mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Na rekolekcjach „Jezus na stadionie” Ojciec John mówił m.in. o dumie z bycia moherowym beretem. Ja już od dłuższego czasu utożsamiam się z tym określeniem. Podobnie jak z ciemnogrodem, średniowiecznymi poglądami i wszelkim innym wstecznictwem. Nie jestem i nie będę nowoczesna. Jeśli dla kogoś nowoczesność oznacza wyrzekanie się dobra i piękna w imię jakiegoś chorego naturalizmu, nihilizmu, czy po prostu źle pojmowanej wolności, to ja się pod tym nie mam zamiaru podpisywać.
    Pewnie wiecie, że skończyłam liceum plastyczne. Kiedyś, gdy odkryłam, że mam talent plastyczny, zakwitł w mojej głowie pomysł, żeby zostać kiedyś sławną malarką. Kiedyś takie rzeczy jak sława i pieniądze serio mnie kręciły. ;-) Moim ulubionym przedmiotem była historia sztuki. Bardzo poważnie rozważałam taką właśnie swoją ścieżkę kariery. Do tego stopnia, że jak wszyscy z mojej klasy zdawałam ten przedmiot na maturze. W sumie nie było mi to do niczego potrzebne. Zrobiłam to trochę dla sportu – sprawdzenia się. Nie poszłam jednak studiować tego kierunku. Oficjalny powód był taki, że to zawód bez perspektyw na pracę. A ten bardziej autentyczny, to był mój strach. Bałam się, że jak pójdę na ASP będę miała równie zryty beret, jak większość współczesnych „tfórców”, których kazali nam podziwiać w galeriach typu Zachęta. Nie chciałam być utożsamiana ze środowiskiem, które oklaskuje najbardziej szokujące i obrazoburcze wytwory chorych wyobraźni. Jasne, nie wszyscy artyści tworzą złe dzieła. Nawet pewnie jest tak, że 90% tworzonej sztuki niesie ze sobą dobre przesłanie, a tylko najbardziej jaskrawe i szokujące produkcje są nagłaśniane w mediach. Wiadomo, zło jest znacznie bardziej medialne. Ja jednak miałam po prostu dość nauczycieli, którzy próbowali wpłynąć na to, co ma się mi podobać, jak mam „wyrażać siebie” (a to najNAJnaj ważniejsze! wiadomo) i jak mam myśleć. Słusznie sądziłam, że na uczelni nastawionej na fakty, odpocznę. Nauka o mitozie, mejozie i wielu łacińskich nazw kwiatków, drzew i krzewów, była jak balsam na moje skołowane i osamotnione po liceum serce.
    Z resztą ja bym nawet nie miała szans dostać się na ASP, bo nie posiadałam teczki (czyli około 40 prac w formacie powyżej A3). Wszystkie prace wykonane w liceum musiały w liceum pozostać i zgnić na strychu. Takie przepisy. A czemu nie byłabym w stanie wykonać teczki? Cóż, w czwartej klasie nie byłam już pewna, czy w ogóle umiem dobrze trzymać pędzel, nie mówiąc już o tym, czy potrafię coś wartościowego namalować (szczególnie w znienawidzonych technikach: plakatówka, olej, akryl). Czułam się wielkim zawodem mojej wychowawczyni. Taka zdolna, taka mądra, a potem taka kicha. Cudem w ogóle zdałam ten dyplom. Dzięki Ci Boże! Do dziś mam koszmary, że ja tam jeszcze muszę wrócić i coś zaliczać. Nie chcę powiedzieć, że ta szkoła była największą pomyłką mojego życia. Chyba nie, mimo wszystko, sporo się nauczyłam. Ale ta atmosfera, moja klasa, Ci sfrustrowani nauczyciele i równie sfrustrowani uczniowie sprawili, że mi się zwyczajnie odechciało malować, rysować, tworzyć. Musiałam co prawda jeszcze potem to robić na studiach, ale już w innym gronie pedagogicznym, było to jakieś mniej bolesne. Po zakończeniu studiów znowu miałam tego dosyć, odpoczywałam od mojej pasji prawie 4 lata z niewielkimi przerwami.

    Już nawet nie pamiętam w którym roku (chyba 2002 roku) na mojej Oazie I st. ktoś życzył mi, żeby mój talent służył Bogu. Ja też tego pragnęłam, ale bardziej wtedy wyobrażałam to sobie, jako malowanie fresków w kościołach, czy projektowanie witraży. Cieszę się, że realizuję swoje marzenia w inny, ale chyba bardziej przystępny i pożyteczny sposób.

    Chciałam tu jednak napisać o czymś innym. Nie wiem, czy ktoś z was wie, że miałam najcudowniejszy z możliwych temat prezentacji maturalnych: „Motyw syna Marnotrawnego w literaturze i sztuce”. To chyba była jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły w liceum. Wykorzystałam tam fragmenty z książki, która w tamtym czasie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mówię tu o książce „Radykalni”. To świadectwo nawrócenia muzyków. Jednak to, co zapamiętałam z niej szczególnie, to właśnie tytuł. :-)
    Odczytałam to jako zaproszenie dla mnie, bym ja też była radykalna. Nie taka trochę, na pół gwizdka.

