Powiem szczerze, gdy wchodziłam na różne witryny poświęcone wierze, myślałam sobie, że ludzie którzy je tworzą są jakyś nieźle nawiedzeni. Jak można ciągle pisać o Bożej Miłości i o tym jak bardzo kochają Jezusa, który jest dla nich całym życiem. Uważałam się za osobę wierzącą, ale przesłodzone strony opowiadające o Bożym Miłosierdziu, były dla mnie nie do przejścia. To, że Jezus mnie kocha, wiedziałam od dzieciństwa, ale od paru lat jakoś mnie to nie za bardzo ruszało. Nie modliłam się za często, bo specjalnie nie wierzyłam, że to coś zmienia. Myślałam sobie: wymodliłam sobie dobrego męża. Wystarczy. Nie można być pazernym. ;)

Pojechałam na FSM, trochę z ciekawości, trochę z chęci tzw.”naładowania akumulatorów”.
FSM to skrót od Franciszkańskiego Spotkania Młodych, które po raz 23 odbyło się w Kalwarii Pacławskiej w pobliżu Przemyśla. Sami Franciszkanie śmieją się, że to koniec świata. W każdym razie koniec Polski, bo jest to bardzo blisko granicy z Ukrainą. Piękne widoki roztaczające się z góry, na której położony jest klasztor, zapierają dech w piersi. Szybko jednak po naszym przyjeździe, kalwaria pogrążyła się w kłębach mgły, chmurach, z których deszcz padał prawie nieprzerwanie od niedzieli do czwartku. Aura taka nie nastrajała nas: mnie, Eli i Ani zbyt optymistycznie. W niedzielę wieczorem złapałam porządnego doła. Chciałam wracać. Każde wyjście z namiotu łączyło się ze zmoczeniem kolejnej pary skarpetek. Dopiero we wtorek zaczęłam stosować worki foliowe na skarpetki, co nieco zwiększyło moje poczucie komfortu, do momentu, gdy te niepostrzeżenie nie zsunęły się z moich stóp. Na szczęście Ela i Ania zgodziły się przenieść do sali konferencyjnej w domu pielgrzyma. Warunki tam były o niebo lepsze. Przede wszystkim nie trzeba było pokonywać pola namiotowego, które do wtorku zdążyło się zmienić w regularne bagno. Nareszcie w nocy było mi ciepło, sucho i miękko (mieliśmy do dyspozycji materace). Tego dnia franciszkanie ogłosili ewakuację pola namiotowego. Otworzyli swoje stodoły, strychy, dosłownie wszystko co mieli, żeby swoiści pielgrzymi mieli suchy kąt do snu. Niektóre namioty po bardzo obfitych opadach zaczęły przemakać. Inne poprzewracały się od bardzo silnego wiatru. My w sumie w domu pielgrzyma mieliśmy najbardziej komfortowe warunki, ponieważ na strychu było w ciągu dnia strasznie duszno i panował tam ogromny ścisk. U nas też było dosyć dużo ludzi, ale darmowy prysznic i 3 umywalki z ciepłą wodą doceniliśmy w pełni. :)
Z powodu ciągłego deszczu, największą atrakcją były przewidziane w programie FSMu konferencje, nabożeństwa, no i oczywiście msze święte. Codzienne koncerty na świeżym powietrzu (w błocie) już nie wzbudzały naszego entuzjazmu. W sumie byłyśmy i bawiłyśmy się tylko na koncercie: Stróży Poranka. Po koncertach, o godzinie 22:00 zaczynały się konferencje Leszka Dokowicza. We wtorek pan Leszek mówił o swoim nawróceniu oraz o grzechach przeciwko I przykazaniu. Słyszałam to już po raz trzeci, ale tym razem było to połączone z obrazem, co niewątpliwie wzmogło przekaz. W środę Dokowicz miał konferencję o grzechach przeciwko 6 przykazaniu; o nieczystości, antykoncepcji i największym złu naszych czasów aborcji. Zaskoczyło mnie stwierdzenie, że nienarodzone dzieci idą od razu do nieba. Mogłoby się wydawać, że szatan strzela sobie „samobója” promując takie „załatwianie sprawy”. Ale aborcja niszczy nie tyle zabite płody, co ich rodziców, którzy dopuszczają się tego grzechu. Często kobiety nie potrafią sobie przebaczyć. Kolejną rzeczą, która mnie zdziwiła, to moc modlitwy, która okazała się nieporównywalnie bardziej skuteczna w porównaniu z manifestacjami, pochodami i innymi próbami uświadamiania ludzi, jak dużym złem jest zabijanie nienarodzonych.
W czwartek miał być przekaz multimedialny na temat Ducha Świętego i wspólnoty. Po całym pełnym wrażeń dniu, byłam przeraźliwie śpiąca. Nie kontaktowałam zbyt dobrze. Zasypiałam podczas, gdy pan Leszek robił wprowadzenie do tematu. Planowałam wyjść, zanim zacznie się film. Zostałam w zasadzie tylko dlatego, że siedziałam w środku kościoła w ławce i próba wydostania się z tego miejsca, wiązałaby się z wieloma żywymi przeszkodami.
obejrzyjcie proszę: http://www.youtube.com/watch?v=QSVx7WvxvAs&feature=related
W trakcie filmu, sen mi przeszedł mi jak ręką odjął. Wzruszył mnie strasznie, zszokował, tym bardziej, że Ela powiedziała, że dwie godziny wcześniej podczas adoracji, w której ja nie uczestniczyłam, ludzie padali jak muchy. Pomyślałam, kurczę, może faktycznie Duch Święty jest tak potężny. Po seansie rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu z modlitwą o uzdrowienie. Z czasem ludzie zaczęli mieć spoczynek w Duchu Świętym. Gdy zobaczyłam to na własne oczy, uwierzyłam, że to nie jest żadna podpucha, ani udawanie. To się działo na prawdę. Mocą Jezusa i Ducha Świętego. Uświadomiłam sobie jak mała była moja wiara. Że próbowałam często wszystko robić tylko swoimi siłami. I właśnie dlatego tak często różne rzeczy mi nie wychodziły, co mnie frustrowało i wpędzało w depresję. Podczas modlitwy wzywałam Ducha Świętego, żeby mnie uzdrawiał, przemieniał moje serce, obdarowywał mnie swoimi darami. Po jakimś czasie (już oczywiście całkiem zapłakana) poczułam chłód. Zaczęły wstrząsać moim ciałem dreszcze, które wzmagały się. Po jakimś czasie, moje nogi trzęsły się jak galareta. Podobnie ręce. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nie miałam żadnego wpływu nad tym co się działo. Myślałam, że może jakiś zły duch się ze mnie wyrywa. Podszedł do mnie ojciec franciszkanin. Położył mi ręce na głowie. Dreszcze minęły. Pomyślałam, że kapłan mnie uzdrowił, ale po 5 minutach, gdy znowu się modliłam, wszystko wróciło. Trzęsłam się nawet jeszcze mocniej. Spojrzałam dookoła. Niektórzy leżeli na ziemi, a Ania siedząca koło mnie, trzęsła się jeszcze bardziej niż ja. Złapałyśmy się za ręce i trzęsłyśmy się razem zapłakane. Stwierdziłam, że nic złego chyba jednak się z nami nie dzieje i po prostu mamy dar dreszczy. WOW. Myślałam, że tylko wybrańcy dostępują takich namacalnych darów Ducha. A mnie to na pewno nic się nie przydarzy. Niespodzianka! Wiele osób otrzymało w tamtą noc jakiś dar. Niektórzy nawet mówili językami.

