mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: Bóg

    Na rekolekcjach „Jezus na stadionie” Ojciec John mówił m.in. o dumie z bycia moherowym beretem. Ja już od dłuższego czasu utożsamiam się z tym określeniem. Podobnie jak z ciemnogrodem, średniowiecznymi poglądami i wszelkim innym wstecznictwem. Nie jestem i nie będę nowoczesna. Jeśli dla kogoś nowoczesność oznacza wyrzekanie się dobra i piękna w imię jakiegoś chorego naturalizmu, nihilizmu, czy po prostu źle pojmowanej wolności, to ja się pod tym nie mam zamiaru podpisywać.
    Pewnie wiecie, że skończyłam liceum plastyczne. Kiedyś, gdy odkryłam, że mam talent plastyczny, zakwitł w mojej głowie pomysł, żeby zostać kiedyś sławną malarką. Kiedyś takie rzeczy jak sława i pieniądze serio mnie kręciły. ;-) Moim ulubionym przedmiotem była historia sztuki. Bardzo poważnie rozważałam taką właśnie swoją ścieżkę kariery. Do tego stopnia, że jak wszyscy z mojej klasy zdawałam ten przedmiot na maturze. W sumie nie było mi to do niczego potrzebne. Zrobiłam to trochę dla sportu – sprawdzenia się. Nie poszłam jednak studiować tego kierunku. Oficjalny powód był taki, że to zawód bez perspektyw na pracę. A ten bardziej autentyczny, to był mój strach. Bałam się, że jak pójdę na ASP będę miała równie zryty beret, jak większość współczesnych „tfórców”, których kazali nam podziwiać w galeriach typu Zachęta. Nie chciałam być utożsamiana ze środowiskiem, które oklaskuje najbardziej szokujące i obrazoburcze wytwory chorych wyobraźni. Jasne, nie wszyscy artyści tworzą złe dzieła. Nawet pewnie jest tak, że 90% tworzonej sztuki niesie ze sobą dobre przesłanie, a tylko najbardziej jaskrawe i szokujące produkcje są nagłaśniane w mediach. Wiadomo, zło jest znacznie bardziej medialne. Ja jednak miałam po prostu dość nauczycieli, którzy próbowali wpłynąć na to, co ma się mi podobać, jak mam „wyrażać siebie” (a to najNAJnaj ważniejsze! wiadomo) i jak mam myśleć. Słusznie sądziłam, że na uczelni nastawionej na fakty, odpocznę. Nauka o mitozie, mejozie i wielu łacińskich nazw kwiatków, drzew i krzewów, była jak balsam na moje skołowane i osamotnione po liceum serce.
    Z resztą ja bym nawet nie miała szans dostać się na ASP, bo nie posiadałam teczki (czyli około 40 prac w formacie powyżej A3). Wszystkie prace wykonane w liceum musiały w liceum pozostać i zgnić na strychu. Takie przepisy. A czemu nie byłabym w stanie wykonać teczki? Cóż, w czwartej klasie nie byłam już pewna, czy w ogóle umiem dobrze trzymać pędzel, nie mówiąc już o tym, czy potrafię coś wartościowego namalować (szczególnie w znienawidzonych technikach: plakatówka, olej, akryl). Czułam się wielkim zawodem mojej wychowawczyni. Taka zdolna, taka mądra, a potem taka kicha. Cudem w ogóle zdałam ten dyplom. Dzięki Ci Boże! Do dziś mam koszmary, że ja tam jeszcze muszę wrócić i coś zaliczać. Nie chcę powiedzieć, że ta szkoła była największą pomyłką mojego życia. Chyba nie, mimo wszystko, sporo się nauczyłam. Ale ta atmosfera, moja klasa, Ci sfrustrowani nauczyciele i równie sfrustrowani uczniowie sprawili, że mi się zwyczajnie odechciało malować, rysować, tworzyć. Musiałam co prawda jeszcze potem to robić na studiach, ale już w innym gronie pedagogicznym, było to jakieś mniej bolesne. Po zakończeniu studiów znowu miałam tego dosyć, odpoczywałam od mojej pasji prawie 4 lata z niewielkimi przerwami.

    Już nawet nie pamiętam w którym roku (chyba 2002 roku) na mojej Oazie I st. ktoś życzył mi, żeby mój talent służył Bogu. Ja też tego pragnęłam, ale bardziej wtedy wyobrażałam to sobie, jako malowanie fresków w kościołach, czy projektowanie witraży. Cieszę się, że realizuję swoje marzenia w inny, ale chyba bardziej przystępny i pożyteczny sposób.

    Chciałam tu jednak napisać o czymś innym. Nie wiem, czy ktoś z was wie, że miałam najcudowniejszy z możliwych temat prezentacji maturalnych: „Motyw syna Marnotrawnego w literaturze i sztuce”. To chyba była jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły w liceum. Wykorzystałam tam fragmenty z książki, która w tamtym czasie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mówię tu o książce „Radykalni”. To świadectwo nawrócenia muzyków. Jednak to, co zapamiętałam z niej szczególnie, to właśnie tytuł. :-)
    Odczytałam to jako zaproszenie dla mnie, bym ja też była radykalna. Nie taka trochę, na pół gwizdka.

