mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Paweł

    4 komentarzy

    Dziś Pawełek ma już 11 tygodni. Mogę więc już po krótce
    określić jaki on jest.

    Przede wszystkim jest PIĘKNY. Ma takie śliczne rysy twarzy,
    że nigdy nie widziałam ładniejszego dziecka. A kiedy się uśmiecha, wygląda
    przecudnie.

    Lubi się kąpać. Podczas kąpania nie płacze, ale patrzy tymi
    swoimi wielkimi niebieskimi oczami z wyrazem pewnego zdziwienia. Często nas
    ochlapuje nogami.

    W nocy jest bardzo grzeczny i śpi. Wtedy też chyba
    najładniej się uśmiecha po nakarmieniu i zmienieniu pieluszki. Uwielbiam go
    karmić w nocy, bo jest wtedy taki spokojny i skupiony na ssaniu. W ciągu dnia,
    niestety wygląda to różnie.

    Często podczas jedzenia się kręci, podnosi główkę, rozgląda
    się wokoło. Bywa to dość wnerwiające. Na szczęście teraz jego tempo jedzenia
    jest znacznie większe  i zwykle to trwa
    15 minut.

    Kupki nadal są rzadkie i częste.

    Dużo sika. Potrafi sikać nawet co 10 minut. Nie wiem gdzie
    on to mieści. Lubi zabawę „obsikaj osobę, która Ci zmienia pieluszkę, kiedy na
    Ciebie nie patrzy, gdy masz już nakremowaną pupę”

    W trakcie dnia ma problemy z zasypianiem. Najbardziej po
    godzinie 15. Potrafi długo marudzić zanim uda mu się zasnąć.

    Dodatkowym utrudnieniem jest bolący brzuszek, który uspokaja
    się pod wpływem noszenia z jednoczesnym uciskaniem brzucha. Czasami dobrze mu
    robi kładzenie się na brzuchu, ale ostatnio coś podnoszenie główki idzie mu
    gorzej. Może urosła mu za szybko w stosunku do reszty ciała… W każdym razie
    Paweł potrafił podnosić głowę od urodzenia.

    Ostatnio frajdę sprawia mu plucie i ślinienie się. Nie wiem
    od kogo się nauczył tego plucia.

    Uroczo sobie gaworzy, a najbardziej gadatliwy jest podczas
    przewijania.

    Paweł nie lubi być ubierany. Szczególnie w nieco przyciasną
    kurtkę.

    Lubi jazdę samochodem. Prawie od razu zasypia w aucie.

    W sobotę rano Rafał stwierdził, że chętnie bujnąłby się do
    teściów od Płockie, bo nie chce mu się siedzieć w mieszkaniu cały weekend. Ja
    chętnie się zgodziłam. Spakowaliśmy więc też dzieciowe manatki i ruszyliśmy w
    drogę. U rodziców miło spędziliśmy czas.  Do Wawy wróciliśmy nieco przed 19, szybko się
    przebraliśmy i pojechaliśmy na mszę na 19:30. Wyspowiadałam się nawet, ale
    potem mały tak szalał, że mi z bólu łzy stawały w oczach. Kopał mnie okrutnie w
    okolicy wyjścia. W końcu – tuż przed komunią chyba dopiął swego bo chlusnęło mi
    po nogach. No może nie chlusnęło, ale się przynajmniej bardzo obficie polało.
    Szok. Wyszliśmy prawie natychmiast. Potem trochę żałowałam, że nie przyjęłam
    komunii, ale z drugiej strony wzbudziłabym niezłą sensację. Choć podejrzewam,
    że i tak parę osób zauważyło mój mokry tyłek, w tym nasz zaprzyjaźniony ksiądz,
    który tą mszę odprawiał :D Pojechaliśmy do mieszkania po część rzeczy, jakich
    wcześniej zapomnieliśmy i ruszyliśmy do szpitala. Generalnie było dokładnie
    tak, jak sobie to wymodliłam, czyli, żeby zaczęło się, kiedy mąż był przy mnie
    i by mógł się wyspać. Potem jednak się okazało, że i tak nie spał z nadmiaru
    adrenaliny ;]

