mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: dzieci

    Ile już notek napisałam w swojej głowie od ostatniej, która została opublikowana? Mogłabym powiedzieć, że nie miałam czasu i byłoby to po części prawdą. Myślę jednak, że to nie do końca tak. Ale koniec tłumaczeń. Po pierwsze: 27 kwietnia o 8:04 narodziła się Alinka. Okoliczności opisałam na Facebooku w grupie „Dzieła Pana Boga”. Z powodu braku czasu wklejam nieznacznie zmieniony tekst:

    Dzisiejsza Ewangelia (z dnia 4 maja)  i moja obecna sytuacja życiowa skłania mnie do podzielenia się krótkim świadectwem o dobroci Pana Boga. „Jeżeli we mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.” Mam wrażenie, że ludzie często tracą wiarę w Boga po tym, jak się na nim zawiodą. Bo proszą o rzeczy dla nich ważne, ale ich nie dostają. Ja ostatnio prosiłam o to, by moja córeczka obróciła się do właściwego położenia, abym mogła ją urodzić naturalnie. Tak się jednak nie stało i w sobotę miałam cesarskie cięcie. Przyjęłam jego wolę. Nie kłóciłam się nawet z lekarzem, by pozwolił mi przy takim położeniu na poród naturalny. Wcześniej długo się zastanawiałam, czy próbować, ale ostatecznie postanowiłam polecić tą sytuację Panu i posłuchać w tej kwestii lekarza, który znajdzie się aktualnie na dyżurze. Znakiem, abym się nie bała, że postąpiłam słusznie był fakt, iż operował mnie lekarz, który prowadził moją pierwszą ciąże. Ktoś mógłby to uznać za zbieg okoliczności, ale wiem, że one nie istnieją :) Potem było ich zresztą dużo więcej (operowali mnie na tej samej sali co rok i 9 miesięcy temu, potem leżałam na tym samym łóżku na pooperacyjnej, a następnie przenieśli mnie do tej samej sali poporodowej). O tym, że wielka jest Boża dobroć świadczy wiele rzeczy: nie miałam żadnych komplikacji, Alinka jest zdrowa, akcja porodowa zaczęła się wczesnym rankiem w sobotę, kiedy mój mąż był w domu, poza tym czas dochodzenia do siebie po cesarce przypadł mi na długi majówkowy weekend, dzięki czemu mąż może się zajmować naszymi dziećmi. Bóg potrafi spełniać także bardziej „błahe” pragnienia serca. Tuż przed porodem miałam doła, bo zawiodłam się na znajomych z klubu mam, które mają w zwyczaju organizowanie „baby shower” (dodatkowe spotkanie na cześć ciężarnych z życzeniami i drobnymi upominkami). Mnie to ominęło, a życzenia rozwiązania dostawałam wyłącznie w formie ustnej. Bardzo też chciałam dostać kwiaty, jak inne matki z forum internetowego do którego kiedyś należałam. Sadziłam jednak, że skoro odeszłam, nie mam co na ten gest liczyć. Mąż jako osoba mało romantyczna raczej nie wpadłby na pomysł zakupu mi ładnego bukietu do szpitala. Poprosiłam więc mojego Tatusia w niebie, żeby on jakoś mnie pocieszył. W poniedziałek przyszła do mnie do szpitala przyjaciółka, która również kiedyś należała do tego forum internetowego, co ja, z bukietem przepięknych kwiatów od tych dziewczyn. Bardzo wzruszył mnie ten fakt, że o mnie pamiętały i mimo rozluźnienia więzów, sprawiły mi ogromną radość. Warto dostrzegać dobroć Boga w drobnych rzeczach. Wtedy człowiekowi żyje się lepiej. Chwała Panu!!!

    Jestem teraz u rodziców, choć już za parę dni wracam do domu z dwójką maluchów. Prawdopodobnie czekają mnie ciężkie dwa tygodnie, ponieważ siostra najprawdopodobniej mi nie pomoże. Arytmia znowu jej dokucza. Niektórym zawsze wiatr wieje w oczy. W każdym razie cieszę się, że spędzę nieco więcej czasu z mężem. Czasami nie mogłam już wytrzymać atmosfery, która tu panuje od czasu do czasu. Krzyki, wzajemne oskarżanie, złośliwości, wyciąganie brudów sprzed lat i kłótnie o pieniądze (na telewizję, kosmetyki, remonty, gazety) i o wszystko. Wiem, że prawdopodobnie moja rodzina to przeczyta, ale mimo to chcę napisać co o tym wszystkim myślę.

     

    1. Bóg jest miłością.

    2. Miłość jest sensem życia.

    3. Warunkiem do osiągnięcia szczęścia jest przyjaźń z Bogiem.

    To truizmy, ale gdy się nad tym głębiej zastanowić zawierają bardzo konkretny program na życie. To trudny i wymagający program, który wybiera niewielu.