    Czas na jeden z ulubionych cytatów:

    „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
    Obyś był zimny albo gorący!
    A tak, skoro jesteś letni
    i ani gorący, ani zimny,
    chcę cię wyrzucić z mych ust.
    Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,
    a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,
    i biedny i ślepy, i nagi.” Ap3,14-17

    Problem jednak w tym, że ludzie wokół mnie, mają ze mną problem. Wciąż słyszę, że przesadzam. Co innego, gdybym się tyle modliła, słuchała tych wszystkich konferencji, czytała tyle religijnych książek, będąc np. w zakonie. Wtedy chyba wszystko byłoby Ok. Nikogo by nie raziło, że Bóg tu, Bóg tam i generalnie wszędzie. Ale że matka i świecka żona, tyle się zajmuje religią, to w oczach wielu nie jest ani normalne, ani dobre. Ech…

    Może nawet powinnam się z tego cieszyć w myśl słów:

    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
    „Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.”(Mat. 5:11-12)

    Ale niestety trudno się z tego tak na co dzień cieszyć. Wmawiają mi, że Kościół wyprał mi mózg, że jestem w sekcie. Gdy to się tak często słyszy, człowiek się zaczyna zastanawiać: czy aby faktycznie nie przeginam. Niech kto chce, oceni to w komentarzu. Nie obrażę się, serio. Chce wiedzieć, co o tym myślicie.

    Może jeszcze jedno krótkie wyjaśnienie, czemu ja staram się być taka radykalna. Otóż może i ktoś ma taką łaskę, że wystarcza mu niedzielna Msza Święta + ewentualnie rekolekcje w parafii raz w roku (żeby sobie naładować duchowy akumulator) i faktycznie jego wiara się umacnia. Ale dla mnie to rozpaczliwie zbyt mało. Mam ciągle w głowie słowa, które też na jakiejś Oazie usłyszałam: „Kto się nie rozwija, ten się cofa.” Nie umiem naładować się dłuższy czas. Przykład: budzę się rano po cudownych rekolekcjach i już znowu jestem poganką, która nie wie jak żyć.  Mąż mnie wkurza, dzieci drażnią i nic mi się nie chce. Ktoś powie, to po grzyba tyle się starać, jeździć gdziekolwiek. Jest po co. Gdy jest poranna modlitwa, lektura Pisma Świętego to ustawia mi cały dzień. Mam siłę daną z nieba, żeby przeżyć kolejny trudny dzień, nie raniąc przy okazji ludzi wokół. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J,15:5) Bez Jezusa umiem tylko grzeszyć. Nic dobrego. Smutne ale prawdziwe. Myślę, że wielkim kłamstwem szatana jest właśnie wpojenie ludziom przeświadczenia, że czynienie dobra bez Boga jest najbardziej możliwe. Nie wiem czy to prawda. Możliwe, że herezja. :-)

    A kolejne rekolekcje to taki radosny, barwny punkt w mojej codziennej szarości. Coś na co czekam z utęsknieniem, by pobyć z Jezusem i braćmi oraz siostrami w wierze, znacznie dłużej niż mogę to robić na co dzień.

     

    Macierzyństwo przyszło do mnie z taką wielką łaską, że musiałam się ogołocić z rzeczy zbędnych: z gier komputerowych, seriali i telewizji w ogóle. Po prostu nie ma na to czasu. I bardzo dobrze. Uczę się (a przynajmniej mam takie wrażenie) wybierać tylko rzeczy ważne, takie, które faktycznie przynoszą niezniszczalną korzyść. Mimo to, bardzo wiele jeszcze pracy przede mną. Na szczęście nie będę z tym sama.

    „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze – przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” (Flp 3,8-14)

    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    To, cośmy usłyszeli i poznali, *
    i co nam opowiedzieli nasi ojcowie,
    opowiemy przyszłemu pokoleniu *
    chwałę Pana i Jego potęgę.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    Aby wiedziało przyszłe pokolenie, *
    synowie, którzy się narodzą,
    że mają pokładać nadzieję w Bogu †
    i nie zapominać dzieł Bożych, *
    lecz strzec Jego poleceń.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    A niech nie będą jak ich ojcowie, *
    pokoleniem opornym buntowników,
    pokoleniem, którego serce jest niestałe, *
    a duch nie dochowuje wierności Bogu.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.