    Zaraz po odejściu wód zaczęły mi się coraz bardziej
    regularne skurcze. Bolały przeokropnie, a ja się jak głupia cieszyłam, że mogę
    zasmakować prawdziwego porodu i bólu rodzenia. Potem nieco zmieniłam zdanie na
    temat tej wątpliwej przyjemności. :P W szpitalu podłączyli mnie pod KTG. Tak to
    się chyba nazywa, ale niezbyt się spieszyli. Zmienili nieco zdanie po odkryciu,
    że stopa syna jest w pochwie, a ja mam 4 cm rozwarcia. Trzęsłam się już jak
    galareta. Także podczas ZZO, ale wkuli mi się dobrze, bo nie czułam bólu, a
    potem nie miałam żadnych nieprzyjemności. Myślałam, że nie będę nic czuła, ale
    teraz już wiem, że to działa tylko na ból, bo doskonale wiedziałam, jak
    tarmoszą moim brzuchem. Mąż był ze mną podczas cesarki. Jak przyszedł ubrany w
    ten specjalny strój pomyliłam go z pielęgniarką :P Ja zamknęłam oczy, bo
    niestety w lampie mogłam się obejrzeć od środka, co nie było dla mnie zbyt
    atrakcyjnym widokiem.  Moment w którym
    zobaczyłam maluszka, był naprawdę cudowny. Lekarka stwierdziła, że moje łożysko
    wygląda bardzo staro i nie podoba jej się rozdęta z lewej strony macica, którą
    mi syn regularnie maltretował. Nie powiem, zmartwiło mnie to wszystko. Na
    pooperacyjnej było spoko. Ja jednak nie mogłam w nocy oka zmrużyć, co w połączeniu
    z faktem, że poprzednie dwie noce, również miałam nieprzespane, spowodowało, że
    w poniedziałek czułam się jak w dzień oddania pracy zaliczeniowej z
    projektowania :P Z tego względu bardzo poważnie zastanawiałam się nad
    wynajęciem jednoosobowej Sali za 850zł, gdzie Rafał mógłby być ze mną całą noc.
    Jednak teraz z perspektywy czasu uważam, że to byłby ogromny błąd, bo i tak nic
    nam by to nie dało i już lepiej byłoby wynająć położną do opieki w nocy. Z
    żadnych z tych opcji jednak nie skorzystaliśmy i bardzo dobrze. W sumie stało
    się tak ponieważ mój kochany mąż zaraz po porodzie podłączył mi Tel do
    ładowania do gniazdka na drugim końcu Sali pooperacyjnej i wyłączył dźwięk. W
    południe nawet gdy chciałam się z nim skonsultować w tej sprawie i dzwoniłam z
    pożyczonego telefonu, on nie odbierał. Ale i tak było najlepiej jak tylko
    możliwie, bo trafiłam do 3osobowej Sali z łazienką, automatycznymi łóżkami –uwielbiam
    je i doświadczonymi babeczkami, które dały nam sporo cennych i bardzo
    praktycznych rad. Już o 22 w pon. Byłam w stanie pierwszy raz zmienić małemu
    pieluchę.  Generalnie pobyt w szpitalu
    wspominam bardzo dobrze. Jednak nie wszystkie kobitki  miały tak dobre zdanie o tej placówce. Z
    jednaj strony zarzuty jednej pani, że zbagatelizowały jej problemy z
    nadciśnieniem były zasadne. Ale mogłaby nie odpowiadać personelowi na pytanie
    jak się czuje, że bywało lepiej, a nam narzekać, że zaraz jej „łeb pęknie”, a
    nogi ma tak spuchnięte, że prawie nie może ruszyć palcami.

    Co do dzidziusia, jak dla mnie jest przepiękny, ale też moim
    zdaniem trochę dziwny. Jak chcę, żeby mu się odbiło, podnosi sam głowę do góry.
    I często sapie. Pediatrzy jednak nic sensownego nie potrafili powiedzieć na ten
    temat. Jest też strasznie żarty. Wczoraj zaczęłam go karmić o 21, a skończyłam
    kwadrans po północy z 4 zmianami pieluszek po drodze. Myślałam, że już będę tak
    karmić go do końca świata. A nie jest to dla mnie szczególnie przyjemne, bo już
    mam popękane brodawki, mimo, że ciągle go dobrze przystawiam, smaruję i wietrzę.
    Od wczoraj stosuję osłonki i boli nieco mniej, ale nie wiem, czy dzięki temu szybciej się wygoją. Dziś jednak dał nam na szczęście spać prawie 5 godzin, więc nie mam mu za bardzo za złe tego
    wczorajszego przydługiego karmienia. Wkurzające jednak dla mnie było to, że
    trzeciego dnia, kiedy miałam nawał zadowalał się 10minutowym karmieniem co 3-4
    godziny. No ale jakoś to przeżyłam. ;]  