    Czas na jeden z ulubionych cytatów:

    „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
    Obyś był zimny albo gorący!
    A tak, skoro jesteś letni
    i ani gorący, ani zimny,
    chcę cię wyrzucić z mych ust.
    Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,
    a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,
    i biedny i ślepy, i nagi.” Ap3,14-17

    Problem jednak w tym, że ludzie wokół mnie, mają ze mną problem. Wciąż słyszę, że przesadzam. Co innego, gdybym się tyle modliła, słuchała tych wszystkich konferencji, czytała tyle religijnych książek, będąc np. w zakonie. Wtedy chyba wszystko byłoby Ok. Nikogo by nie raziło, że Bóg tu, Bóg tam i generalnie wszędzie. Ale że matka i świecka żona, tyle się zajmuje religią, to w oczach wielu nie jest ani normalne, ani dobre. Ech…

    Może nawet powinnam się z tego cieszyć w myśl słów:

    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
    „Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.”(Mat. 5:11-12)

    Ale niestety trudno się z tego tak na co dzień cieszyć. Wmawiają mi, że Kościół wyprał mi mózg, że jestem w sekcie. Gdy to się tak często słyszy, człowiek się zaczyna zastanawiać: czy aby faktycznie nie przeginam. Niech kto chce, oceni to w komentarzu. Nie obrażę się, serio. Chce wiedzieć, co o tym myślicie.

    Może jeszcze jedno krótkie wyjaśnienie, czemu ja staram się być taka radykalna. Otóż może i ktoś ma taką łaskę, że wystarcza mu niedzielna Msza Święta + ewentualnie rekolekcje w parafii raz w roku (żeby sobie naładować duchowy akumulator) i faktycznie jego wiara się umacnia. Ale dla mnie to rozpaczliwie zbyt mało. Mam ciągle w głowie słowa, które też na jakiejś Oazie usłyszałam: „Kto się nie rozwija, ten się cofa.” Nie umiem naładować się dłuższy czas. Przykład: budzę się rano po cudownych rekolekcjach i już znowu jestem poganką, która nie wie jak żyć.  Mąż mnie wkurza, dzieci drażnią i nic mi się nie chce. Ktoś powie, to po grzyba tyle się starać, jeździć gdziekolwiek. Jest po co. Gdy jest poranna modlitwa, lektura Pisma Świętego to ustawia mi cały dzień. Mam siłę daną z nieba, żeby przeżyć kolejny trudny dzień, nie raniąc przy okazji ludzi wokół. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J,15:5) Bez Jezusa umiem tylko grzeszyć. Nic dobrego. Smutne ale prawdziwe. Myślę, że wielkim kłamstwem szatana jest właśnie wpojenie ludziom przeświadczenia, że czynienie dobra bez Boga jest najbardziej możliwe. Nie wiem czy to prawda. Możliwe, że herezja. :-)

    A kolejne rekolekcje to taki radosny, barwny punkt w mojej codziennej szarości. Coś na co czekam z utęsknieniem, by pobyć z Jezusem i braćmi oraz siostrami w wierze, znacznie dłużej niż mogę to robić na co dzień.

     

    Macierzyństwo przyszło do mnie z taką wielką łaską, że musiałam się ogołocić z rzeczy zbędnych: z gier komputerowych, seriali i telewizji w ogóle. Po prostu nie ma na to czasu. I bardzo dobrze. Uczę się (a przynajmniej mam takie wrażenie) wybierać tylko rzeczy ważne, takie, które faktycznie przynoszą niezniszczalną korzyść. Mimo to, bardzo wiele jeszcze pracy przede mną. Na szczęście nie będę z tym sama.

    „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze – przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” (Flp 3,8-14)

    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    To, cośmy usłyszeli i poznali, *
    i co nam opowiedzieli nasi ojcowie,
    opowiemy przyszłemu pokoleniu *
    chwałę Pana i Jego potęgę.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    Aby wiedziało przyszłe pokolenie, *
    synowie, którzy się narodzą,
    że mają pokładać nadzieję w Bogu †
    i nie zapominać dzieł Bożych, *
    lecz strzec Jego poleceń.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    A niech nie będą jak ich ojcowie, *
    pokoleniem opornym buntowników,
    pokoleniem, którego serce jest niestałe, *
    a duch nie dochowuje wierności Bogu.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.