    Mam w sercu wiele spraw, które czasami aż wołają, by o nich powiedzieć, ale często nie mówię. Dlaczego? Bo się boję, niezrozumienia, odrzucenia. Gdybym miała wybrać jakąś postać z bajki i przyjąć sobie jej imię, to z pewnością byłby to Chojrak, tchórzliwy pies. Ktoś oglądał? Bardzo głupia bajka, nie polecam, ale nazwa głównego bohatera, jak dla mnie adekwatna.
    Może z zewnątrz tego nie widać, ale często jestem jak osika na wietrze, drżąca o to, co będzie. I wtedy przypominają mi się słowa: „Prawdziwa wiara usuwa lęk.”
    Wiem coś o tym.
    Widzę, jak wiele się zmieniło i zmienia w swoim życiu. Odkąd oddałam swoje życie Jezusowi, stałam się bardziej otwarta na ludzi. Nie widzieliście mnie, gdy w podstawówce szłam specjalnie ze szkoły okrężną drogą, byle tylko nie musieć z nikim gadać. Byle tylko nikogo nie spotkać, bo będę musiała powiedzieć „Cześć”, lub „Dzień dobry”, albo nawet zacząć prowadzić dialog. Taki dzikus był ze mnie. Porównując co było, a co jest, to myślę, że wydarzył się prawdziwy cud. Ale mam jeszcze nad czym pracować.
    Po wielu rozważaniach za i przeciw, czy tego bloga w ogóle prowadzić, uznałam, że tak. To chyba jednak jest mi potrzebne. Jakby terapia, czy coś. :P
    W dzisiejszym zamotanym świecie ciężko się spotkać w cztery oczy, pogadać. A jeszcze na takie głębsze rozmowy, nie zawsze są sprzyjające okoliczności. A ten blog to taka namiastka spotkania. Nikt mi przy tym nie przerywa. Cudowne. :D
    Ale przechodząc do sedna, ja chciałabym się na tym blogu przede wszystkim dzielić tym, co Bóg robi w moim sercu, jak mnie zmienia. Myślę, że często ludzie myślą, że Bóg tak sobie siedzi gdzieś w niebie i co najwyżej od czasu do czasu na nas spojrzy, jak mu się zechce. Nie! On jest żywy. Coraz lepiej dostrzegam Jego subtelną pomoc, małe cuda, które wydarzają się bez przerwy. Choćby to, że dzisiaj byłam u spowiedzi i potem przeżyłam trudny wieczór kładąc moje maluchy spać. Miałam na prawdę duużo cierpliwości. I nawet nic na siłę nie robiłam, nikogo nie doprowadziłam do spazmatycznego płaczu, nikogo nie uszkodziłam. Wiecie co? To cud! Alleluja! Skąd ja bym brała do tego wszystkiego siły, gdybym nie była wierząca. Czy bym w ogóle żyła?
    Chciałabym na koniec wrzucić linka do świadectwa jakie w ostatnim czasie napisałam, bo świadectwo to jest to, co mnie do Boga przekonuje najbardziej. Jest najbardziej autentyczne i w ogóle. :-) Tylko wkurzam się nieco, bo mi przeglądarka się ślimaczy i link się nie chce otworzyć. Ci za złośliwość rzeczy martwych! Wiecie jak mam na imię, więc sobie znajdziecie http://msza.bartymeusz.pl/swiadectwa

    Dobranoc

    Ile już notek napisałam w swojej głowie od ostatniej, która została opublikowana? Mogłabym powiedzieć, że nie miałam czasu i byłoby to po części prawdą. Myślę jednak, że to nie do końca tak. Ale koniec tłumaczeń. Po pierwsze: 27 kwietnia o 8:04 narodziła się Alinka. Okoliczności opisałam na Facebooku w grupie „Dzieła Pana Boga”. Z powodu braku czasu wklejam nieznacznie zmieniony tekst:

    Dzisiejsza Ewangelia (z dnia 4 maja)  i moja obecna sytuacja życiowa skłania mnie do podzielenia się krótkim świadectwem o dobroci Pana Boga. „Jeżeli we mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.” Mam wrażenie, że ludzie często tracą wiarę w Boga po tym, jak się na nim zawiodą. Bo proszą o rzeczy dla nich ważne, ale ich nie dostają. Ja ostatnio prosiłam o to, by moja córeczka obróciła się do właściwego położenia, abym mogła ją urodzić naturalnie. Tak się jednak nie stało i w sobotę miałam cesarskie cięcie. Przyjęłam jego wolę. Nie kłóciłam się nawet z lekarzem, by pozwolił mi przy takim położeniu na poród naturalny. Wcześniej długo się zastanawiałam, czy próbować, ale ostatecznie postanowiłam polecić tą sytuację Panu i posłuchać w tej kwestii lekarza, który znajdzie się aktualnie na dyżurze. Znakiem, abym się nie bała, że postąpiłam słusznie był fakt, iż operował mnie lekarz, który prowadził moją pierwszą ciąże. Ktoś mógłby to uznać za zbieg okoliczności, ale wiem, że one nie istnieją :) Potem było ich zresztą dużo więcej (operowali mnie na tej samej sali co rok i 9 miesięcy temu, potem leżałam na tym samym łóżku na pooperacyjnej, a następnie przenieśli mnie do tej samej sali poporodowej). O tym, że wielka jest Boża dobroć świadczy wiele rzeczy: nie miałam żadnych komplikacji, Alinka jest zdrowa, akcja porodowa zaczęła się wczesnym rankiem w sobotę, kiedy mój mąż był w domu, poza tym czas dochodzenia do siebie po cesarce przypadł mi na długi majówkowy weekend, dzięki czemu mąż może się zajmować naszymi dziećmi. Bóg potrafi spełniać także bardziej „błahe” pragnienia serca. Tuż przed porodem miałam doła, bo zawiodłam się na znajomych z klubu mam, które mają w zwyczaju organizowanie „baby shower” (dodatkowe spotkanie na cześć ciężarnych z życzeniami i drobnymi upominkami). Mnie to ominęło, a życzenia rozwiązania dostawałam wyłącznie w formie ustnej. Bardzo też chciałam dostać kwiaty, jak inne matki z forum internetowego do którego kiedyś należałam. Sadziłam jednak, że skoro odeszłam, nie mam co na ten gest liczyć. Mąż jako osoba mało romantyczna raczej nie wpadłby na pomysł zakupu mi ładnego bukietu do szpitala. Poprosiłam więc mojego Tatusia w niebie, żeby on jakoś mnie pocieszył. W poniedziałek przyszła do mnie do szpitala przyjaciółka, która również kiedyś należała do tego forum internetowego, co ja, z bukietem przepięknych kwiatów od tych dziewczyn. Bardzo wzruszył mnie ten fakt, że o mnie pamiętały i mimo rozluźnienia więzów, sprawiły mi ogromną radość. Warto dostrzegać dobroć Boga w drobnych rzeczach. Wtedy człowiekowi żyje się lepiej. Chwała Panu!!!

