mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: miłość

    Na rekolekcjach „Jezus na stadionie” Ojciec John mówił m.in. o dumie z bycia moherowym beretem. Ja już od dłuższego czasu utożsamiam się z tym określeniem. Podobnie jak z ciemnogrodem, średniowiecznymi poglądami i wszelkim innym wstecznictwem. Nie jestem i nie będę nowoczesna. Jeśli dla kogoś nowoczesność oznacza wyrzekanie się dobra i piękna w imię jakiegoś chorego naturalizmu, nihilizmu, czy po prostu źle pojmowanej wolności, to ja się pod tym nie mam zamiaru podpisywać.
    Pewnie wiecie, że skończyłam liceum plastyczne. Kiedyś, gdy odkryłam, że mam talent plastyczny, zakwitł w mojej głowie pomysł, żeby zostać kiedyś sławną malarką. Kiedyś takie rzeczy jak sława i pieniądze serio mnie kręciły. ;-) Moim ulubionym przedmiotem była historia sztuki. Bardzo poważnie rozważałam taką właśnie swoją ścieżkę kariery. Do tego stopnia, że jak wszyscy z mojej klasy zdawałam ten przedmiot na maturze. W sumie nie było mi to do niczego potrzebne. Zrobiłam to trochę dla sportu – sprawdzenia się. Nie poszłam jednak studiować tego kierunku. Oficjalny powód był taki, że to zawód bez perspektyw na pracę. A ten bardziej autentyczny, to był mój strach. Bałam się, że jak pójdę na ASP będę miała równie zryty beret, jak większość współczesnych „tfórców”, których kazali nam podziwiać w galeriach typu Zachęta. Nie chciałam być utożsamiana ze środowiskiem, które oklaskuje najbardziej szokujące i obrazoburcze wytwory chorych wyobraźni. Jasne, nie wszyscy artyści tworzą złe dzieła. Nawet pewnie jest tak, że 90% tworzonej sztuki niesie ze sobą dobre przesłanie, a tylko najbardziej jaskrawe i szokujące produkcje są nagłaśniane w mediach. Wiadomo, zło jest znacznie bardziej medialne. Ja jednak miałam po prostu dość nauczycieli, którzy próbowali wpłynąć na to, co ma się mi podobać, jak mam „wyrażać siebie” (a to najNAJnaj ważniejsze! wiadomo) i jak mam myśleć. Słusznie sądziłam, że na uczelni nastawionej na fakty, odpocznę. Nauka o mitozie, mejozie i wielu łacińskich nazw kwiatków, drzew i krzewów, była jak balsam na moje skołowane i osamotnione po liceum serce.
    Z resztą ja bym nawet nie miała szans dostać się na ASP, bo nie posiadałam teczki (czyli około 40 prac w formacie powyżej A3). Wszystkie prace wykonane w liceum musiały w liceum pozostać i zgnić na strychu. Takie przepisy. A czemu nie byłabym w stanie wykonać teczki? Cóż, w czwartej klasie nie byłam już pewna, czy w ogóle umiem dobrze trzymać pędzel, nie mówiąc już o tym, czy potrafię coś wartościowego namalować (szczególnie w znienawidzonych technikach: plakatówka, olej, akryl). Czułam się wielkim zawodem mojej wychowawczyni. Taka zdolna, taka mądra, a potem taka kicha. Cudem w ogóle zdałam ten dyplom. Dzięki Ci Boże! Do dziś mam koszmary, że ja tam jeszcze muszę wrócić i coś zaliczać. Nie chcę powiedzieć, że ta szkoła była największą pomyłką mojego życia. Chyba nie, mimo wszystko, sporo się nauczyłam. Ale ta atmosfera, moja klasa, Ci sfrustrowani nauczyciele i równie sfrustrowani uczniowie sprawili, że mi się zwyczajnie odechciało malować, rysować, tworzyć. Musiałam co prawda jeszcze potem to robić na studiach, ale już w innym gronie pedagogicznym, było to jakieś mniej bolesne. Po zakończeniu studiów znowu miałam tego dosyć, odpoczywałam od mojej pasji prawie 4 lata z niewielkimi przerwami.

    Już nawet nie pamiętam w którym roku (chyba 2002 roku) na mojej Oazie I st. ktoś życzył mi, żeby mój talent służył Bogu. Ja też tego pragnęłam, ale bardziej wtedy wyobrażałam to sobie, jako malowanie fresków w kościołach, czy projektowanie witraży. Cieszę się, że realizuję swoje marzenia w inny, ale chyba bardziej przystępny i pożyteczny sposób.