    Mam w sercu wiele spraw, które czasami aż wołają, by o nich powiedzieć, ale często nie mówię. Dlaczego? Bo się boję, niezrozumienia, odrzucenia. Gdybym miała wybrać jakąś postać z bajki i przyjąć sobie jej imię, to z pewnością byłby to Chojrak, tchórzliwy pies. Ktoś oglądał? Bardzo głupia bajka, nie polecam, ale nazwa głównego bohatera, jak dla mnie adekwatna.
    Może z zewnątrz tego nie widać, ale często jestem jak osika na wietrze, drżąca o to, co będzie. I wtedy przypominają mi się słowa: „Prawdziwa wiara usuwa lęk.”
    Wiem coś o tym.
    Widzę, jak wiele się zmieniło i zmienia w swoim życiu. Odkąd oddałam swoje życie Jezusowi, stałam się bardziej otwarta na ludzi. Nie widzieliście mnie, gdy w podstawówce szłam specjalnie ze szkoły okrężną drogą, byle tylko nie musieć z nikim gadać. Byle tylko nikogo nie spotkać, bo będę musiała powiedzieć „Cześć”, lub „Dzień dobry”, albo nawet zacząć prowadzić dialog. Taki dzikus był ze mnie. Porównując co było, a co jest, to myślę, że wydarzył się prawdziwy cud. Ale mam jeszcze nad czym pracować.
    Po wielu rozważaniach za i przeciw, czy tego bloga w ogóle prowadzić, uznałam, że tak. To chyba jednak jest mi potrzebne. Jakby terapia, czy coś. :P
    W dzisiejszym zamotanym świecie ciężko się spotkać w cztery oczy, pogadać. A jeszcze na takie głębsze rozmowy, nie zawsze są sprzyjające okoliczności. A ten blog to taka namiastka spotkania. Nikt mi przy tym nie przerywa. Cudowne. :D
    Ale przechodząc do sedna, ja chciałabym się na tym blogu przede wszystkim dzielić tym, co Bóg robi w moim sercu, jak mnie zmienia. Myślę, że często ludzie myślą, że Bóg tak sobie siedzi gdzieś w niebie i co najwyżej od czasu do czasu na nas spojrzy, jak mu się zechce. Nie! On jest żywy. Coraz lepiej dostrzegam Jego subtelną pomoc, małe cuda, które wydarzają się bez przerwy. Choćby to, że dzisiaj byłam u spowiedzi i potem przeżyłam trudny wieczór kładąc moje maluchy spać. Miałam na prawdę duużo cierpliwości. I nawet nic na siłę nie robiłam, nikogo nie doprowadziłam do spazmatycznego płaczu, nikogo nie uszkodziłam. Wiecie co? To cud! Alleluja! Skąd ja bym brała do tego wszystkiego siły, gdybym nie była wierząca. Czy bym w ogóle żyła?
    Chciałabym na koniec wrzucić linka do świadectwa jakie w ostatnim czasie napisałam, bo świadectwo to jest to, co mnie do Boga przekonuje najbardziej. Jest najbardziej autentyczne i w ogóle. :-) Tylko wkurzam się nieco, bo mi przeglądarka się ślimaczy i link się nie chce otworzyć. Ci za złośliwość rzeczy martwych! Wiecie jak mam na imię, więc sobie znajdziecie http://msza.bartymeusz.pl/swiadectwa

    Dobranoc

    Rozwój

    1 komentarz

    Całe wieki minęły od mojego ostatniego wpisu. Zmieniło się masę rzeczy. Wiele z pewnością wymagało uwiecznienia, ale niestety zabrakło czasu, energii lub cierpliwości. Alinka skończyła już rok i dwa miesiące (no prawie), Pawełek za miesiąc skończy 3. Oboje mnie zadziwiają tempem rozwoju. Paweł od pół roku całkiem sprawnie porozumiewa się słownie, a nie tylko gestami czy ekspresyjną mową ciała. Zadaje mnóstwo pytań i wszystko go baaaardzo interesuje. To super chłopak! Alinka chodzi coraz pewniej, ale zdumiewający jest dla mnie jej rozwój mowy. Z wielką lubością pyta :”Cio to?” i wskazuje rozmaite przedmioty. Raz powtórzyła po Pawle „będzie burza”. Myślę, że lada moment, da się z nią sensownie porozmawiać. Jest to o tyle zaskakujące, że rozwój motoryczny jest także zaskakująco dobry. Od jakiegoś miesiąca, czy nawet dwóch potrafi sama wejść na zjeżdżalnie i z niej zjechać. Taka mała słodka kruszynka! Od pół roku jest na 3 centylu. Pod koniec kwietnia po naszym kursie Bartymeusz na którym z nami była dostała trzydniówki połączonej z przedłużającą się biegunką i wymiotami. Byłam z nią nawet 3 dni w szpitalu na Kopernika z powodu odwodnienia. Pawełek został wtedy z tatą w domu. Potem przez blisko dwa miesiące walczyliśmy z jej nietolerancją laktozy. To było też powodem jej odstawienia od piersi. Wtedy też na nowo odkryła dobrodziejstwo jakim jest smok w buzi. ;-)

    Jeśli chodzi o wzajemne stosunki między rodzeństwem są na razie dość trudne. Czasami wręcz mnie przerażają i przerastają. Zazdrość w czystej postaci. Niby człowiek wie, co powinien robić: poświęcać więcej czasu starszemu dziecku, ale gdy brakuje na to sił fizycznych i psychicznych, czuje się bezradny. Wiele razy sytuacja zwyczajnie mnie przerasta. Wtedy jedyną pomocą, na jaką mogę liczyć, jest ta z nieba. Nie powiem, zjawia się. Gdyby jej nie było, mnie również by nie było. Dziękuję, że jest. Ostatnio Bóg jednak chce mi powiedzieć, że On posługuje się bardzo często innymi ludźmi, którzy chcą i mogą mi pomóc. Jeśli przyjmę tę pomoc. A to nie jest zawsze takie proste. Duma i uprzedzenie nie pozwalają. ;-) W ten sposób uczę się ostatnio pokory – korzystając z dobrej woli innych i ufając, że sobie poradzą i świat się beze mnie nie zawali.