    Jestem teraz u rodziców, choć już za parę dni wracam do domu z dwójką maluchów. Prawdopodobnie czekają mnie ciężkie dwa tygodnie, ponieważ siostra najprawdopodobniej mi nie pomoże. Arytmia znowu jej dokucza. Niektórym zawsze wiatr wieje w oczy. W każdym razie cieszę się, że spędzę nieco więcej czasu z mężem. Czasami nie mogłam już wytrzymać atmosfery, która tu panuje od czasu do czasu. Krzyki, wzajemne oskarżanie, złośliwości, wyciąganie brudów sprzed lat i kłótnie o pieniądze (na telewizję, kosmetyki, remonty, gazety) i o wszystko. Wiem, że prawdopodobnie moja rodzina to przeczyta, ale mimo to chcę napisać co o tym wszystkim myślę.

     

    1. Bóg jest miłością.

    2. Miłość jest sensem życia.

    3. Warunkiem do osiągnięcia szczęścia jest przyjaźń z Bogiem.

    To truizmy, ale gdy się nad tym głębiej zastanowić zawierają bardzo konkretny program na życie. To trudny i wymagający program, który wybiera niewielu.

    Ogromna rzesza osób mówi: wierzę w Boga. Problem w tym, że szatan nie tyle również w niego wierzy. On z całą pewnością WIE, że On JEST. I co z tego wynika? Staramy się być dobrymi ludźmi. Po co?

    Ostatnio z przerażeniem oglądałam program „Małe mądrale”. Dzieci odpowiadały na pytania odnośnie Boga. Pytanie: za co się idzie do nieba? Odpowiedź: idzie się do nieba, jeśli nasze dobre uczynki przeważają nad złymi. Koniec kropka. Ksiądz pochwala: „Pięknie dzieci. Zasługujecie na 6 z religii”. Może większość ludzi przyklaśnie, ale ja po rozmowie z Rafałem powiem, że to jakaś fatalna pomyłka. Sądziłam, że tylko za moich czasów dzieci były uczone, że trzeba być grzecznym, żeby pójść do nieba. To takie niby niewinne uproszczenie, ale zawarte tzw. Głównych prawdach wiary, zostaje zapamiętane na całe życie iż: Jest jeden Bóg. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe każe. Są 3 osoby boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Dusza ludzka jest niepotrzebna. Łaska boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Może to mądre, wzniosłe, ale nie wiem jak inni nie koniecznie pamiętam co dokładnie autor rozumie przez sformowanie łaska boska. Może to właśnie owe miłosierdzie, bezwarunkowa miłość, opatrzność, która nad nami czuwa?

    Myślę, że w tym zakodowanym raz na zawsze tekście jest fałsz, który wielu dorosłym każe patrzeć na życie: wystarczy być dobrym, by dostać się do Nieba. A cóż to jest to niebo? Nudna, napuszona przestrzeń, gdzie śpiewa się psalmy Najwyższemu?