Całe to doświadczenie – FSM utwierdził mnie w przeświadczeniu, że na świecie niesamowicie realne są dwie siły: dobra i zła. Jednak dobro już zwyciężyło. Jezus zwyciężył za nas na krzyżu i ma MOC czynić w naszym życiu takie cuda, jakich, nawet ja (osoba wierząca) sobie nie wyobrażałam. Jego siła jest jak najbardziej realna i namacalna. Uzdrowienia, zaśnięcia i inne dary dzieją się, ale tylko wtedy, gdy człowiek otworzy serce i pozwoli Bogu działać. To wbrew pozorom, nie jest wcale takie łatwe.
Wiara jest łaską. To coś, co dał nam Bóg, jak talenty w przypowieści. Trzeba jednak coś z tym darem zrobić, bo inaczej zaprzepaścimy swój dar i po śmierci wcale nie trafimy tam, gdzie byśmy chcieli.
Ci, którzy z różnych powodów mają małą wiarę (albo mówią, że nie mają jej wcale), twierdzą, że nawróciliby się, gdyby ktoś (najlepiej sam Bóg) przedstawił im niezbity dowód na istnienie Stworzyciela, który jest Miłością. Problem jednak w tym, że ich oczy są jakby na uwięzi. Choć patrzą, nie widzą, lub zobaczyć nie chcą. Nie szukają, bo ten kto szuka, znajduje.
„Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.” (Mt 25:29)
Jeśli ktoś jeździ na rekolekcje, modli się, szuka Boga, jego wiara się rozwija. Po pewnym czasie staje się szczęśliwym człowiekiem, pełnym radości i pokoju. Każda osoba ochrzczona, jest przecież powołana do świętości. Szkoda, że tak mało osób w to wierzy. Świat byłby wtedy nieco przyjemniejszym miejscem do życia.
Ok. To teraz wiem, że Bóg i jego moc jest jak najbardziej realna. Oraz, to że zmarł i zmartwychwstał dla mojego zbawienia, to nie jest jakaś ściema, ani bajka. A co z druga stroną medalu? O tym też co nieco dowiedziałam się na FSMie. Po pierwsze, podczas wcześniej przeze mnie wspominanej adoracji, podczas wnoszących się głosów modlących, w kościele rozbrzmiały przeraźliwe, nieludzkie krzyki. Dokładnie takie, jak na filmie. Okazało się, że jedna z osób w kościele była zniewolona przez złego ducha i konieczna była modlitwa kapłanów o uzdrowienie chyba nawet z elementami egzorcyzmu. Szatan jest więc również realną siłą. Okłamuje on ludzi, że albo go wcale nie ma, albo, że siły dobra i zła się równoważą. Zły wmówił satanistom, że wygrana będzie po stronie tego, po której stronie opowie się więcej dusz.
Bóg natomiast mówi:
„Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście,
śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i
chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i
mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który
idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz
i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im – oświadczam wam
dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą
idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na
świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć,
błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy
i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu,
lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na
ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i
Jakubowi
”.

Wybór należy do każdego z nas. Tego wyboru musimy dokonywać każdego dnia, często wielokrotnie. To bardzo trudne, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo i przyjemnie.
Za rok też chcę przyjechać na FSM. :) Chwała Panu!!!
Na koniec prośba, każdy, kto przeczyta moją notkę, niech zostawi po sobie komentarz. Bynajmniej nie dlatego, że chcę mieć więcej komentarzy pod notkami, ale ciekawi mnie kto dotrwał do końca i zechciał przeczytać to moje świadectwo. Może być nawet jedno słowo, np. przeczytałem. Z góry dzięki. :)