    Ostatnia kwestia, jaką chciałam poruszyć, to mój rozwój duchowy. Okres macierzyństwa, przeze mnie jakiś czas temu porównywalny do pustyni, która oczyszcza, przyczynił się do bujnego rozwoju duchowego. Główną rolę oczywiście odgrywa moja wspólnota, która zapewnia fantastyczną dla mnie formację. Dzięki nie,j raczej w przyszłości nie zaliczę tego czasu jako „wyrwanego z życiorysu”. Na pewno, jako czas niedospania, walki o przetrwanie, walki z egoizmem, ale też jako czas wzrostu duchowego, pomimo realnych ograniczeń czasowych. Bóg wie, jak bardzo mi doskwiera przeświadczenie, że kiedyś mogłam więcej dla Niego robić. Ale Jego wola na ten czas jest taka, a nie inna i ja to zaakceptowałam.
    Dusza jednak się wyrywa do tej Największej Miłości, do Źródła, które jako jedyne potrafi zaspokoić mój głód. Dzięki moim najbliższym spełnię swoje wielkie pragnienie i pojadę już za dwa tygodnie na Kurs Jan. Będę na nim sama: bez męża, bez dzieci. Rafał zażartował, że pewnie wszyscy będą myśleli, że jestem na kursie, a będę się szlajać z koleżankami po mieście. Odpowiedziałam mu wtedy, że „Lepszy jeden dzień w przedsionkach Twych, niż tysiąc innych” (Ps. 84,11). I tak faktycznie jest, nie chciałabym zamienić tego czasu na żaden inny. Na ostatnim czuwaniu przed Zesłaniem Ducha Świętego, na którym dane mi było być, miałam dokładnie te same pragnienie. Nie chciałam stamtąd wychodzić. Uczucie radości, spełnienia i bycia na najlepszym możliwym miejscu (nawet przez ponad 7 godzin), to coś dla czego chce się żyć. Ktoś może powiedzieć, że to fanatyzm religijny, gruba przesada, albo, że ktoś mi zrobił pranie mózgu. Myślę, że ktoś dał mi po prostu nowe serce i nowe życie. Chwała za to Panu!

    Ile już notek napisałam w swojej głowie od ostatniej, która została opublikowana? Mogłabym powiedzieć, że nie miałam czasu i byłoby to po części prawdą. Myślę jednak, że to nie do końca tak. Ale koniec tłumaczeń. Po pierwsze: 27 kwietnia o 8:04 narodziła się Alinka. Okoliczności opisałam na Facebooku w grupie „Dzieła Pana Boga”. Z powodu braku czasu wklejam nieznacznie zmieniony tekst:

    Dzisiejsza Ewangelia (z dnia 4 maja)  i moja obecna sytuacja życiowa skłania mnie do podzielenia się krótkim świadectwem o dobroci Pana Boga. „Jeżeli we mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.” Mam wrażenie, że ludzie często tracą wiarę w Boga po tym, jak się na nim zawiodą. Bo proszą o rzeczy dla nich ważne, ale ich nie dostają. Ja ostatnio prosiłam o to, by moja córeczka obróciła się do właściwego położenia, abym mogła ją urodzić naturalnie. Tak się jednak nie stało i w sobotę miałam cesarskie cięcie. Przyjęłam jego wolę. Nie kłóciłam się nawet z lekarzem, by pozwolił mi przy takim położeniu na poród naturalny. Wcześniej długo się zastanawiałam, czy próbować, ale ostatecznie postanowiłam polecić tą sytuację Panu i posłuchać w tej kwestii lekarza, który znajdzie się aktualnie na dyżurze. Znakiem, abym się nie bała, że postąpiłam słusznie był fakt, iż operował mnie lekarz, który prowadził moją pierwszą ciąże. Ktoś mógłby to uznać za zbieg okoliczności, ale wiem, że one nie istnieją :) Potem było ich zresztą dużo więcej (operowali mnie na tej samej sali co rok i 9 miesięcy temu, potem leżałam na tym samym łóżku na pooperacyjnej, a następnie przenieśli mnie do tej samej sali poporodowej). O tym, że wielka jest Boża dobroć świadczy wiele rzeczy: nie miałam żadnych komplikacji, Alinka jest zdrowa, akcja porodowa zaczęła się wczesnym rankiem w sobotę, kiedy mój mąż był w domu, poza tym czas dochodzenia do siebie po cesarce przypadł mi na długi majówkowy weekend, dzięki czemu mąż może się zajmować naszymi dziećmi. Bóg potrafi spełniać także bardziej „błahe” pragnienia serca. Tuż przed porodem miałam doła, bo zawiodłam się na znajomych z klubu mam, które mają w zwyczaju organizowanie „baby shower” (dodatkowe spotkanie na cześć ciężarnych z życzeniami i drobnymi upominkami). Mnie to ominęło, a życzenia rozwiązania dostawałam wyłącznie w formie ustnej. Bardzo też chciałam dostać kwiaty, jak inne matki z forum internetowego do którego kiedyś należałam. Sadziłam jednak, że skoro odeszłam, nie mam co na ten gest liczyć. Mąż jako osoba mało romantyczna raczej nie wpadłby na pomysł zakupu mi ładnego bukietu do szpitala. Poprosiłam więc mojego Tatusia w niebie, żeby on jakoś mnie pocieszył. W poniedziałek przyszła do mnie do szpitala przyjaciółka, która również kiedyś należała do tego forum internetowego, co ja, z bukietem przepięknych kwiatów od tych dziewczyn. Bardzo wzruszył mnie ten fakt, że o mnie pamiętały i mimo rozluźnienia więzów, sprawiły mi ogromną radość. Warto dostrzegać dobroć Boga w drobnych rzeczach. Wtedy człowiekowi żyje się lepiej. Chwała Panu!!!

    Jestem teraz u rodziców, choć już za parę dni wracam do domu z dwójką maluchów. Prawdopodobnie czekają mnie ciężkie dwa tygodnie, ponieważ siostra najprawdopodobniej mi nie pomoże. Arytmia znowu jej dokucza. Niektórym zawsze wiatr wieje w oczy. W każdym razie cieszę się, że spędzę nieco więcej czasu z mężem. Czasami nie mogłam już wytrzymać atmosfery, która tu panuje od czasu do czasu. Krzyki, wzajemne oskarżanie, złośliwości, wyciąganie brudów sprzed lat i kłótnie o pieniądze (na telewizję, kosmetyki, remonty, gazety) i o wszystko. Wiem, że prawdopodobnie moja rodzina to przeczyta, ale mimo to chcę napisać co o tym wszystkim myślę.