    Udało się. Jestem magistrem. Obrona była dużo przyjemniejsza niż inżynierska. Bardziej kameralna, prócz dziekan była moja promotorka i Kosmala. Obawiałam się, że zmieszają moją pracę z błotem. Fakt, zbyt odkrywcza nie była. Taki trochę gniot. Dziękuję jednak Bogu, że przede mną broniła się Alina. Był z nią Tomasz i on trochę rozładowywał napięcie. Dzięki temu można powiedzieć, że byłam dość wyluzowana. Podczas samej obrony dziekan już maksymalnie znudzona nie słuchała mnie, bo później recenzent musiał jej wyłożyć kawę na ławę czego dotyczyła moja praca. Promotorka dość skutecznie broniła mnie przed zarzutami pana K. za co w sumie jestem jej wdzięczna. Pytania miałam nieco od czapy: budowa nawierzchni trawiastych na obiekty sportoworekreacyjne. Tego nie było na liście możliwych zapytań, więc ledwo cokolwiek wydukałam z pomocą pani R. Drugie pytanie dotyczyło obiektów sprzęgających dwa wnętrza. Też jak w mordę strzelił. :P
    W każdym razie obronę ocenili mi na 4, a na koniec studiów 5. Także lepiej niż się spodziewałam.
    Po obronie czuję się wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Czekam już tylko na rozpakowanie. Chciałabym, żeby odbyło się ono jak najszybciej, ale ze względu na dobro dziecka, chyba powinnam się jeszcze uzbroić w cierpliwość. Zresztą nie tylko ja. Zaczęły się już SMSy, telefony z pytaniami: czy to już? Dlatego chciałam nieco ostudzić emocje. Mimo, że termin według ostatniej miesiączki jest na dziś, nie oznacza to, automatycznie faktu urodzenia. Bardzo niewielki odsetek dzieci rodzi się w terminie, a większość po nim. Słyszałam ponadto, że chłopcom szczególnie nie zależy na zbyt wczesnym opuszczaniu maminego brzucha. Termin porodu może być nawet o tygodnie później wywoływany, jeśli nadal nic się nie dzieje. A u mnie właśnie nic się nie dzieje. Bodajże mówiłam An i Promyczkowi, że szpitalny lekarz powiedział, że będę miała cesarskie cięcie po rozpoczęciu czynności skurczowej. Albo gdy odejdą wody, mam przyjechać do szpitala. Nie ma takiej praktyki, by przyjeźdżać parę dni wcześniej i niepotrzebnie zajmować szpitalne łóżko. To byłoby chyba nieco zbyt stresujące, a hormony odpowiedzialne za rozpoczęcie porodu, nie lubią się z adrenaliną. Wobec tego staram się maksymalnie wyluzować, co teraz już jest znacznie łatwiejsze.
    Niestety to czekanie wcale nie jest takie łatwe, ani przyjemne. Syn nie zważając na zbytnią ciasnotę, wciąż rozciąga mnie na wszystkie strony; nogi i stopy ostatnio puchną mi maksymalnie, a szczególnie prawa. No i jeszcze najgorsze z tego wszystkiego: miednica, w której coś strzyka przy nieprawidłowym przewrcaniu się z boku na bok. Dwa dni temu miałam schizę, że mam patologiczne rozejście się spojenia łonowego, ale dziewczyny z grona i innych for uspokoiły mnie, że jeśli jestem w stanie chodzić, i się ruszać, to nie powinnam histeryzować, a moje bóle są w miarę normalne. Trzeba to przecierpieć i tyle.
    Mama radziła mi, żebym już jutro pojechała do szpitala i zarządała cesarki. Ale chyba jednak się wstrzymam do poniedziałku, by znowu zjawić się na „komisji”. Może do tego czasu syn się ogarnie i zapragnie już opuścić moje wnętrze. Nie miałabym na prawdę nic przeciwko.

    Trwam nadal w niepewności. I to mnie męczy. Nie wiem ani kiedy oddaję pracę, kiedy się bronię, ani kiedy mam rodzić. Myślałam, że nie jestem jedną z tych współczesnych kobiet, co chcą mieć wszystko zaplanowane i pod kontrolą. Chyba jednak chciałabym wiedzieć cokolwiek. Mimo tego, co pisałam w poprzedniej notce, po rozmowie tydzień temu z moją promotorką znowu zachciało mi się bronić w lipcu. Przekonał mnie argumet, że pani R. pracuje w piątek (po Bożym Ciele) i mogłaby mi pracę sprawdzić do poniedziałku. Łudziłam się, że faktycznie tak będzie. W końcu dowiedziałam się wczoraj, że około godziny 16 promotorka zasiadła łaskawie i zaczęła ją sprawdzać. Napisała mi, że ma do niej dużo uwag, więc chyba zaraz po opublikowaniu tej notki zabiorę się do pisania podania o przedłużenie tereminu złożenia pracy do końca września. Mam się z panią R. spotkać o 12. Jeśli będę musiała na nią czekać, albo okaże się, że jednak coś jej wypadło i nie przyjedzie, chyba ze złości zjem własną stopę (ostatnio zrobiły się takie pulchniutkie, że palce lizać). Plusy mojej sytuacji są chociaż takie, że wszystko inne (egzaminy i wszystkie przedmioty) mam zaliczone i do trzech kolejnych literek przed nazwiskiem dzieli mnie w sumie niewiele. Choć nikt, prócz Ojca Niebieskiego nie wie, ile. Może się dowiem o 12, a może nie. By pocieszyć samą siebie napiszę jeszcze, że mam już kompletną obiegówkę (również dzięki życzliwości koleżanek z roku). A nade wszystko mam cudownego męża, który tak bardzo mnie wspiera i pomaga. Bez niego chyba dawno już bym się załamała.