    Niebo to stan zjednoczenia z Bogiem. Nieskończona szczęśliwość, ale coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Najlepsze jest jednak to, że można nieba doświadczyć już na ziemi. Sądzę jednak, że bardzo niewiele osób doświadczyło nieba, bo gdyby tak było liczba wierzących i praktykujących oraz radosnych chrześcijan byłaby znacznie większa. Ja miałam tą ŁASKĘ, by tego doświadczyć parę razy w życiu. To coś, czego szukałam przez całe życie i wciąż do tego tęsknię. To z tego powodu prawie cały czas myślę o Bogu i sprawach z nim związanych. Dlatego staram się bronić najwyższych wartości. Z MIŁOŚCI do Boga, którego poznaję w Słowie Bożym. Jak można poznać Boga, nie słuchając go? Nie czytając Pisma Świętego? Ludziom się wydaje, że wystarczy intymna rozmowa z Bogiem gdziekolwiek. Bo po co chodzić do kościoła, skoro Bóg jest wszędzie? Ok, jest wszędzie, przemawia do nas przez różne sytuacje, przez ludzi, ale właściwa interpretacja rzeczywistości (z Bożego punktu widzenia) jest czasem tak trudna, że czasami wręcz niemożliwa. Może nam się wydawać, że się modlimy (w sensie rozmawiamy z Bogiem), a tymczasem rozmawiamy sami ze sobą (w najlepszym wypadku). Tymczasem Słowo Boże jest ŻYWE tzn: wciąż aktualne i ma MOC mnie przemieniać. Czuję jak mnie przemienia. Jak się zmieniłam. Choć wciąż jestem grzesznicą. Popełniam mnóstwo błędów, ranię bliźnich. Czasami tracę chęć do życia, to jednak Słowa: „Nie bój się, Jam zwyciężył świat” podtrzymują mnie przy życiu.

    „Bóg tak umiłował świat (w tym mnie!!!), że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne.” AMEN

    Podsumowując: by dostać się do Nieba wcale nie trzeba przestrzegać w życiu moralności katolickiej. To ma być jakby odpowiedzią na miłość Boga. Ale żeby Go NAPRAWDĘ pokochać, trzeba najpierw dobrze poznać przez lekturę Pisma Świętego. Okrężną drogą się nie da. Wiem, że jest trudne, niezrozumiałe i czasami pełne sprzeczności. Mnóstwo osób chodzących za Jezusem Go słuchało, ale ni w ząb nie rozumiało. Dopiero uczniowie, którzy pytali Jezusa na osobności co tak w zasadzie miał na myśli, dowiadywali się, o co Mu chodziło. A potem i tak zapominali. I tak było, dopóki nie otrzymali Ducha Świętego, który im wszystko wyjaśnił, przypomniał i ułożył w głowach. MY też możemy otrzymać Ducha Świętego. Co jest na prawdę cudownym spotkaniem. :) Chwała Panu!

    Jeśli osoby deklarujące się jako wierzący i praktykujący katolicy, wypowiadają się, że in vitro jest JEDYNĄ szansą dla osób, które nie mogą mieć dzieci, to aż się we mnie coś gotuje. Nie jest żadną metodą JEDYNĄ, a na pewno nie najlepszą. Najpierw trzeba o siebie dbać, tzn. nie niszczyć swojego organizmu antykoncepcją (pigułkami, spiralami itp.), bo one znacząco obniżają płodność kobiety. Oprócz tego mogą bardzo destrukcyjnie wpływać na inne aspekty życia, jak chociażby libido, czy zakrzepicę żylną. Po drugie, jeśli ktoś jest niepłodny, wypadałoby, dowiedzieć się, dlaczego tak jest, przez szczegółową obserwację, a następnie odpowiednie leczenie. Wszystko to nazywa się naprotechnologią. http://pl.wikipedia.org/wiki/Naprotechnologia
    Po trzecie, żeby mieć dziecko, wcale nie trzeba sobie go sztucznie zrobić. Można adoptować. Jest przecież tyle dzieci, które czekają na swoich rodziców. Po czwarte in vitro jest niczym innym jak bawieniem się w Boga. „To dziecko będzie żyło, a te do śmietnika(!)”. No i jak ma się „wiara” tych ludzi, którzy są za in vitro, do zaufania wobec Boga, że ON wie najlepiej, jak się życie powinno ułożyć? „Panie Boże, nie dajesz nam dzieci, to spadaj, sami sobie zrobimy, na zamówienie.” To jest taka postawa. Ja w 100% popieram zdanie Hosera. Może to niektórym otworzy oczy.
    Jest tyle innych metod, które podobają się Bogu w dążeniu do potomstwa,
    że na serio nie trzeba się posiłkować tą która jest bardzo wątpliwa
    moralnie. Ginie bowiem bardzo duża liczba dzieci, które się lekarzowi z tej,
    lub z innej przyczyny nie spodobają. Czasem niepłodność może być
    krzyżem, który trzeba umieć unieść. Czasami o dziecko trzeba się długo
    modlić. Tylko pokolenie Frugo, chce mieć teraz. Dlaczego? bo Teraz
    chcę! Nowe życie jest darem, a nie czymś, co nam się należy!
    Jeżeli ktoś po tych argumentach twierdzi, że jest katolikiem, ale In vitro jest jedyne, najlepsze, to być może jest w jakimś kościele. Ale na pewno nie w Kościele katolickim i coś z jego wiarą jest mocno nie tak.