     

    1. Bóg jest miłością.

    2. Miłość jest sensem życia.

    3. Warunkiem do osiągnięcia szczęścia jest przyjaźń z Bogiem.

    To truizmy, ale gdy się nad tym głębiej zastanowić zawierają bardzo konkretny program na życie. To trudny i wymagający program, który wybiera niewielu.

    Ogromna rzesza osób mówi: wierzę w Boga. Problem w tym, że szatan nie tyle również w niego wierzy. On z całą pewnością WIE, że On JEST. I co z tego wynika? Staramy się być dobrymi ludźmi. Po co?

    Ostatnio z przerażeniem oglądałam program „Małe mądrale”. Dzieci odpowiadały na pytania odnośnie Boga. Pytanie: za co się idzie do nieba? Odpowiedź: idzie się do nieba, jeśli nasze dobre uczynki przeważają nad złymi. Koniec kropka. Ksiądz pochwala: „Pięknie dzieci. Zasługujecie na 6 z religii”. Może większość ludzi przyklaśnie, ale ja po rozmowie z Rafałem powiem, że to jakaś fatalna pomyłka. Sądziłam, że tylko za moich czasów dzieci były uczone, że trzeba być grzecznym, żeby pójść do nieba. To takie niby niewinne uproszczenie, ale zawarte tzw. Głównych prawdach wiary, zostaje zapamiętane na całe życie iż: Jest jeden Bóg. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe każe. Są 3 osoby boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Dusza ludzka jest niepotrzebna. Łaska boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Może to mądre, wzniosłe, ale nie wiem jak inni nie koniecznie pamiętam co dokładnie autor rozumie przez sformowanie łaska boska. Może to właśnie owe miłosierdzie, bezwarunkowa miłość, opatrzność, która nad nami czuwa?

    Myślę, że w tym zakodowanym raz na zawsze tekście jest fałsz, który wielu dorosłym każe patrzeć na życie: wystarczy być dobrym, by dostać się do Nieba. A cóż to jest to niebo? Nudna, napuszona przestrzeń, gdzie śpiewa się psalmy Najwyższemu?

    Niebo to stan zjednoczenia z Bogiem. Nieskończona szczęśliwość, ale coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Najlepsze jest jednak to, że można nieba doświadczyć już na ziemi. Sądzę jednak, że bardzo niewiele osób doświadczyło nieba, bo gdyby tak było liczba wierzących i praktykujących oraz radosnych chrześcijan byłaby znacznie większa. Ja miałam tą ŁASKĘ, by tego doświadczyć parę razy w życiu. To coś, czego szukałam przez całe życie i wciąż do tego tęsknię. To z tego powodu prawie cały czas myślę o Bogu i sprawach z nim związanych. Dlatego staram się bronić najwyższych wartości. Z MIŁOŚCI do Boga, którego poznaję w Słowie Bożym. Jak można poznać Boga, nie słuchając go? Nie czytając Pisma Świętego? Ludziom się wydaje, że wystarczy intymna rozmowa z Bogiem gdziekolwiek. Bo po co chodzić do kościoła, skoro Bóg jest wszędzie? Ok, jest wszędzie, przemawia do nas przez różne sytuacje, przez ludzi, ale właściwa interpretacja rzeczywistości (z Bożego punktu widzenia) jest czasem tak trudna, że czasami wręcz niemożliwa. Może nam się wydawać, że się modlimy (w sensie rozmawiamy z Bogiem), a tymczasem rozmawiamy sami ze sobą (w najlepszym wypadku). Tymczasem Słowo Boże jest ŻYWE tzn: wciąż aktualne i ma MOC mnie przemieniać. Czuję jak mnie przemienia. Jak się zmieniłam. Choć wciąż jestem grzesznicą. Popełniam mnóstwo błędów, ranię bliźnich. Czasami tracę chęć do życia, to jednak Słowa: „Nie bój się, Jam zwyciężył świat” podtrzymują mnie przy życiu.

    „Bóg tak umiłował świat (w tym mnie!!!), że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne.” AMEN

    Podsumowując: by dostać się do Nieba wcale nie trzeba przestrzegać w życiu moralności katolickiej. To ma być jakby odpowiedzią na miłość Boga. Ale żeby Go NAPRAWDĘ pokochać, trzeba najpierw dobrze poznać przez lekturę Pisma Świętego. Okrężną drogą się nie da. Wiem, że jest trudne, niezrozumiałe i czasami pełne sprzeczności. Mnóstwo osób chodzących za Jezusem Go słuchało, ale ni w ząb nie rozumiało. Dopiero uczniowie, którzy pytali Jezusa na osobności co tak w zasadzie miał na myśli, dowiadywali się, o co Mu chodziło. A potem i tak zapominali. I tak było, dopóki nie otrzymali Ducha Świętego, który im wszystko wyjaśnił, przypomniał i ułożył w głowach. MY też możemy otrzymać Ducha Świętego. Co jest na prawdę cudownym spotkaniem. :) Chwała Panu!

    Przegrywam?