    Chciałam tu jednak napisać o czymś innym. Nie wiem, czy ktoś z was wie, że miałam najcudowniejszy z możliwych temat prezentacji maturalnych: „Motyw syna Marnotrawnego w literaturze i sztuce”. To chyba była jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły w liceum. Wykorzystałam tam fragmenty z książki, która w tamtym czasie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mówię tu o książce „Radykalni”. To świadectwo nawrócenia muzyków. Jednak to, co zapamiętałam z niej szczególnie, to właśnie tytuł. :-)
    Odczytałam to jako zaproszenie dla mnie, bym ja też była radykalna. Nie taka trochę, na pół gwizdka.

    Czas na jeden z ulubionych cytatów:

    „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
    Obyś był zimny albo gorący!
    A tak, skoro jesteś letni
    i ani gorący, ani zimny,
    chcę cię wyrzucić z mych ust.
    Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,
    a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,
    i biedny i ślepy, i nagi.” Ap3,14-17

    Problem jednak w tym, że ludzie wokół mnie, mają ze mną problem. Wciąż słyszę, że przesadzam. Co innego, gdybym się tyle modliła, słuchała tych wszystkich konferencji, czytała tyle religijnych książek, będąc np. w zakonie. Wtedy chyba wszystko byłoby Ok. Nikogo by nie raziło, że Bóg tu, Bóg tam i generalnie wszędzie. Ale że matka i świecka żona, tyle się zajmuje religią, to w oczach wielu nie jest ani normalne, ani dobre. Ech…

    Może nawet powinnam się z tego cieszyć w myśl słów:

    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
    „Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.”(Mat. 5:11-12)

    Ale niestety trudno się z tego tak na co dzień cieszyć. Wmawiają mi, że Kościół wyprał mi mózg, że jestem w sekcie. Gdy to się tak często słyszy, człowiek się zaczyna zastanawiać: czy aby faktycznie nie przeginam. Niech kto chce, oceni to w komentarzu. Nie obrażę się, serio. Chce wiedzieć, co o tym myślicie.

    Może jeszcze jedno krótkie wyjaśnienie, czemu ja staram się być taka radykalna. Otóż może i ktoś ma taką łaskę, że wystarcza mu niedzielna Msza Święta + ewentualnie rekolekcje w parafii raz w roku (żeby sobie naładować duchowy akumulator) i faktycznie jego wiara się umacnia. Ale dla mnie to rozpaczliwie zbyt mało. Mam ciągle w głowie słowa, które też na jakiejś Oazie usłyszałam: „Kto się nie rozwija, ten się cofa.” Nie umiem naładować się dłuższy czas. Przykład: budzę się rano po cudownych rekolekcjach i już znowu jestem poganką, która nie wie jak żyć.  Mąż mnie wkurza, dzieci drażnią i nic mi się nie chce. Ktoś powie, to po grzyba tyle się starać, jeździć gdziekolwiek. Jest po co. Gdy jest poranna modlitwa, lektura Pisma Świętego to ustawia mi cały dzień. Mam siłę daną z nieba, żeby przeżyć kolejny trudny dzień, nie raniąc przy okazji ludzi wokół. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J,15:5) Bez Jezusa umiem tylko grzeszyć. Nic dobrego. Smutne ale prawdziwe. Myślę, że wielkim kłamstwem szatana jest właśnie wpojenie ludziom przeświadczenia, że czynienie dobra bez Boga jest najbardziej możliwe. Nie wiem czy to prawda. Możliwe, że herezja. :-)

    A kolejne rekolekcje to taki radosny, barwny punkt w mojej codziennej szarości. Coś na co czekam z utęsknieniem, by pobyć z Jezusem i braćmi oraz siostrami w wierze, znacznie dłużej niż mogę to robić na co dzień.

     

    Macierzyństwo przyszło do mnie z taką wielką łaską, że musiałam się ogołocić z rzeczy zbędnych: z gier komputerowych, seriali i telewizji w ogóle. Po prostu nie ma na to czasu. I bardzo dobrze. Uczę się (a przynajmniej mam takie wrażenie) wybierać tylko rzeczy ważne, takie, które faktycznie przynoszą niezniszczalną korzyść. Mimo to, bardzo wiele jeszcze pracy przede mną. Na szczęście nie będę z tym sama.