    A tak w ogóle, to CHWAŁA PANU za biskupa Hosera!

    powołanie

    4 komentarzy

    Wiem, że wiszę wam notkę z Barcelony i parę następnych, ale dziś o czymś
    innym. O czym w ciągu ostatnich paru dni myślę prawie cały czas. WALNE
    SD. Wszystko jasne? Niestety nie dla mnie. :(
    Po obozie zerowym miałam tak serdecznie dość wszystkiego, co dotyczy SD,
    że powiedziałam sobie: basta! Dosyć tego dobrego! Radźcie sobie beze
    mnie! Powodzenia. Ja mogę wam najwyżej projektować plakaty, ulotki i
    tego typu usługi całkowicie za darmo. To według mnie i tak całkiem
    sporo. Bo jak drukarnie marudzą, to się wkurzam i poświęcam na
    poprawianie moich projektów dość dużo czasu. Chciałabym jeszcze śpiewać
    w zespole, od czasu do czasu prowadzić szkolenia dla członków. I
    styknie. Mam męża, rodzinę do odwiedzania, mieszkanie do ogarniania i
    pracę magisterską do napisania. Mało? Kurde- nie! Mąż mi (słusznie)
    marudzi, kiedy nie poświęcam mu czasu wieczorami, chodząc na różne
    zebrania, odpisując na maile itp, itd. Ja już też mam tego wszystkiego
    dosyć. Niepostrzeżenie w ciągu lat mojego studiowania SD stało się
    sensem mojego życia, sprawą, której poświęcam najwięcej energii i czasu.
    Dla idei. Dla ewangelizacji. Dla Boga… Ale SD było najważniejsze. Bóg
    musiał poczekać. Jak cała reszta.
    Pan na szczęście ciągle mnie wspierał. Tuż przed obozem dał mi FSM. Nie
    wiem, jakbym dała sobie radę bez tego. Teraz przed walnym Dał mi Kurs
    Filip. Czuję i wiem, że Bóg powołuje mnie do ważnych rzeczy. Najwięcej
    darów otrzymuję od Niego w dni, w których patronkami są moje
    imienniczki. Kiedy to sobie uświadomiłam na modlitwie podczas kursu,
    zaczęłam płakać jak bóbr. ;p Przecież ja nie miałam o tym pojęcia. To
    nie były zbiegi okoliczności. Z pewnością, nie.
    W sobotę na modlitwie wstawienniczej dostałam takie słowa:
    „Odwagi, jestem z tobą by Cię wspierać”
    oraz
    Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?”

    Tylko Panie, w czym chcesz mnie wspierać? W byciu dobrą żoną? Panią
    domu? Studentką? Córką? czy znowu w byciu członkiem ZG??? Dajesz tylko
    takie niejasne wskazówki… I nikt do tej pory nie chce kandydować.
    czyli jest deep shit. Mam zaufać, że ktoś inny w ostatniej chwili się
    zgłosi? Czy mam się przygotować na kolejny rok jeszcze gorszej harówki?
    Nie wiem, jak moje nerwy to zniosą…

    Dziś właśnie w tym momencie powinnam siedzieć w sali i być na
    seminarium. Ale zapomniałam, że ja od 9 mam seminarium, bo wczoraj
    czytałam maile, że 3 grupa przychodzi na 11 bo nie wiadomo co z naszym
    fakultetem. I mi się ubzdurało, że mam taki sam plan jak grupa 3, choć
    jestem w 4. Zapomniałam o tej kwestii już drugi raz z rzędu. Zdolna
    jestem co? :P
    W każdym razie rano się obudziłam, żeby przeczytać z pocztę, jak się
    sytuacja ma i radośnie stwierdziłam: O jak fajnie, to skoro już wstałam,
    pójdę sobie do kościoła na mszę.
    Poszłam, a tam czytanie, ewangelia i kazanie na temat powołania. == jak
    ktoś chce tak uważać, niech myśli, że to zbieg okoliczności. Ja w takie
    nonsensy już nie wierzę. ;] W każdym razie biję się teraz z myślami do
    czego mnie Bóg tak usilnie powołuję.
    I nie mam pojęcia.
    Proszę o modlitwę.

    Powiem szczerze, gdy wchodziłam na różne witryny poświęcone wierze, myślałam sobie, że ludzie którzy je tworzą są jakyś nieźle nawiedzeni. Jak można ciągle pisać o Bożej Miłości i o tym jak bardzo kochają Jezusa, który jest dla nich całym życiem. Uważałam się za osobę wierzącą, ale przesłodzone strony opowiadające o Bożym Miłosierdziu, były dla mnie nie do przejścia. To, że Jezus mnie kocha, wiedziałam od dzieciństwa, ale od paru lat jakoś mnie to nie za bardzo ruszało. Nie modliłam się za często, bo specjalnie nie wierzyłam, że to coś zmienia. Myślałam sobie: wymodliłam sobie dobrego męża. Wystarczy. Nie można być pazernym. ;)