    1 komentarz

    Kiedyś miałam o sobie chyba bardzo wysokie mniemanie. Chciałam mieć synów. Myślałam, że na pewno będę świetną matką, więc sobie z chłopcami poradzę. Wiadomo, dobrze wychowanych facetów – jak na lekarstwo, więc choć w przyszłości moi chłopcy będą się jako-tako zachowywać. Myślałam, kto jak nie ja? O ja naiwna…

    Nie wiem, czy to temperament Pawełka, czy po prostu zdążyłam już go zepsuć, ale jest kiepsko. Dziadek mówi na niego diabeł i generalnie nie ma do niego cierpliwości. Nie chce się nim zajmować. Na szczęście babcia bardzo go kocha i wiele mu wybacza. Pytana jednak jak było z nami, mówi, że dużo łatwiej. Byłyśmy grzeczniejsze. Fakt, że obecny wiek (16 miesięcy) to okres buntu, ale jakoś mnie to nie pociesza. W fachowej literaturze odnajduję teksty, które mnie coraz bardziej dołują: nie powinnam sobie wmawiać, że wyrośnie, zmądrzeje, będzie lepiej. Guzik z pentelką. A to jak jest, to wyłącznie wina braku konsekwencji rodziców. Noż w mordę! Tak donosi sławetna pani Tracy Hogg. Niby podaje jak powinno się postępować, ale mi brakuje cierpliwości by wypełniać jej zalecenia, a inni mają to w nosie i każdy ma 10 dobrych rad na podorędziu, które wykluczają się z tym co wyczytałam.

    Ostatnio dla odmiany (tiaa…) mamy problemy z usypianiem i ubieraniem. Paweł w Probo kładzie się o 22, wstaje o 8, ale za to śpi całą noc (Alleluja!) . Uspokajanie zaczyna się około 20 i tak sobie trwa i trwa, aż wszyscy łącznie z wrzeszczącym mają już wszystkiego dość. Obowiązkowo głaskanie po główce, a potem trzymanie za rączkę. Pawełek wszystkim steruje, więc nie sposób się pomylić.

    Wbrew głupiej pani Hogg mam nadzieję (pewnie równie inteligentną), że mimo wszystko z tego wyrośnie, a ja nie jestem aż taką beznadziejną matką… Ale i tak jest mi smutno…

    Otóż Pawełek śpi, a ja zamiast sprzątać siedzę sobie w internecie. A co! Czasami trzeba znaleźć czas na jakąś przyjemność. Ale wracając jescze do powarcającego jak bumerang tematu spania. Tak wiem, że go lubicie :D Okazało się ku memu zdziwieniu, że Tracy H., którą już skreśliłam jako osobę niekompetentną w zakresie pouczania matek jak powinno się kłaść dzieci spać, miała rację. Jej lub mój błąd polegał na tym, że zbyt dosłownie brałam sobie do serca jej „przykładowe” opisy. I tak gdy pisała, że ona 5 minut wycisza przytulone do siebie dziecko w bujanym fotelu, ja robiłam to samo. 5 minut. Efekt był taki, że później jeszcze godzinę próbowałam skłonić do snu mojego Skowroneczka. A on sobie ćwierkał długo i rozdzierająco ten wcześniej podany czas. A ja sobie myslałam, no tak pisze Tracy, tak tzreba. Potem jak dobrze wiecie, stwierdziłam, że pisze durnoty i zaczęłam me dziecko usypiać przy piersi. Później miałam fazę na utulanie go w chuście. Po mniej więcej dwóch tygodniach Pawełek się chyba na noszenie w chuście uodpornił, bo mogłam go nosić, robiąc wiele różnych rzeczy, a on się zaczął wyginać i interesować wszystkim do okoła, bynajmniej nie robiąc się śpiący. Parę dni temu okazało się, że metoda wcześniej wspomnianej Tracy działa, ale jedynie, gdy czas wyciszania trwa odpowiednio długo, co zwykle u Pawełka trwa około 20 minut. Efekt jest taki, że mniej mnie boli kręgosłup od noszenia mojego prawie ośmiokilogramowego Skarba.
    Uwielbiam poza tym Klub Mam. To jest cudowne miejsce wsparcia. Dzięki niemu nie czuję się jak jedyna mama na tej planecie. Pomyślicie pewnie, że ciężko się tak czuć na osiedlu, gdzie co druga osoba pcha przed sobą wózek. Tyle, że tak jakby każda z tych mam mieszkała na własnej planecie.
    Strasznie się poza tym cieszę, że idzie wiosna. Będzie można wreszcie jeździć na rowerze, grać w tenisa, chodzić po górach i robić wiele innych rzeczy. Częściowo z Pawełkiem.

    Nie wiem czemu, ale ostatnio bierze mnie na podsumowania.
    Pawełek niedawno skończył pół roku, więc to pewnie dlatego. Jest już bardzo
    sprawny: umie sobie włożyć nogę do buzi oraz przy pomocy kciuka wywiercić
    zagłębienie w ręce osoby, która aktualnie go karmi. Po przebudzeniu
    zazwyczaj  jest w kiepskim nastroju. Dość
    często płacze w niebogłosy, jakby miał jakiś okropny sen. Zdarzają się jednak
    obudzenia bardzo pozytywne, po których jest radosny jak skowronek. Jeśli chodzi
    o zasypianie… cóż to nadal jest nasza pięta achillesowa. Karmienie przed
    spaniem  jest już teraz normą. Pogodziłam
    się (przynajmniej na razie) z tym stanem rzeczy. W jednym z poradników
    wyczytałam mądrą radę, żeby wyrzucić każdą książkę lub czasopismo, które powoduje,
    że czuję się niekompetentną matką i wywołuje u mnie poczucie winy. Chyba wypada
    się zgodzić ze stwierdzeniem, że jeśli dziecko przeżyło kolejny dzień, to
    znaczy, że się wywiązało ze swojej roli. Otóż metody zalecane prze T.Hogg w
    moim przypadku się nie sprawdziły, u mnie wywołując nerwicę oraz  poczucie winy, że synek płacze przez ponad
    godzinę i jest nieszczęśliwy. Magda S. nie korzystając podpowiedzi  poradników, stwierdziła, że „lepsze języki
    niż poradniki” i  jeśli tyle dzieci
    wcześniej (można je chyba liczyć w miliardach) z całą pewnością były karmione
    przed spaniem, to nie ma co się tym przejmować. A że każdy orze jak może, to
    powszechnie wiadomo. Nawet i usypianie w wózku nie jest zbrodnią o ile koła
    wózka są czyste. W zimie jednak z tym ostatnim różnie bywa.