    „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze – przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” (Flp 3,8-14)

    Ile już notek napisałam w swojej głowie od ostatniej, która została opublikowana? Mogłabym powiedzieć, że nie miałam czasu i byłoby to po części prawdą. Myślę jednak, że to nie do końca tak. Ale koniec tłumaczeń. Po pierwsze: 27 kwietnia o 8:04 narodziła się Alinka. Okoliczności opisałam na Facebooku w grupie „Dzieła Pana Boga”. Z powodu braku czasu wklejam nieznacznie zmieniony tekst:

    Dzisiejsza Ewangelia (z dnia 4 maja)  i moja obecna sytuacja życiowa skłania mnie do podzielenia się krótkim świadectwem o dobroci Pana Boga. „Jeżeli we mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.” Mam wrażenie, że ludzie często tracą wiarę w Boga po tym, jak się na nim zawiodą. Bo proszą o rzeczy dla nich ważne, ale ich nie dostają. Ja ostatnio prosiłam o to, by moja córeczka obróciła się do właściwego położenia, abym mogła ją urodzić naturalnie. Tak się jednak nie stało i w sobotę miałam cesarskie cięcie. Przyjęłam jego wolę. Nie kłóciłam się nawet z lekarzem, by pozwolił mi przy takim położeniu na poród naturalny. Wcześniej długo się zastanawiałam, czy próbować, ale ostatecznie postanowiłam polecić tą sytuację Panu i posłuchać w tej kwestii lekarza, który znajdzie się aktualnie na dyżurze. Znakiem, abym się nie bała, że postąpiłam słusznie był fakt, iż operował mnie lekarz, który prowadził moją pierwszą ciąże. Ktoś mógłby to uznać za zbieg okoliczności, ale wiem, że one nie istnieją :) Potem było ich zresztą dużo więcej (operowali mnie na tej samej sali co rok i 9 miesięcy temu, potem leżałam na tym samym łóżku na pooperacyjnej, a następnie przenieśli mnie do tej samej sali poporodowej). O tym, że wielka jest Boża dobroć świadczy wiele rzeczy: nie miałam żadnych komplikacji, Alinka jest zdrowa, akcja porodowa zaczęła się wczesnym rankiem w sobotę, kiedy mój mąż był w domu, poza tym czas dochodzenia do siebie po cesarce przypadł mi na długi majówkowy weekend, dzięki czemu mąż może się zajmować naszymi dziećmi. Bóg potrafi spełniać także bardziej „błahe” pragnienia serca. Tuż przed porodem miałam doła, bo zawiodłam się na znajomych z klubu mam, które mają w zwyczaju organizowanie „baby shower” (dodatkowe spotkanie na cześć ciężarnych z życzeniami i drobnymi upominkami). Mnie to ominęło, a życzenia rozwiązania dostawałam wyłącznie w formie ustnej. Bardzo też chciałam dostać kwiaty, jak inne matki z forum internetowego do którego kiedyś należałam. Sadziłam jednak, że skoro odeszłam, nie mam co na ten gest liczyć. Mąż jako osoba mało romantyczna raczej nie wpadłby na pomysł zakupu mi ładnego bukietu do szpitala. Poprosiłam więc mojego Tatusia w niebie, żeby on jakoś mnie pocieszył. W poniedziałek przyszła do mnie do szpitala przyjaciółka, która również kiedyś należała do tego forum internetowego, co ja, z bukietem przepięknych kwiatów od tych dziewczyn. Bardzo wzruszył mnie ten fakt, że o mnie pamiętały i mimo rozluźnienia więzów, sprawiły mi ogromną radość. Warto dostrzegać dobroć Boga w drobnych rzeczach. Wtedy człowiekowi żyje się lepiej. Chwała Panu!!!

    Jestem teraz u rodziców, choć już za parę dni wracam do domu z dwójką maluchów. Prawdopodobnie czekają mnie ciężkie dwa tygodnie, ponieważ siostra najprawdopodobniej mi nie pomoże. Arytmia znowu jej dokucza. Niektórym zawsze wiatr wieje w oczy. W każdym razie cieszę się, że spędzę nieco więcej czasu z mężem. Czasami nie mogłam już wytrzymać atmosfery, która tu panuje od czasu do czasu. Krzyki, wzajemne oskarżanie, złośliwości, wyciąganie brudów sprzed lat i kłótnie o pieniądze (na telewizję, kosmetyki, remonty, gazety) i o wszystko. Wiem, że prawdopodobnie moja rodzina to przeczyta, ale mimo to chcę napisać co o tym wszystkim myślę.

     

    1. Bóg jest miłością.

    2. Miłość jest sensem życia.

    3. Warunkiem do osiągnięcia szczęścia jest przyjaźń z Bogiem.

    To truizmy, ale gdy się nad tym głębiej zastanowić zawierają bardzo konkretny program na życie. To trudny i wymagający program, który wybiera niewielu.