    Pojechałam na FSM, trochę z ciekawości, trochę z chęci tzw.”naładowania akumulatorów”.
    FSM to skrót od Franciszkańskiego Spotkania Młodych, które po raz 23 odbyło się w Kalwarii Pacławskiej w pobliżu Przemyśla. Sami Franciszkanie śmieją się, że to koniec świata. W każdym razie koniec Polski, bo jest to bardzo blisko granicy z Ukrainą. Piękne widoki roztaczające się z góry, na której położony jest klasztor, zapierają dech w piersi. Szybko jednak po naszym przyjeździe, kalwaria pogrążyła się w kłębach mgły, chmurach, z których deszcz padał prawie nieprzerwanie od niedzieli do czwartku. Aura taka nie nastrajała nas: mnie, Eli i Ani zbyt optymistycznie. W niedzielę wieczorem złapałam porządnego doła. Chciałam wracać. Każde wyjście z namiotu łączyło się ze zmoczeniem kolejnej pary skarpetek. Dopiero we wtorek zaczęłam stosować worki foliowe na skarpetki, co nieco zwiększyło moje poczucie komfortu, do momentu, gdy te niepostrzeżenie nie zsunęły się z moich stóp. Na szczęście Ela i Ania zgodziły się przenieść do sali konferencyjnej w domu pielgrzyma. Warunki tam były o niebo lepsze. Przede wszystkim nie trzeba było pokonywać pola namiotowego, które do wtorku zdążyło się zmienić w regularne bagno. Nareszcie w nocy było mi ciepło, sucho i miękko (mieliśmy do dyspozycji materace). Tego dnia franciszkanie ogłosili ewakuację pola namiotowego. Otworzyli swoje stodoły, strychy, dosłownie wszystko co mieli, żeby swoiści pielgrzymi mieli suchy kąt do snu. Niektóre namioty po bardzo obfitych opadach zaczęły przemakać. Inne poprzewracały się od bardzo silnego wiatru. My w sumie w domu pielgrzyma mieliśmy najbardziej komfortowe warunki, ponieważ na strychu było w ciągu dnia strasznie duszno i panował tam ogromny ścisk. U nas też było dosyć dużo ludzi, ale darmowy prysznic i 3 umywalki z ciepłą wodą doceniliśmy w pełni. :)
    Z powodu ciągłego deszczu, największą atrakcją były przewidziane w programie FSMu konferencje, nabożeństwa, no i oczywiście msze święte. Codzienne koncerty na świeżym powietrzu (w błocie) już nie wzbudzały naszego entuzjazmu. W sumie byłyśmy i bawiłyśmy się tylko na koncercie: Stróży Poranka. Po koncertach, o godzinie 22:00 zaczynały się konferencje Leszka Dokowicza. We wtorek pan Leszek mówił o swoim nawróceniu oraz o grzechach przeciwko I przykazaniu. Słyszałam to już po raz trzeci, ale tym razem było to połączone z obrazem, co niewątpliwie wzmogło przekaz. W środę Dokowicz miał konferencję o grzechach przeciwko 6 przykazaniu; o nieczystości, antykoncepcji i największym złu naszych czasów aborcji. Zaskoczyło mnie stwierdzenie, że nienarodzone dzieci idą od razu do nieba. Mogłoby się wydawać, że szatan strzela sobie „samobója” promując takie „załatwianie sprawy”. Ale aborcja niszczy nie tyle zabite płody, co ich rodziców, którzy dopuszczają się tego grzechu. Często kobiety nie potrafią sobie przebaczyć. Kolejną rzeczą, która mnie zdziwiła, to moc modlitwy, która okazała się nieporównywalnie bardziej skuteczna w porównaniu z manifestacjami, pochodami i innymi próbami uświadamiania ludzi, jak dużym złem jest zabijanie nienarodzonych.
    W czwartek miał być przekaz multimedialny na temat Ducha Świętego i wspólnoty. Po całym pełnym wrażeń dniu, byłam przeraźliwie śpiąca. Nie kontaktowałam zbyt dobrze. Zasypiałam podczas, gdy pan Leszek robił wprowadzenie do tematu. Planowałam wyjść, zanim zacznie się film. Zostałam w zasadzie tylko dlatego, że siedziałam w środku kościoła w ławce i próba wydostania się z tego miejsca, wiązałaby się z wieloma żywymi przeszkodami.
    obejrzyjcie proszę: http://www.youtube.com/watch?v=QSVx7WvxvAs&feature=related
    W trakcie filmu, sen mi przeszedł mi jak ręką odjął. Wzruszył mnie strasznie, zszokował, tym bardziej, że Ela powiedziała, że dwie godziny wcześniej podczas adoracji, w której ja nie uczestniczyłam, ludzie padali jak muchy. Pomyślałam, kurczę, może faktycznie Duch Święty jest tak potężny. Po seansie rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu z modlitwą o uzdrowienie. Z czasem ludzie zaczęli mieć spoczynek w Duchu Świętym. Gdy zobaczyłam to na własne oczy, uwierzyłam, że to nie jest żadna podpucha, ani udawanie. To się działo na prawdę. Mocą Jezusa i Ducha Świętego. Uświadomiłam sobie jak mała była moja wiara. Że próbowałam często wszystko robić tylko swoimi siłami. I właśnie dlatego tak często różne rzeczy mi nie wychodziły, co mnie frustrowało i wpędzało w depresję. Podczas modlitwy wzywałam Ducha Świętego, żeby mnie uzdrawiał, przemieniał moje serce, obdarowywał mnie swoimi darami. Po jakimś czasie (już oczywiście całkiem zapłakana) poczułam chłód. Zaczęły wstrząsać moim ciałem dreszcze, które wzmagały się. Po jakimś czasie, moje nogi trzęsły się jak galareta. Podobnie ręce. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nie miałam żadnego wpływu nad tym co się działo. Myślałam, że może jakiś zły duch się ze mnie wyrywa. Podszedł do mnie ojciec franciszkanin. Położył mi ręce na głowie. Dreszcze minęły. Pomyślałam, że kapłan mnie uzdrowił, ale po 5 minutach, gdy znowu się modliłam, wszystko wróciło. Trzęsłam się nawet jeszcze mocniej. Spojrzałam dookoła. Niektórzy leżeli na ziemi, a Ania siedząca koło mnie, trzęsła się jeszcze bardziej niż ja. Złapałyśmy się za ręce i trzęsłyśmy się razem zapłakane. Stwierdziłam, że nic złego chyba jednak się z nami nie dzieje i po prostu mamy dar dreszczy. WOW. Myślałam, że tylko wybrańcy dostępują takich namacalnych darów Ducha. A mnie to na pewno nic się nie przydarzy. Niespodzianka! Wiele osób otrzymało w tamtą noc jakiś dar. Niektórzy nawet mówili językami.