    Do planowanego terminu porodu został dokładnie miesiąc. Już nie mogę się doczekać, a z drugiej strony trochę niepokoi mnie wizja paru miesięcy bez snu i totalnego zmęczenia. Mam nadzieję, że wszystkie młode małżeństwa nieco histeryzują i tak na prawdę nie jest aż tak tragicznie.
    Nieco zabawne jest to, że gdy ktoś pyta co u mnie, ja zamiast o dziecku mówię o końcu studiów i pracy magisterskiej. Nie dlatego, że o dziecku w ogóle nie myślę. Myślę, ale przede wszystkim czuję presję. A w zasadzie czułam, ponieważ nieco zmieniłam swoje podejście. Po obejrzeniu nagrania konferencji Soli Deo z małżeństwem Kurzajewskich, w którym pani K. opowiadała jak broniła się tydzień przed terminem porodu, stwierdziłam, że skoro ona mogła, to ja też. I udowodnię całemu światu (w tym moim znajomym ze studiów), że ten dzidziuś był planowany. NPR nie nawalił. To ja myślałam, że obrony są w czerwcu :P No ale są w połowie lipca i dlatego niestety mój plan się nieco sypnął. W każdym razie od niedzieli (kiedy przeszłam doła pod tytułem: „już nie chcę udawadniać całemu światu, że jestem superwoman”) podchodzę do tego wszystkiego na większym luzie. Tym bardziej, że moja promotorka zachowuje się zwykle jakby miała mnie gdzieś i nie poprawiła jeszcze nic w mojej pracy. Inna sprawa, że dałam jej na razie niekompletny przegląd literatury. Badania mam zrobione, częściowo opisane. Gdyby nie zaliczenia i egzaminy praca już by leżakowała w dziekanacie. No ale… aktualnie plan prezentuje się następująco: oddaję pracę przed porodem, a bronię się we wrześniu. Mniejmy nadzieję, że ponad 2 miesiące po porodzie będę na tyle ogarnięta, żeby ten plan wykonać. Jak nie to będę kombinować dalej. Kiedyś się w końcu obronię. :P

