Powinnam pisać pracę magisterską, ale pewna kwestia tak bardzo mnie dotyka i cały czas o niej myślę, że chyba będzie najlepiej, jeśli to przeleję na bloga, a nie na pracę :P
Otóż od czasu do czasu zadaję sobie pytanie: czemu tak utalentowana plastycznie osoba jak ja (tak bardzo skromna przy okazji), wybrała przyrodniczy kierunek studiów? A nwet techniczny? O tych powodach już chyba kiedyś pisałam, ale przypomnę. Miałam bowiem dość artystycznego światka, tego ciągłego poszukiwania „nowego sposobu wyrażania swojego artystycznego JA” i tym podobnego bełkotu. Dla mnie sztuka powinna być przede wszystkim piękna, a jeśli ktoś mi próbuje wmawiać, że sztuką jest to co szokuje, jest oryginale, a przy okazji obrzydliwe, ja dziękuję, nie chcę być kojarzona z tego typu elementem. To właśnie dlatego nie poszłam na ASP. Drugi argument: bo nie miałam i nie chciało mi się przygotowywać teczki, trzeci: że pewnie i tak się bym nie dostała, bo mam zbyt „skostaniałe” wyobrażenie piękna i sztuki. Tak więc wszyscy łącznie ze mną są zapewne zadowoleni, że nie zostałam artystką, i na plastyku poprzestałam swój artystyczny rozwój. :D
Chciałam też swojego czasu iść na historię sztuki, ale brat mnie skutecznie zniechęcił stwierdzeniem, że po tym kierunku, moge być co najwyżej bibliotekarką. Wydawało mi się to mało kuszące, choć moją ambicją (wtedy) tak na prawdę była praca jako kustosz w Muzeum Narodowym. Pewnie tam też bym się zaziewała na śmierć.
A dlaczego architektura krajobrazu? W sumie to dlatego, że Łucja T. powiedziała, że jej znajoma w tym zawodzie zarabia sporo kasy. Czyli względy materialne mnie skusiły :P Ale spoko, moja postawa wobec tego kierunku ewoluowała. Teraz już nie chcę projektować pięknych ogrodów, parków czy innych terenów zieleni. W trakcie studiów przekonałam się, że nie to mnie do końca kręci. Nie czuję się w tym jak ryba w wodzie. Z jakimś takim uporem maniaka wciąż myślę o… pewnie nie zgadniecie… o drzewach.
O tych pięknychalejach, ale i o tych mniej pięknych ale głównie o tych już nieistniejących. Przy tych ostatnich zalewa mnie po prostu krew. Nie wiem, co bardziej może mnie wkurzyć, jak właśnie taki widok. I ta właśnie reakcja jakoś podświadomie sprawiła, że studiuję teraz to co studiuję, że jestem na tej specjalizacji na jakiej jestem i piszę prace na ten, a nie na inny temat.
Przyznaję się, jestem dendrofilem od najmłodszych lat. Jako dzieciak uwielbiałam leżeć na trawie w ciepły letni dzień i gapić się na bujające się na wietrze korony drzew. Kocham drzewa, są piękne: silne, kolorowe, dają cień, mieszkają w nich spewające ptaki, można się po nich wspinać. Jeszcze lepsze od pojedynczego drzewa jest oczywiście mnóstwo drzew, tzn las. Stąd pewnie zbieranie grzybów należy do jednych z moich ulubionych aktywności. I żaden Szu mi nie wmówi, że las nie nadaje się do rekreacji, i że w nim powinny żyć tylko dzikie zwierzęta. Nie dla prywatyzacji lasów państwowych!!!