    Całe to doświadczenie – FSM utwierdził mnie w przeświadczeniu, że na świecie niesamowicie realne są dwie siły: dobra i zła. Jednak dobro już zwyciężyło. Jezus zwyciężył za nas na krzyżu i ma MOC czynić w naszym życiu takie cuda, jakich, nawet ja (osoba wierząca) sobie nie wyobrażałam. Jego siła jest jak najbardziej realna i namacalna. Uzdrowienia, zaśnięcia i inne dary dzieją się, ale tylko wtedy, gdy człowiek otworzy serce i pozwoli Bogu działać. To wbrew pozorom, nie jest wcale takie łatwe.
    Wiara jest łaską. To coś, co dał nam Bóg, jak talenty w przypowieści. Trzeba jednak coś z tym darem zrobić, bo inaczej zaprzepaścimy swój dar i po śmierci wcale nie trafimy tam, gdzie byśmy chcieli.
    Ci, którzy z różnych powodów mają małą wiarę (albo mówią, że nie mają jej wcale), twierdzą, że nawróciliby się, gdyby ktoś (najlepiej sam Bóg) przedstawił im niezbity dowód na istnienie Stworzyciela, który jest Miłością. Problem jednak w tym, że ich oczy są jakby na uwięzi. Choć patrzą, nie widzą, lub zobaczyć nie chcą. Nie szukają, bo ten kto szuka, znajduje.
    „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.” (Mt 25:29)
    Jeśli ktoś jeździ na rekolekcje, modli się, szuka Boga, jego wiara się rozwija. Po pewnym czasie staje się szczęśliwym człowiekiem, pełnym radości i pokoju. Każda osoba ochrzczona, jest przecież powołana do świętości. Szkoda, że tak mało osób w to wierzy. Świat byłby wtedy nieco przyjemniejszym miejscem do życia.
    Ok. To teraz wiem, że Bóg i jego moc jest jak najbardziej realna. Oraz, to że zmarł i zmartwychwstał dla mojego zbawienia, to nie jest jakaś ściema, ani bajka. A co z druga stroną medalu? O tym też co nieco dowiedziałam się na FSMie. Po pierwsze, podczas wcześniej przeze mnie wspominanej adoracji, podczas wnoszących się głosów modlących, w kościele rozbrzmiały przeraźliwe, nieludzkie krzyki. Dokładnie takie, jak na filmie. Okazało się, że jedna z osób w kościele była zniewolona przez złego ducha i konieczna była modlitwa kapłanów o uzdrowienie chyba nawet z elementami egzorcyzmu. Szatan jest więc również realną siłą. Okłamuje on ludzi, że albo go wcale nie ma, albo, że siły dobra i zła się równoważą. Zły wmówił satanistom, że wygrana będzie po stronie tego, po której stronie opowie się więcej dusz.
    Bóg natomiast mówi:
    „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście,
    śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i
    chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i
    mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który
    idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz
    i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im – oświadczam wam
    dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą
    idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na
    świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć,
    błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy
    i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu,
    lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na
    ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i
    Jakubowi
    ”.

    Wybór należy do każdego z nas. Tego wyboru musimy dokonywać każdego dnia, często wielokrotnie. To bardzo trudne, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo i przyjemnie.
    Za rok też chcę przyjechać na FSM. :) Chwała Panu!!!
    Na koniec prośba, każdy, kto przeczyta moją notkę, niech zostawi po sobie komentarz. Bynajmniej nie dlatego, że chcę mieć więcej komentarzy pod notkami, ale ciekawi mnie kto dotrwał do końca i zechciał przeczytać to moje świadectwo. Może być nawet jedno słowo, np. przeczytałem. Z góry dzięki. :)


    • RSS