    Powinnam pisać pracę magisterską, ale pewna kwestia tak bardzo mnie dotyka i cały czas o niej myślę, że chyba będzie najlepiej, jeśli to przeleję na bloga, a nie na pracę :P
    Otóż od czasu do czasu zadaję sobie pytanie: czemu tak utalentowana plastycznie osoba jak ja (tak bardzo skromna przy okazji), wybrała przyrodniczy kierunek studiów? A nwet techniczny? O tych powodach już chyba kiedyś pisałam, ale przypomnę. Miałam bowiem dość artystycznego światka, tego ciągłego poszukiwania „nowego sposobu wyrażania swojego artystycznego JA” i tym podobnego bełkotu. Dla mnie sztuka powinna być przede wszystkim piękna, a jeśli ktoś mi próbuje wmawiać, że sztuką jest to co szokuje, jest oryginale, a przy okazji obrzydliwe, ja dziękuję, nie chcę być kojarzona z tego typu elementem. To właśnie dlatego nie poszłam na ASP. Drugi argument: bo nie miałam i nie chciało mi się przygotowywać teczki, trzeci: że pewnie i tak się bym nie dostała, bo mam zbyt „skostaniałe” wyobrażenie piękna i sztuki. Tak więc wszyscy łącznie ze mną są zapewne zadowoleni, że nie zostałam artystką, i na plastyku poprzestałam swój artystyczny rozwój. :D
    Chciałam też swojego czasu iść na historię sztuki, ale brat mnie skutecznie zniechęcił stwierdzeniem, że po tym kierunku, moge być co najwyżej bibliotekarką. Wydawało mi się to mało kuszące, choć moją ambicją (wtedy) tak na prawdę była praca jako kustosz w Muzeum Narodowym. Pewnie tam też bym się zaziewała na śmierć.
    A dlaczego architektura krajobrazu? W sumie to dlatego, że Łucja T. powiedziała, że jej znajoma w tym zawodzie zarabia sporo kasy. Czyli względy materialne mnie skusiły :P Ale spoko, moja postawa wobec tego kierunku ewoluowała. Teraz już nie chcę projektować pięknych ogrodów, parków czy innych terenów zieleni. W trakcie studiów przekonałam się, że nie to mnie do końca kręci. Nie czuję się w tym jak ryba w wodzie. Z jakimś takim uporem maniaka wciąż myślę o… pewnie nie zgadniecie… o drzewach.
    O tych pięknychalejach, ale i o tych mniej pięknych ale głównie o tych już nieistniejących. Przy tych ostatnich zalewa mnie po prostu krew. Nie wiem, co bardziej może mnie wkurzyć, jak właśnie taki widok. I ta właśnie reakcja jakoś podświadomie sprawiła, że studiuję teraz to co studiuję, że jestem na tej specjalizacji na jakiej jestem i piszę prace na ten, a nie na inny temat.
    Przyznaję się, jestem dendrofilem od najmłodszych lat. Jako dzieciak uwielbiałam leżeć na trawie w ciepły letni dzień i gapić się na bujające się na wietrze korony drzew. Kocham drzewa, są piękne: silne, kolorowe, dają cień, mieszkają w nich spewające ptaki, można się po nich wspinać. Jeszcze lepsze od pojedynczego drzewa jest oczywiście mnóstwo drzew, tzn las. Stąd pewnie zbieranie grzybów należy do jednych z moich ulubionych aktywności. I żaden Szu mi nie wmówi, że las nie nadaje się do rekreacji, i że w nim powinny żyć tylko dzikie zwierzęta. Nie dla prywatyzacji lasów państwowych!!!
    Ale wracając jeszcze do mojej pracy, wybór tematu i moich aspiracji trochę mnie, szczerze mówiąc, mogłoby w przeszłości szokować. Zarządzanie przecież jest bleeee (czyt. nudne). Coraz bardziej bowiem skłaniam się ku temu, by w przyszłości pracować za biurkiem jako nie przymierzając urzędnik państwowy w wydziale ochrony środowiska. Jak to napisałam całkiem niedawno na czacie mojej koleżance z liceum plastycznego, wyobraziłam sobie jej minę. Napisała tylko, że ciekawie, ale pewnie pomyślała co innego. :> Sama parę lat temu pewnie bym się wyśmiała swoje marzenie, stwierdzając, że to jakieś totalnie beznadziejne: tylko papiery i biurokracja. Poniekąd może i to nudne, ale jakoś będę przynajmniej miała narzędzia by chronić to, co piękne, a ja chcę chronić zieleń! Czuję, że taka jest moja zawodowa misja. A piszę moją pracę, by poznać dogłębnie problemy związane z drzewostanami przyulicznymi. Tzn. to wszystko jednak ma jekiś sens i ciąg przyczynowo-skutkowy. W każdym razie tak mi się wydaje :D
    No więc w tej właśnie powstającej cudownej pracy na temat zadrzewień przulicznych piszę właśnie rozdział pt: drzewa a bezpieczeństwo na drogach. Jak zajrzałam do internetu, zalały mnie wprost artykuły, dyskusje, fora, którym podstawowym pytaniem jest, czy wycinać drzewa w imię bezpieczeństwa kierujących, czy nie? Ale się naczytałam! Ile się we mnie krwi zagotowało! Temat rzeka, już sama nie wiem co o tym pisać, bo muszę zrobić jakąś selekcję. Możnaby oddzielną pracę wyłącznie na ten temat przygotować. W każdym razie, ja jestem całym sercem za tzw. „obrońcami drzew”, którzy uważają, że bezpieczna jazda po odpowiednio oznakowanych drogach, nie może spodowodować, że drzewo niespodziewanie kogoś zabije. Poziom adrenaliny szczególnie mi się podniósł, gdy przeczytałam: Wskutek rozwoju
    motoryzacji i wzrostu prędkości podróżowania [drzewa] stały się śmiertelnymi
    pułapkami czyhającymi na błąd kierowcy. Ich umiejscowienie w pobliżu
    jezdni sprawia, że nabrały cech podobnych do min; nie czynią nikomu
    krzywdy, dopóki ktoś na nie najedzie, a gdy już do tego dojdzie,
    wyzwolona energia dokona makabrycznego dzieła zniszczenia.