    Wywiad przeprowadzony w kręgu mam z klubu potwierdzają
    powyższe wnioski do których doszłam.

    Ostatnio (miesiąc temu) doszedł jeszcze jeden dość
    nieoczekiwany problem, a mianowicie częste (co 2 godziny) budzenia w nocy.
    Prawdopodobnie to wina gazów. Nie wiem za bardzo dlaczego w tak późnym wieku
    właśnie ta kwestia nie pozwala się wyspać się całej rodzinie. Magda S. myśli,
    że to wynik wprowadzenia kaszki z mleka modyfikowanego. Nie jestem do końca
    pewna czy to jedyny czynnik, ponieważ zanim zaczęliśmy go tym karmić, spał
    znacznie gorzej. Zaczęło się to po nowym roku. I dziwne było to, że jak potem
    przyjechaliśmy na Święto Trzech Króli, u rodziców, sytuacja się poprawiła – 2
    nocne budzenia, a gdy tylko wróciliśmy do Warszawy, znowu to samo. Zaczynam
    podejrzewać, że gdy w pobliżu jest moja mama, Pawełek śpi znacznie lepiej. Bo
    po jej pobycie, gdzie wydawało mi się, że sytuacja się unormowała, nastąpił
    kolejny regres. Bardziej racjonalne wyjaśnienie tej sytuacji jest następujące:
    synek budzi się często w nocy, kiedy ja jestem zestresowana i niewyspana,
    powodując tym samym u mnie większy stres i niewyspanie. Jedynym ratunkiem jest
    więc pomoc z zewnątrz oraz Espumisan.

    W związku z moimi problemami jęczałam i kwękałam moim
    znajomym i przyjaciółkom. Ci dawali mi między innymi rady, bym spała z
    Pawełkiem, w ten sposób zapewniając mu poczucie bliskości a sobie potencjalną
    możliwość większej ilości snu. Ja jednak, ani Rafał nie chcemy do tego
    dopuścić. Nasze łóżku i tak jest ciasno, a poza tym nie wiem, jak miałoby
    wyglądać wyprowadzanie dziecka do własnego łóżeczka. O tę odrębność będziemy
    walczyć!

    Było ciężko. Parę nocy z 5 pobódkami w ciągu nocy nie wiadomo po co i dlaczego. Prawdopodobnie Pawełek był głodny (mimo wszystko) albo/i bolał go brzuch i miał gazy. Te 3-4 noce wystarczyły by podkopać już i tak nadwyrężoną wiarę w siebie, własne siły i sens mej egzystencji. Z pomocą przyszła mi mama oraz wynalazek poz nazwą Kaszka ryżowa dla niemowląt z malinami. Przedwczoraj podziałało wyśmienicie, mimo początkowych obiekcji co do formy podwania jedzenia („co za cholerstwo próbujecie mi wcisnąć do buzi?”). Nie mam weny więc kończe mój wywód stwierdzeniem, że w mym dziecięciu coraz bardziej uwidaczniają się jego cechy charakteru. Fajny jest, ale jego ryk mnie osłabia. Szczególnie w nocy. Dobranoc

    To był bardzo dobry dzień. Umyłam podłogę, zrobiłam pranie,
    byłam na dwóch spacerach z Pawłem, wyjęłam rzeczy ze zmywarki i dopiero teraz
    odpaliłam komputer. Czuję, że od dziś już będzie dobrze. Na reszcie pojęłam
    gdzie popełniałam błąd.
    Ostatni miesiąc był niezbyt dla mnie satysfakcjonujący. Nie mogłam spamiętać,
    kiedy karmiłam syna, ile trwała jego ostatnia drzemka, a to błąd. To błąd. Nie
    chciało mi się i się doigrałam. W konsekwencji Pawełek zaczął mieć problemy z
    zasypianiem. Najpierw w ciągu dnia, a potem wieczorem. Normą stało się
    usypianie go w wózku jeżdżąc pół godziny po mieszkaniu. Coś generalnie
    przestało w tym wszystkim grać, choć ja nie bardzo wiedziałam co. Inni
    oczywiście też mieli swoje poglądy na te trudności. Ciocia Z. oczywiście stwierdziła,
    że to na pewno są kolki (!) Ale zostawmy biedną ciocię. Po jakiś dwóch
    miesiącach posłucham (wreszcie) rady Oli z Femi, żeby poczytać sobie książkę
    „Uśnij wreszcie”. Zastanawiałam się, co za cudowny sposób na
    usypianie malucha mi jeszcze nie wpadł do głowy. Może jakaś specjalna technika
    masażu, albo coś w tym rodzaju. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu przeczytałam to
    co w innych poradnikach: trzymać się planu karmień, ustalić rytuały i
    konsekwentnie pozwalać dziecku SAMEMU zasnąć w łóżeczku i nie kombinować. Co
    najdziwniejsze to naprawdę dziś podziałało. Nie zmarnowałam godziny szumiąc mu
    nad uchem i zasłaniając oczy. Nie musiałam nawet przy nim siedzieć. Właściwie
    odczytałam jego sygnały świadczące o tym, że chce mu się spać i to w zasadzie
    wszystko. Czasami najtrudniej wpaść na najprostsze rozwiązania. No i diabeł
    tkwi w szczegółach (ad. Rytuały).