    Ogromna rzesza osób mówi: wierzę w Boga. Problem w tym, że szatan nie tyle również w niego wierzy. On z całą pewnością WIE, że On JEST. I co z tego wynika? Staramy się być dobrymi ludźmi. Po co?

    Ostatnio z przerażeniem oglądałam program „Małe mądrale”. Dzieci odpowiadały na pytania odnośnie Boga. Pytanie: za co się idzie do nieba? Odpowiedź: idzie się do nieba, jeśli nasze dobre uczynki przeważają nad złymi. Koniec kropka. Ksiądz pochwala: „Pięknie dzieci. Zasługujecie na 6 z religii”. Może większość ludzi przyklaśnie, ale ja po rozmowie z Rafałem powiem, że to jakaś fatalna pomyłka. Sądziłam, że tylko za moich czasów dzieci były uczone, że trzeba być grzecznym, żeby pójść do nieba. To takie niby niewinne uproszczenie, ale zawarte tzw. Głównych prawdach wiary, zostaje zapamiętane na całe życie iż: Jest jeden Bóg. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe każe. Są 3 osoby boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Dusza ludzka jest niepotrzebna. Łaska boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Może to mądre, wzniosłe, ale nie wiem jak inni nie koniecznie pamiętam co dokładnie autor rozumie przez sformowanie łaska boska. Może to właśnie owe miłosierdzie, bezwarunkowa miłość, opatrzność, która nad nami czuwa?

    Myślę, że w tym zakodowanym raz na zawsze tekście jest fałsz, który wielu dorosłym każe patrzeć na życie: wystarczy być dobrym, by dostać się do Nieba. A cóż to jest to niebo? Nudna, napuszona przestrzeń, gdzie śpiewa się psalmy Najwyższemu?

    Niebo to stan zjednoczenia z Bogiem. Nieskończona szczęśliwość, ale coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Najlepsze jest jednak to, że można nieba doświadczyć już na ziemi. Sądzę jednak, że bardzo niewiele osób doświadczyło nieba, bo gdyby tak było liczba wierzących i praktykujących oraz radosnych chrześcijan byłaby znacznie większa. Ja miałam tą ŁASKĘ, by tego doświadczyć parę razy w życiu. To coś, czego szukałam przez całe życie i wciąż do tego tęsknię. To z tego powodu prawie cały czas myślę o Bogu i sprawach z nim związanych. Dlatego staram się bronić najwyższych wartości. Z MIŁOŚCI do Boga, którego poznaję w Słowie Bożym. Jak można poznać Boga, nie słuchając go? Nie czytając Pisma Świętego? Ludziom się wydaje, że wystarczy intymna rozmowa z Bogiem gdziekolwiek. Bo po co chodzić do kościoła, skoro Bóg jest wszędzie? Ok, jest wszędzie, przemawia do nas przez różne sytuacje, przez ludzi, ale właściwa interpretacja rzeczywistości (z Bożego punktu widzenia) jest czasem tak trudna, że czasami wręcz niemożliwa. Może nam się wydawać, że się modlimy (w sensie rozmawiamy z Bogiem), a tymczasem rozmawiamy sami ze sobą (w najlepszym wypadku). Tymczasem Słowo Boże jest ŻYWE tzn: wciąż aktualne i ma MOC mnie przemieniać. Czuję jak mnie przemienia. Jak się zmieniłam. Choć wciąż jestem grzesznicą. Popełniam mnóstwo błędów, ranię bliźnich. Czasami tracę chęć do życia, to jednak Słowa: „Nie bój się, Jam zwyciężył świat” podtrzymują mnie przy życiu.

    „Bóg tak umiłował świat (w tym mnie!!!), że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne.” AMEN

    Podsumowując: by dostać się do Nieba wcale nie trzeba przestrzegać w życiu moralności katolickiej. To ma być jakby odpowiedzią na miłość Boga. Ale żeby Go NAPRAWDĘ pokochać, trzeba najpierw dobrze poznać przez lekturę Pisma Świętego. Okrężną drogą się nie da. Wiem, że jest trudne, niezrozumiałe i czasami pełne sprzeczności. Mnóstwo osób chodzących za Jezusem Go słuchało, ale ni w ząb nie rozumiało. Dopiero uczniowie, którzy pytali Jezusa na osobności co tak w zasadzie miał na myśli, dowiadywali się, o co Mu chodziło. A potem i tak zapominali. I tak było, dopóki nie otrzymali Ducha Świętego, który im wszystko wyjaśnił, przypomniał i ułożył w głowach. MY też możemy otrzymać Ducha Świętego. Co jest na prawdę cudownym spotkaniem. :) Chwała Panu!


    • RSS