    Już w zasadzie sama nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.
    Jeszcze gorzej było, gdy przeczytałam iż Zastępca dyrektora do spraw Zarządzania Siecią z Zarządu Dróg Wojewódzkich w Olsztynie wypowiedział następujące słowa: „Chcemy wyciąć wszystkie drzewa z poboczy dróg Warmii i Mazur, tylko nie mamy na to pieniędzy”(!!!) Doprawdy nie wiem, jak można być takim ignorantem (!)(mam ochotę użyć znacznie bardziej dosadnych słów, ale się powstrzymuję). Dla niewtajemniczonych dodam, że najpiękniejsze i najstarsze przydrożne aleje są właśnie na północnym wschodzie naszego kraju, na obszarze, który pretenduje do miana nowego cudu natury. I tak od 2004 trwa sukcesywna wycinka drzew, które „kiedyś, gdy nie było aż tak rozwiniętej motoryzacji spełniały swoją funkcję, ale teraz trzeba je koniecznie usunąć w imię ochrony życia, zgodnie z koncepcją „dróg wybaczających” błędy kierowców” (a więc pijaństwo, nadmierna prędkość itp). Jak słyszę takie argumenty, autentczynie robi mi się słabo. Szczególnie jeśli „obrońcy drzew” są przez takich zwolenników wycinania wszystkiego w pień (na wszelki wypadek), są nazywani „oszołomami” lub egistami z całkowitym brakiem argumentów. Walory krajobrazowe, kulturowe i przyrodnicze to dla nich pojęcia całkiem abstrakcyjne i nic nie znaczące. Oni uznają aleję za coś cennego i wartego ochrony, gdy wartość „tego czegoś” będzie policzona w walucie, albo już od biedy uznane za zabytek przyrody. Mogłoby się wtedy okazać, że znacznie bardziej się opłaca wytyczyć nową, szerszą drogę, a starą ocienioną zabytkowym starodrzewem pozostawić rowerzystom i pieszym.
    Zastanawiam się, czy Ci, którzy chcieliby wyrżnąć wszystkie przyuliczne drzewa w imię ochrony życia niewinnych ludzi, tak samo głośno szczekają w sprawie delegalizacji aborcji w naszym kraju.

    Miałam dziś bardzo dołujący sen: zanim urodziłam bliźniaki, opuścił mnie mąż. Zanim je jeszcze urodziłam spotykałam się z jakimś nieudacznikiem. Mimo to zaraz po porodzie chciałam swoje dzieci oddać do adopcji. Nie miałam nawet ochoty ich karmić. Robiła za mnie to moja siostra i ten dziwny facet. Potem dzieci zmieniły się w szczury, a potem w psy. Nie lubię strasznie takich snów. Rano oczywiście musiałam się mocno przytulić do Rafała i po raz kolejny usłyszeć, że mnie kocha i nigdy nie opuści. Daj Bóg, żeby właśnie tak było. Współczuję parom, które nie mają (jeszcze) podstaw do takiej pewności i w każdej chwili może nastąpić rozstanie. Pewne rzeczy na tym świecie powinny być trwałe i niezmienne – jak nierozerwalność małżeństwa np. Tak jest łatwo zranić ukochaną osobę: można powiedzieć np: nie wiem, czego chcę; albo już wiem, że Ciebie nie chcę. To chyba zawsze dla każdego jest trauma. Lepiej więc faktycznie nie pokładać za bardzo ufności w człowieku. Czasem można się bardzo przejechać.

