaje. To mnie usprawiedliwia. :P
    Wszystkim dedykuję piosenkę:

    Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

    Planowałam dziś położyć się spać przed 22. Jednak z synem siedziałam do 22:15, choć w dzień nie spał. I teraz kibluję u córci od 22:30 do 24. Boże zmiłuj się nade mną! Ja na prawdę beznadziejnie funkcjonuję po 6 godzinach snu już od prawie 5 lat!!! Aaaaa

    Odkąd mam dzieci nie mam praktycznie łatwych i przyjemnych dni. Każdy jest trudny, albo bardziej trudny. Wyjątkiem jest czas, gdy mam domoferie, rekolekcje lub jakiś inny czas bez dzieci. To rzadka przyjemność. Wczoraj był bardzo trudny dzień. Bardzo chciałam się tu wieczorem wyżalić, ale robiłam dla odmiany coś bardzo pożytecznego i nie zdążyłam. Wyspać się też za bardzo nie zdążyłam, ale damy radę. Pisałam mianowicie regulamin opieki nad moimi dziećmi. Może to jakoś pomoże mi egzekwować sposób zajmowania się Pawłem i Aliną bez strachu, że zostaną poranieni. Ta bo niestety stare metody wychowawcze oparte na strachu, groźbach i karach ranią. Mnie poraniły i nie chcę, by podobnie dotykały moje dzieci. Długo się miotałam w kwestii wyboru metody wychowawczej. Brakowało mi konsekwencji. Bo nie wiedziałam w czym mam być konsekwentna. Co osoba, to opinia.

    http://foch.pl/foch/1,132040,17983548,Jak_byc_matka_idealna__To_bardzo_proste_.html

    Swego czasu popłakałam się przy tym ze śmiechu, tylko problem w tym, że tak właśnie ludzie gadają. I weź tu człowieku bądź mądry i pisz wiersze.

    Niedawno w naszej wspólnocie podczas już kolejnego wylania Ducha Świętego szczególnie prosiłam o dar mądrości. Bym potrafiła mądrze, w atmosferze szacunku i miłości wychowywać moje dzieci. Nie wiedziałam jak, wszystko raczej robiłam intuicyjnie i w oparciu o książki „Rodzeństwo bez rywalizacji” i „Jak mówić/jak słychać”. Niedługo po tej modlitwie trafiłam na szkolenie odnośnie Pozytywnej Dyscypliny. Myślę, że to super metoda, bo wreszcie odpowiada na większość pytań, które rodziły się w mojej głowie, a nie znajdowałam na nie sensownych odpowiedzi. Za bardzo mądre stwierdzenie uważam, że DZIECI ZACHOWUJĄ SIĘ ŹLE, GDY SIĘ ŹLE CZUJĄ. Niby takie oczywiste, ale my często mamy inne założenia: np. nie szanuje mnie, robi mi na złość, chce, żebym cierpiała itp. Tym czasem czasem wystarczy dziecko nakarmić, przytulić, sprawić by poczuło się ważne, potrzebne.
    I świetne było też wyjaśnienie, że w stresie wyłącza się w mózgu strefa korowa i nawet najbardziej logiczne argumenty (do których zwykle nie jesteśmy zdolni, bo nam też się to szybko wyłącza) do dziecka nie trafią i jedynym sensownym wyjściem jest zrobić sobie przerwę. I to nie jest kara w kącie. Przetestowałam, to na nic.
    A odnośnie wyżalania myślę, że wystarczy jak umieszczę tu psalm, który wczoraj czytałam według porządku „Biblia w 2 lata”. Nie wybierałam tekstu, ale Słowo Pańskie ma taką moc, że zwykle genialnie trafia w moją sytuację. I ja nie mogę przestać się tym zachwycać. :-)

    Psalm 120
    1Do Pana w swoim utrapieniu
    wołałem i wysłuchał mnie.
    2 Panie, uwolnij moje życie
    od warg kłamliwych
    i od podstępnego języka!
    3 Cóż tobie [Bóg] uczyni
    lub co ci dorzuci,
    podstępny języku?
    4 Ostre strzały mocarza
    i węgle z janowca.
    5 Biada mi, że przebywam w Meszek
    i mieszkam pod namiotami Kedaru!
    6 Zbyt długo mieszkała moja dusza
    z tymi, co nienawidzą pokoju.
    7 Gdy ja mówię o pokoju,
    tamci prą do wojny.

    W ostatnim czasie słucham też relacji z Przystanku Jezus. Z roku na rok coraz bardziej chcę tam być. W radiu Profeteo są świetne auducje. Szczególnie polecam Agnieszce (fance AC/DC) posłuchać sobie wieczorem. Biskup Ryś niecałą dobę po opublikowaniu mojej notki na temat tego, że trzeba być radykalnym, użył tego samego cytatu co ja. I w sumie ten komentarz mi wystarczy. Innych już nie potrzebuję, ale będzie mi miło, jak się pojawią. :-)


    • RSS