    Każda przyszła matka powinna przeczytać choć jeden poradnik
    dotyczący niemowląt, bo zdawanie się na własną intuicję moim zdaniem w tym
    przypadku jest psu na budę. Po co się męczyć, kiedy można czerpać z wiedzy
    innych i uczyć się na ich błędach, a nie na swoich? Co wyczytałam ważnego:
    problemy z zasypianiem są wynikiem w 98% złych nawyków. I najlepiej zmieniać je
    gdy dzieci są bardzo małe, ale nawet z kilkulatkami się to (podobno) udaje.

    Zaczęło się niewinnie, od wpatrywania się w cudze płaszcze
    od tyłu; analizowania wzorków i szlaczków. Im bardziej skomplikowany, tym
    lepiej. W końcu jednak i to przestało być interesujące. Zrodziły się pytania:
    Po co to wszystko? Ten tłum, te gesty, te słowa? O co tu chodzi? Jako
    kilkuletnie dziecko nie wiedziałam zbyt wiele o świecie, a jeszcze mniej o
    życiu wiecznym, Jezusie i jego miłości. Pewnego dnia, którego już w zasadzie
    nie pamiętam, podjęłam jednak decyzję, która wpłynęła na całe moje życie: „chcę
    być dobrym człowiekiem”.

    Prawdopodobnie od tej decyzji minęło już kilkanaście lat i
    bardzo wiele się zmieniło. Mam już ustabilizowaną sytuację cywilno-prawną itp. :P
    ale decyzja pozostała. Już wiem, że dzięki temu, co pomyślała sobie kiedyś
    kilkuletnia dziewczynka podczas jednej ze mszy w kościele Matki Bożej
    Fatimskiej w Płocku, moje życie jest właśnie takie: obfite w łaski. Poza
    momentami, gdy dopadają mnie demony smutku z różnych mniej lub bardziej
    wydumanych przyczyn, jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. I wiem, że to Bóg
    to sprawia. Jego błogosławieństwo czuję niemal fi zaczynie – jak ożywczy deszcz
    (bądź dreszcz).

    Mimo to dwa dni temu znowu był dołek, ale gdy zwróciłam się
    do Pana o pomoc, otrzymałam wytłumaczenie, dlaczego tak często jest mi źle.

    „Moc w słabości się doskonali. Gdybyś była silniejsza
    psychicznie nie czułabyś, że jestem Ci potrzebny”
    .

    Oraz „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale Ci co się źle mają”

    Czegoś takiego się nie spodziewałam. Coś, co mnie dołowało
    nagle ujrzałam w innym świetle. Okazało się łaską. Chciałoby się krzyknąć „Cuda,
    cuda niepojęte!”

     

    Od dwóch tygodni zaczęliśmy we wspólnocie „Seminarium Odnowy
    Wiary w Duchu Świętym”. To coś, czego bardzo mi było trzeba. Żmudna i długa
    droga pogłębienia wiary, która ma na celu przygotowanie do wielkiego dzieła
    ewangelizacji. To moje wielkie pragnienie: by ludzie wokoło mnie mogli
    zasmakować w tych wszystkich darach, jakich Bóg każdemu chce udzielić, jeśli
    tylko człowiek otworzy swoje serce. To taka piękna, a jednocześnie trudna
    droga. Nie każdemu się chce na nią wejść, ale „Niespokojne jest serce
    człowieka, dopóki nie spocznie w Panu”. Bardzo szczerze w to wierzę. Chwała
    Panu!

     

    Zmieniając temat na bardziej przyziemny: ograniczyłam
    ostatnio siedzenie w Internecie. Zaczęło się od pokuty w intencji mszy o
    uzdrowienie, a potem w celu ogarnięcia mieszkania. Nadal twierdze, że opieka
    nad małym dzieckiem plus zajmowanie się domem jest przynajmniej porównywalnie
    męczące jak praca na cały etat np. w biurze. Poplamiona ulanym mlekiem podłoga,
    sterta prania czekająca na „lepsze dni” oraz masa pieluszek z rzadką kupką,
    którą niestety nadal trzeba zmywać szczotką bardzo mnie frustruje. Do tego
    jeszcze bolące plecy. Nie ma łatwo. Ale z pieluch wielorazowych na bank nie
    zrezygnuję. Zawzięłam się i kropka. I nadal twierdzę, że to się bardziej
    opłaca, mimo minimalnie większego wysiłku z mojej strony.

    Zaczęłam ponadto chodzić na spotkania klubu mam Ursusa.
    Zaskoczył mnie fakt, że prowadzi je matka obecnie 5 dzieci należąca do naszej
    wspólnoty. Wszystkie inne mamy są również głęboko wierzące. Po prostu WOW.
    Kolejny raz dostaję to, czego chcę i potrzebuję, a w tym momencie potrzebuję
    wsparcia ze strony kobiet o podobnych problemach i trybie życia. Muszę się
    jeszcze tyle dowiedzieć. I jeszcze tyle dobrego mogę z nimi zrobić. Jest fajnie :D


    • RSS