    Ogromna rzesza osób mówi: wierzę w Boga. Problem w tym, że szatan nie tyle również w niego wierzy. On z całą pewnością WIE, że On JEST. I co z tego wynika? Staramy się być dobrymi ludźmi. Po co?

    Ostatnio z przerażeniem oglądałam program „Małe mądrale”. Dzieci odpowiadały na pytania odnośnie Boga. Pytanie: za co się idzie do nieba? Odpowiedź: idzie się do nieba, jeśli nasze dobre uczynki przeważają nad złymi. Koniec kropka. Ksiądz pochwala: „Pięknie dzieci. Zasługujecie na 6 z religii”. Może większość ludzi przyklaśnie, ale ja po rozmowie z Rafałem powiem, że to jakaś fatalna pomyłka. Sądziłam, że tylko za moich czasów dzieci były uczone, że trzeba być grzecznym, żeby pójść do nieba. To takie niby niewinne uproszczenie, ale zawarte tzw. Głównych prawdach wiary, zostaje zapamiętane na całe życie iż: Jest jeden Bóg. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe każe. Są 3 osoby boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Dusza ludzka jest niepotrzebna. Łaska boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Może to mądre, wzniosłe, ale nie wiem jak inni nie koniecznie pamiętam co dokładnie autor rozumie przez sformowanie łaska boska. Może to właśnie owe miłosierdzie, bezwarunkowa miłość, opatrzność, która nad nami czuwa?

    Myślę, że w tym zakodowanym raz na zawsze tekście jest fałsz, który wielu dorosłym każe patrzeć na życie: wystarczy być dobrym, by dostać się do Nieba. A cóż to jest to niebo? Nudna, napuszona przestrzeń, gdzie śpiewa się psalmy Najwyższemu?

    Niebo to stan zjednoczenia z Bogiem. Nieskończona szczęśliwość, ale coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Najlepsze jest jednak to, że można nieba doświadczyć już na ziemi. Sądzę jednak, że bardzo niewiele osób doświadczyło nieba, bo gdyby tak było liczba wierzących i praktykujących oraz radosnych chrześcijan byłaby znacznie większa. Ja miałam tą ŁASKĘ, by tego doświadczyć parę razy w życiu. To coś, czego szukałam przez całe życie i wciąż do tego tęsknię. To z tego powodu prawie cały czas myślę o Bogu i sprawach z nim związanych. Dlatego staram się bronić najwyższych wartości. Z MIŁOŚCI do Boga, którego poznaję w Słowie Bożym. Jak można poznać Boga, nie słuchając go? Nie czytając Pisma Świętego? Ludziom się wydaje, że wystarczy intymna rozmowa z Bogiem gdziekolwiek. Bo po co chodzić do kościoła, skoro Bóg jest wszędzie? Ok, jest wszędzie, przemawia do nas przez różne sytuacje, przez ludzi, ale właściwa interpretacja rzeczywistości (z Bożego punktu widzenia) jest czasem tak trudna, że czasami wręcz niemożliwa. Może nam się wydawać, że się modlimy (w sensie rozmawiamy z Bogiem), a tymczasem rozmawiamy sami ze sobą (w najlepszym wypadku). Tymczasem Słowo Boże jest ŻYWE tzn: wciąż aktualne i ma MOC mnie przemieniać. Czuję jak mnie przemienia. Jak się zmieniłam. Choć wciąż jestem grzesznicą. Popełniam mnóstwo błędów, ranię bliźnich. Czasami tracę chęć do życia, to jednak Słowa: „Nie bój się, Jam zwyciężył świat” podtrzymują mnie przy życiu.

    „Bóg tak umiłował świat (w tym mnie!!!), że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne.” AMEN

    Podsumowując: by dostać się do Nieba wcale nie trzeba przestrzegać w życiu moralności katolickiej. To ma być jakby odpowiedzią na miłość Boga. Ale żeby Go NAPRAWDĘ pokochać, trzeba najpierw dobrze poznać przez lekturę Pisma Świętego. Okrężną drogą się nie da. Wiem, że jest trudne, niezrozumiałe i czasami pełne sprzeczności. Mnóstwo osób chodzących za Jezusem Go słuchało, ale ni w ząb nie rozumiało. Dopiero uczniowie, którzy pytali Jezusa na osobności co tak w zasadzie miał na myśli, dowiadywali się, o co Mu chodziło. A potem i tak zapominali. I tak było, dopóki nie otrzymali Ducha Świętego, który im wszystko wyjaśnił, przypomniał i ułożył w głowach. MY też możemy otrzymać Ducha Świętego. Co jest na prawdę cudownym spotkaniem. :) Chwała Panu!

    Przegrywam?