    Wrócilam z ferii, było super. Szczególnie śniadania, górskie wycieczki na świeżym powietrzu i aquaaerobik. To już chyba był jednak ostatni pobyt w moim Domu Wypoczynkowym z dzieciństwa, bo Rafał w sumie słusznie, twierdzi, że jest tam za ciasno i zbyt drogo. A jedzenie za dobre, bo się za dużo je. ;] Śnieg był tylko w wyższych partiach na przemian z lodem. Pogoda nam się podobała: słonecznie, cieplutko. Nie nastawiałam się na narty zjazdowe, więc nie narzekałam na brak śniegu. Oczywiście byli tacy, którzy i po lodzie i po wodzie jeździli, ale to chyba była średnia przyjemność. Chyba we wtorek spotkalismy się z bratem, bratową i bratankami na Równicy. Mali szaleli, poszliśmy do Zbójnickiej Chaty, tam trochę posiedzieliśmy. Oni pojechali na wyciąg, a my jeszcze na szlak. Byliśmy w Jaszowcu w końcu tylko 5 dni, czyli w czwartek 10.02 pojechaliśmy do Twardogóry. Droga byla kiepska. Trzeba było jechać autostradą a nie jakimiś opłotkami, ale trudno, na przyszłość będziemy mądrzejsi. W sobotę mama Rafała obchodziła imieniny, więc znowu było dużo dobrego jedzenia. Ja jednak nie czułam się tego wieczoru zbyt rewelacyjnie.
    W każdym razie jak tylko przyjechałam z powrotem do domu znowu zaczęły się wymioty i nudności. A już myślałam, że będę miała spokój. Powtórzę jednak za Promykiem i Agatą: „Jest TO warte każdej ceny”
    Z okazji walenia tynków dostałam chomika, a konkretniej chomiczkę. Wabi się Mika i jest bardzo podobna do Chomisi: ruda z brązowoczarnym kołnierzem. Bardzo słodna i w ogóle nie gryzie. Ale w nocy dała nogę ze swojego akwarium. Skapnęłam się około 23, kiedy usłyszałam wyraźne „pac”. Gdy przyszłam chomika już nie było. W sumie to się tego spodziewałam, ale że pierwszej nocy, to niekoniecznie. Szukanie go pod wersalką i szafkami nie dawało żadnego rezultatu, oprócz coraz większego bólu brzucha i narastającego bólu głowy. W końcu daliśmy sobie spokój i poszliśmy spać. Słyszałam w nocy szuranie, ale jak przychodziłam nic nie było słychać, ani widać. Wykombinowaliśmy z Rafałem, że położymy na środku pokoju chrupkę, jej jedzenie i wodę z nadzieją, że jak zgłodnieje będzie musiała się pokazać. Zaraz po tym, jak Rafał poszedł do pracy usłyszałam szuranie w okolicach regału z książkami. Myślałam, że się wspinała po półkach, więc zaczęłam szukać między książkami. Szuranie było jednak dość wysoko, a jej nie widziałam. Była oczywiście za regałem i się wspinała do góry – kaskaderka. Odsuwając regał, chyba spadła na dół, bo leżała jak nieżywa z łapkami do góry. Tak mi jej się żal zrobiło, myślałam, że ją zabiłam :(((  Od razu zaczęłam reanimację, podając wodę, potem chrupka. Ona nic, tylko ledwo dychała. Włożyłam ją do akwarium, nie może stać tylko się chwieje i trzęsie. Potrzęsła się tam trochę, to ją wziąłam na ręce i głaskałam i dałam serka do zjedzenia. Po jakimś czasie zaczęła wcinać :) Później czuła się już na tyle dobrze, że chciała mi zwiać z kanapy, ale byłam czujna i jej nie pozwoliłam. Teraz śpi sobie grzecznie, a akwarium jest profilaktycznie przykryte książkami, tak, że ma dopływ świeżego powietrza. Mam nadzieję, że już nie ucieknie. Jest piękna!

    W tym semstrze się wyjątkowo leniłam. Nie angażowałam się prawie w ogóle w SD, a na studia wykonywałam niezbędne minimum. Spałam na potęgę, często około 12 godzin na dobę. Inna sprawa, że od prawie trzech miesięcy tak mnie mdli wieczorami, że położenie się wcześniej spać, to jedyny sposób, by uniknąć spotkania trzeciego stopnia z toaletą. To już prawie siedemnasty tydzień, a ja nadal mam nudności i nic mi się nie chce (prócz spania). Efekt tego ogólnego lenistwa, które ładnie można nazwać „dbaniem o siebie”  to prawie same 5 w indeksie. Te studia mnie zadziwiają. Im mniej się staram, tym mam lepsze stopnie. Nie wiem gdzie jest sprawiedliwość w tej kwesti. Może poleciała do ciepłych krajów.

    Od początku ciąży w ogóle nie przytyłam. Tzn. najpierw schudłam 3 kilo, a potem odrobiłam straty i jestem na zero. Nie wiem, jak będzie dalej. Chciałam dziś sobie kupić spodnie ciążowe na gumę, ale pawilon, w którym kiedyś były ciążowe ciuchy przerobili na spożywczy, a w innym sklepie najtańsze były za 149zł. Jak nie będę miała innego wyjścia, to chyba będę musiała je kupić. :/ Od miesiąca, bowiem chodzę w jednych, które są największe. A i one powoli stają się za ciasne.
    Fajne natomiast jest to, że czuję już ruchy malucha w brzuchu.

    W piątek mam jedyny egzamin z planowania przestrzennego. Dziś nawet byłam w bibliotece z tej okazji. Przejrzałam jedną pozycję pana Szu, zrobiłał jej foty i już mi się nie chciało. Liczę na to, że jutro będę miała więcej zapału do nauki, mimo że o 11 idę do gina. Jeśli zdam ten egzamin będę miała dwa tygodnie ferii, a już w sobotę wyjeźdzamy do Jaszowca :D Tego właśnie potrzebuję: więcej odpoczynku :P, jedzenia, które się samo robi, pokoju który się sam sprząta, basenu, jakuzzi i gór. A kolejny tydzień może uda mi się poświęcić na pisanie pracy mgr.

