mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: codzienność

    Dziś większość dnia było nie za ciekawie, nie licząc możliwości złapania zapalenia pęcherza podczas radosnej pluskaniny w baseniku r=0,5m oraz kwestii polewania szlauchem przez Pawła na wszystko i wszystkich dookoła. A nie przepraszam: zaliczyłam jeszcze dwie przejażdżki rowerowe w skwarze +29 najpierw ze starszą latoroślą, potem z młodszą. W sumie było więc nie najgorzej, ale ciągle siedziało we mnie to, o czym pisałam w poprzedniej notce.

    Tak się jakoś mi sympatycznie złożyło, że dzieci zasnęły o 17:20, co skłoniło mnie do rozkminki: iść czy nie iść na mszę do Kościoła. Bóg mi świadkiem, że okropnie mi się nie chciało. Miałam bowiem focha na Niego, że tak mało jest ostatnio szczodry w swojej dobroci wobec mnie. Oczywiście w mojej subiektywnej ocenie. No ale wiedząc, że od dłuższego czasu raczej jestem w strapieniu, to uznałam: „Któż jak nie Bóg może mi dać miłość, radość i generalnie to, czego mi tak bardzo brak?” Poszłam. W trakcie złożyłam na ołtarzu wszystko, co w ostatnim czasie tak mnie gniotło i uwierało: mój żal, egoizm itd. W trakcie Mszy przypomniałam sobie mój Kurs Emaus.

    O genialności Kursów Szkoły Nowej Ewangelizacji mogłabym długo, ale może jednak innym razem. W każdym razie mam nadzieję, że nie będzie złamaniem tajemnicy kursu, to co tu napiszę. Dopiero po około 3 latach od przerobienia tych treści zaczynam je rozumieć i wcielać w życie. Tak wiem, mam niezły zapłon. ;D

    W tym miejscu zamiast wklejania przydługiego cytatu z Pisma Świętego wklejam link dla chętnych do przypomnienia sobie do czego będę się odnosiła w dalszej części notki:

    http://mateusz.pl/ksiazki/ja-cd/ja-cd-414.htm

    Ja nie miałam nigdy szczególnej ochoty na ruszanie się z Jerozolimy. Uparcie chciałam tkwić w wiecznej radości. Mówili mi, Marta tłumisz emocje, wszystko tłumisz. Ja potakująco kiwałam głową (niewiele z tego niestety rozumiejąc) i sobie siedziałam w tej Jerozolimie (najpewniej gdzieś w okolicach ściany płaczu). Gdy natomiast ktoś szedł do Emaus, to w myślach oceniałam „mięczak, ja taka miętka nie będę. Trzeba być twardym, a nie miętkim” (błędy celowe), „Nie, ja z niczym w zasadzie nie mam problemu. Wierzę, a jakże! Moja wiara jest TAAAKA, że ciągle się raduję” (Błahahahaha! :D) A potem zwykle taki dół, jak rów Mariański. Prawdę rzecze Ojciec Szustak, że głównym zajęciem Ducha Świętego w nas to odkłamanie nas i uświadomienia nam, czego na prawdę pragniemy.

    Zapomniałam tego, co w Kursie Emaus było dla mnie wielkim odkryciem! Ech ta pamięć dziurawa jak ser Radamer z Biedronki…
    Poza tym nie wiedziałam, jak ta podróż do Emaus ma (w konkrecie) wyglądać. Nie za bardzo chciało mi się szukać jeszcze swojego Kleofasa. (Z tymi Kleofasami zawsze miałam problemy). Bo jeszcze by się okazało, że nikt nie ma ochoty słuchać moich jęków i stęków, no i płaczu. Lub nie daj Boże jakieś rady by mi po drodze sprzedawał. Ja rady bardzo, baaaaardzo lubię, ale wtedy, gdy o nie proszę. W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że już sobie wreszcie wbiję do tego mojego słodkiego łebka, że aby zaznać radości ze spotkania z Jezusem, niestety trzeba (no kurczę blaszka!) iść do tego głupiego Emaus z tym swoim Kleofasem. Wylać mu swoje żale, a Jezusowi wytłumaczyć życzliwie „Ja nie TEGO się po TOBIE spodziewałam!!! Co to w zasadzie za podchody i zabawa w kotkę i myszkę ma być???!!! Za stara jestem na takie numery i generalnie ich nie lubię, więc proszę się na przyszłość trochę ogarnąć!” Potem przychodzi pokora: „Już mi trochę ulżyło, więc: no dobra, w zasadzie jesteś Bogiem, pewnie wiesz lepiej, co dla mnie dobre. Niech się dzieje Twoja wola. Ja już się na wszystko zgadzam. W ciemno. Serio.” No to w ciemno potem człowiek ma siłę na bieg z powrotem do Jerozolimy by mówić innym „God is good, all the time”.
    Ja to dziś przeżyłam na tej Mszy Świętej. To było fantastyczne. I nawet ksiądz w pewnym momencie wspomniał, że uczniowie z Emaus poznali Jezusa po łamaniu chleba, więc już w ogóle się rozpływałam, że chyba te moje rozkminki całkiem na miejscu były.

    Mam teorię: jeszcze nie sprawdzoną, że może jeśli uda mi się dobrze przeżywać drogę DO Emaus, przestanę ryczeć, jak żywa fontanna. To byłoby cudowne! B-))
    Dziękuję moim Kleofasom. Szczególnie Agnieszce. Dziękuję Słońce, że jesteś. :* Już do nikogo nie mam żalu, że komentarzy nie ma pod notkami. Możecie mi prywatnie pisać, mówić. To było dziecinne, ale wiecie z kim ja się na co dzień zadaje. To mnie usprawiedliwia. :P
    Wszystkim dedykuję piosenkę:

    Planowałam dziś położyć się spać przed 22. Jednak z synem siedziałam do 22:15, choć w dzień nie spał. I teraz kibluję u córci od 22:30 do 24. Boże zmiłuj się nade mną! Ja na prawdę beznadziejnie funkcjonuję po 6 godzinach snu już od prawie 5 lat!!! Aaaaa


    • RSS