    1 komentarz

    Kiedyś miałam o sobie chyba bardzo wysokie mniemanie. Chciałam mieć synów. Myślałam, że na pewno będę świetną matką, więc sobie z chłopcami poradzę. Wiadomo, dobrze wychowanych facetów – jak na lekarstwo, więc choć w przyszłości moi chłopcy będą się jako-tako zachowywać. Myślałam, kto jak nie ja? O ja naiwna…

    Nie wiem, czy to temperament Pawełka, czy po prostu zdążyłam już go zepsuć, ale jest kiepsko. Dziadek mówi na niego diabeł i generalnie nie ma do niego cierpliwości. Nie chce się nim zajmować. Na szczęście babcia bardzo go kocha i wiele mu wybacza. Pytana jednak jak było z nami, mówi, że dużo łatwiej. Byłyśmy grzeczniejsze. Fakt, że obecny wiek (16 miesięcy) to okres buntu, ale jakoś mnie to nie pociesza. W fachowej literaturze odnajduję teksty, które mnie coraz bardziej dołują: nie powinnam sobie wmawiać, że wyrośnie, zmądrzeje, będzie lepiej. Guzik z pentelką. A to jak jest, to wyłącznie wina braku konsekwencji rodziców. Noż w mordę! Tak donosi sławetna pani Tracy Hogg. Niby podaje jak powinno się postępować, ale mi brakuje cierpliwości by wypełniać jej zalecenia, a inni mają to w nosie i każdy ma 10 dobrych rad na podorędziu, które wykluczają się z tym co wyczytałam.

    Ostatnio dla odmiany (tiaa…) mamy problemy z usypianiem i ubieraniem. Paweł w Probo kładzie się o 22, wstaje o 8, ale za to śpi całą noc (Alleluja!) . Uspokajanie zaczyna się około 20 i tak sobie trwa i trwa, aż wszyscy łącznie z wrzeszczącym mają już wszystkiego dość. Obowiązkowo głaskanie po główce, a potem trzymanie za rączkę. Pawełek wszystkim steruje, więc nie sposób się pomylić.

    Wbrew głupiej pani Hogg mam nadzieję (pewnie równie inteligentną), że mimo wszystko z tego wyrośnie, a ja nie jestem aż taką beznadziejną matką… Ale i tak jest mi smutno…

    Jeśli osoby deklarujące się jako wierzący i praktykujący katolicy, wypowiadają się, że in vitro jest JEDYNĄ szansą dla osób, które nie mogą mieć dzieci, to aż się we mnie coś gotuje. Nie jest żadną metodą JEDYNĄ, a na pewno nie najlepszą. Najpierw trzeba o siebie dbać, tzn. nie niszczyć swojego organizmu antykoncepcją (pigułkami, spiralami itp.), bo one znacząco obniżają płodność kobiety. Oprócz tego mogą bardzo destrukcyjnie wpływać na inne aspekty życia, jak chociażby libido, czy zakrzepicę żylną. Po drugie, jeśli ktoś jest niepłodny, wypadałoby, dowiedzieć się, dlaczego tak jest, przez szczegółową obserwację, a następnie odpowiednie leczenie. Wszystko to nazywa się naprotechnologią. http://pl.wikipedia.org/wiki/Naprotechnologia
    Po trzecie, żeby mieć dziecko, wcale nie trzeba sobie go sztucznie zrobić. Można adoptować. Jest przecież tyle dzieci, które czekają na swoich rodziców. Po czwarte in vitro jest niczym innym jak bawieniem się w Boga. „To dziecko będzie żyło, a te do śmietnika(!)”. No i jak ma się „wiara” tych ludzi, którzy są za in vitro, do zaufania wobec Boga, że ON wie najlepiej, jak się życie powinno ułożyć? „Panie Boże, nie dajesz nam dzieci, to spadaj, sami sobie zrobimy, na zamówienie.” To jest taka postawa. Ja w 100% popieram zdanie Hosera. Może to niektórym otworzy oczy.
    Jest tyle innych metod, które podobają się Bogu w dążeniu do potomstwa,
    że na serio nie trzeba się posiłkować tą która jest bardzo wątpliwa
    moralnie. Ginie bowiem bardzo duża liczba dzieci, które się lekarzowi z tej,
    lub z innej przyczyny nie spodobają. Czasem niepłodność może być
    krzyżem, który trzeba umieć unieść. Czasami o dziecko trzeba się długo
    modlić. Tylko pokolenie Frugo, chce mieć teraz. Dlaczego? bo Teraz
    chcę! Nowe życie jest darem, a nie czymś, co nam się należy!
    Jeżeli ktoś po tych argumentach twierdzi, że jest katolikiem, ale In vitro jest jedyne, najlepsze, to być może jest w jakimś kościele. Ale na pewno nie w Kościele katolickim i coś z jego wiarą jest mocno nie tak.

    A tak w ogóle, to CHWAŁA PANU za biskupa Hosera!


    • RSS