Ale wracając jeszcze do mojej pracy, wybór tematu i moich aspiracji trochę mnie, szczerze mówiąc, mogłoby w przeszłości szokować. Zarządzanie przecież jest bleeee (czyt. nudne). Coraz bardziej bowiem skłaniam się ku temu, by w przyszłości pracować za biurkiem jako nie przymierzając urzędnik państwowy w wydziale ochrony środowiska. Jak to napisałam całkiem niedawno na czacie mojej koleżance z liceum plastycznego, wyobraziłam sobie jej minę. Napisała tylko, że ciekawie, ale pewnie pomyślała co innego. :> Sama parę lat temu pewnie bym się wyśmiała swoje marzenie, stwierdzając, że to jakieś totalnie beznadziejne: tylko papiery i biurokracja. Poniekąd może i to nudne, ale jakoś będę przynajmniej miała narzędzia by chronić to, co piękne, a ja chcę chronić zieleń! Czuję, że taka jest moja zawodowa misja. A piszę moją pracę, by poznać dogłębnie problemy związane z drzewostanami przyulicznymi. Tzn. to wszystko jednak ma jekiś sens i ciąg przyczynowo-skutkowy. W każdym razie tak mi się wydaje :D
No więc w tej właśnie powstającej cudownej pracy na temat zadrzewień przulicznych piszę właśnie rozdział pt: drzewa a bezpieczeństwo na drogach. Jak zajrzałam do internetu, zalały mnie wprost artykuły, dyskusje, fora, którym podstawowym pytaniem jest, czy wycinać drzewa w imię bezpieczeństwa kierujących, czy nie? Ale się naczytałam! Ile się we mnie krwi zagotowało! Temat rzeka, już sama nie wiem co o tym pisać, bo muszę zrobić jakąś selekcję. Możnaby oddzielną pracę wyłącznie na ten temat przygotować. W każdym razie, ja jestem całym sercem za tzw. „obrońcami drzew”, którzy uważają, że bezpieczna jazda po odpowiednio oznakowanych drogach, nie może spodowodować, że drzewo niespodziewanie kogoś zabije. Poziom adrenaliny szczególnie mi się podniósł, gdy przeczytałam: Wskutek rozwoju
motoryzacji i wzrostu prędkości podróżowania [drzewa] stały się śmiertelnymi
pułapkami czyhającymi na błąd kierowcy. Ich umiejscowienie w pobliżu
jezdni sprawia, że nabrały cech podobnych do min; nie czynią nikomu
krzywdy, dopóki ktoś na nie najedzie, a gdy już do tego dojdzie,
wyzwolona energia dokona makabrycznego dzieła zniszczenia.

Już w zasadzie sama nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.
Jeszcze gorzej było, gdy przeczytałam iż Zastępca dyrektora do spraw Zarządzania Siecią z Zarządu Dróg Wojewódzkich w Olsztynie wypowiedział następujące słowa: „Chcemy wyciąć wszystkie drzewa z poboczy dróg Warmii i Mazur, tylko nie mamy na to pieniędzy”(!!!) Doprawdy nie wiem, jak można być takim ignorantem (!)(mam ochotę użyć znacznie bardziej dosadnych słów, ale się powstrzymuję). Dla niewtajemniczonych dodam, że najpiękniejsze i najstarsze przydrożne aleje są właśnie na północnym wschodzie naszego kraju, na obszarze, który pretenduje do miana nowego cudu natury. I tak od 2004 trwa sukcesywna wycinka drzew, które „kiedyś, gdy nie było aż tak rozwiniętej motoryzacji spełniały swoją funkcję, ale teraz trzeba je koniecznie usunąć w imię ochrony życia, zgodnie z koncepcją „dróg wybaczających” błędy kierowców” (a więc pijaństwo, nadmierna prędkość itp). Jak słyszę takie argumenty, autentczynie robi mi się słabo. Szczególnie jeśli „obrońcy drzew” są przez takich zwolenników wycinania wszystkiego w pień (na wszelki wypadek), są nazywani „oszołomami” lub egistami z całkowitym brakiem argumentów. Walory krajobrazowe, kulturowe i przyrodnicze to dla nich pojęcia całkiem abstrakcyjne i nic nie znaczące. Oni uznają aleję za coś cennego i wartego ochrony, gdy wartość „tego czegoś” będzie policzona w walucie, albo już od biedy uznane za zabytek przyrody. Mogłoby się wtedy okazać, że znacznie bardziej się opłaca wytyczyć nową, szerszą drogę, a starą ocienioną zabytkowym starodrzewem pozostawić rowerzystom i pieszym.
Zastanawiam się, czy Ci, którzy chcieliby wyrżnąć wszystkie przyuliczne drzewa w imię ochrony życia niewinnych ludzi, tak samo głośno szczekają w sprawie delegalizacji aborcji w naszym kraju.