    Zaczął się kolejny rok : 2011. Podsumowując 2010 muszę stwierdzić, że był całkiem niezły. Tuż przed jego zakończeniem przejechaliśmy z Rafałem około 1,5 tys. kilometrów jeźdząc od jednych rodziców do drugich, a następnie do Jeleniej Góry na narty biegowe. Wczoraj dopiero po tych nartach przestały mnie boleć nogi. Okazało się, że mój brat także jest zainteresowany tym sportem. Może kiedyś uda nam się razem pojechać na biegówki…Z przykrością jednak stwierdzam, że dużo fajniejsze są zjazdówki. Ciekawe kiedy uda mi się w nich pojeździć.
    Sylwestra miałam spędzić w jakiejś miejscowości pod Kłodzkiem ze znajomymi Rafała na balu, ale ze zwględu na bezpieczeństwo dziecka, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Myślę, że dobrze tak wyszło, bo nie wiem, czy dotrwałabym do 24. Ostatnio standardem dla mnie jest kładzenie się spać o 20-21 i wstawanie o 6-7. Rafał się przystosował i teraz też śpi mega dużo. Na zapas ;P Czyli w sylwestra, po dosyć kiepskim filmie „Dżungla” zasnęliśmy.
    Wczoraj byłam na drugim USG. Jakimś fartem udało mi się w niedzielę zapisać na następny dzień do lekarki, której wcześniej na oczy nie widziałam. Okazało się (choć to w zasadzie głównie zdanie lekarki), że niepotrzebnie ciągnę męża na to badanie. To prawda, że Rafała tak bardzo nie fascynuje to, co się dzieje w moim brzuchu, ale to w końcu też jego dziecko. Następnym razem, jak nie będzie chciał iść, ja go nie zmuszę. Dzidziuś był podczas USG bardzo rozbrykany. Lekarka nie mogła zrobić mu dobrego zdjęcia, bo cały czas się kręcił jak najęty :) Fajny ten nasz dzidziuś :P Ale nadal nie wiadomo czy to ON czy ONA. W każdym razie ma teraz 5,6 mm i wszystko ok. Poza tym zostałam ochrzaniona, że po świętach przytyło mi się kilogram. Szkoda, że nie powiedziałam, że ja w zasadzie wracam do wagi sprzed ciąży. No i przecież Święta były! A na dodatek boli mnie szczęka. :/ i to wcale nie od jedzenia. :/ Mimo tego, co napisałam powyżej, na wizyce bardzo mi się spodobała ta lekarka. Dopiero, jak mi Rafał uświadomił, że mi wypomniała ten kilogram więcej, porzuciłam pomysł zmiany lekarza prowadzącego. W dodatku powiedziała, żebym nie chodziła za często do ginekologa, bo to dodatkowy stres. No coments
    Na koniec jeszcze historyjka ku przestrodze. Wczoraj myślałam, że zgubiłam telefon przy szatni. Szukając go w metrze, stwierdziłam, że nie mogę tego tak zostawić, może mi gdzieś wypadł w śnieg, czy coś. Wróciłam na SGGW z Metra Politechnika, ale w szatni nic nikt nie wiedział. Po drodze na uczelnię, miałam schizy i chciałam pytać ludzi, czy przypadkiem tę czarno-czerwoną Nokię, którą mają w ręce, nie znaleźli w poblizu SGGW. Dobrze, że jednak nie zrobiłam z siebie idiotki. Dopiero, gdy rozważałam prawdopodobieństwo, że ktoś zadzwoni do Rafała, by z nim umówić się na oddanie telefonu w ręce właścicielki, postanowiłam się obmacać (w sensie pomacać kurtkę, żeby wykluczyć obecność telefonu w jakiejś wewnętrznej kieszeni). Komórka spokojnie zajmowała sobie kieszeń w mojej bluzie. A to wszystko dlatego, że niepotrzebnie wyjęłam ją z plecaka, a następnie schowałam tam, gdzie by mi jej schować, tak szybko do głowy nie przyszło. Poza tym, gdybym nie chciała zadzwonić do Rafała, pewnie w ogóle bym tej komórki nie „zgubiła”. Niepotrzebnie zmarnowałam około godziny. I to dopiero był stres. Szkoda, że nikt mi nie płaci za niepotrzebne czynności i zmarnowany czas. Zbiłabym majątek ;)


    • RSS