mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: praca

    Gdy już mowa o zdrowiu, to przejdę do tego głównego tematu, który chciałam podjąć, a mianowicie do rewolucji jaka ostatnio odbywa się w mojej głowie. Być może część z was pamięta, że 2 lata temu postanowiłam ograniczyć pszenicę (w tym gluten) oraz nabiał. Z czasem bardzo ograniczyłam cukier rafinowany. Ograniczyć, ograniczyłam, ale nie wyeliminowałam i zanotowałam bardzo pozytywne rezultaty: pozbyłam się trądziku (przynajmniej na twarzy), zmniejszyłam dolegliwości trawienne w tym przepuszczalność jelit (test buraka wychodzi już całkiem, całkiem). W między czasie dowiedziałam się, że rak to nie wyrok.

    Rok temu J. liderka wspólnoty charyzmatycznej zachorowała na raka. Przeszła operację. Po operacji (w szpitalu o którym miałam bardzo dobrą opinię), chcieli jej natychmiast zaserwować chemię.

    Tu muszę coś wtrącić: bardzo się boję chorób nowotworowych. Po czytaniu jak ciężko chore dzieci cierpią w szpitalach chore na białaczkę i inne paskudstwa, ja wymiękam. Gdy czytam historie mam, które poświęciły swe życie na opiekę nad chorymi dziećmi, podziwiam i współczuję, a jednocześnie modlę się do Boga: proszę, żeby mnie to nie spotkało. Nie wiem czy miałabym tyle siły. Z tego strachu zaczęłam się interesować tym tematem. Na rekolekcjach rok temu siedziałam na przeciwko pary, która leczyła się dietą bezglutenową. Ta pani miała okropną astmę, a po czasie zobaczyła wielką różnicę na plus. Oni polecili mi książkę „Ukryte terapie”. Przeczytałam i muszę przyznać, że jest dla mnie to lektura wstrząsająca. Mimo, że autor zapewne w wielu kwestiach się myli, to jednak całościowy światopogląd jak dla mnie się klei. Jako to pogląd? Ano taki, że chociażby nowotwór i każda inna choroba jest spowodowana przez źle działający układ odpornościowy. Choremu nie potrzeba jakiegoś konkretnego składniku leku, ale naturalnej substancji, której było za mało, czegoś za dużo. On dużo pisze o witaminach o tłuszczach. O tym, czego pełno się pisze w literaturze popularnonaukowej, w necie, ale jakoś mało który lekarz je przepisuje. W każdym razie to, co ja już obserwowałam na swoje skórze (dosłownie i w przenośni), diagnostyka co komu jest i dlaczego, w moim przypadku leżała i kwiczała. Na trądzik: antybiotyk, a po zakończeniu terapii natychmiastowy powrót i jeszcze jeden i jeszcze raz. Dlaczego żaden dermatolog nie wpadł na to, że to alergia lub nietolerancja pokarmowa? A może pasożyty? A może nieszczelne jelito?
    Wracając jednak do tematu głównego, przeczytawszy książkę Zięby, miałam nadzieję na to, że raka można wyleczyć natuaralnymi sposobami, bez zastosowania chemii, która bardziej wszystko niszczy (w tym właśnie niezwykle potrzebny układ odpornościowy), niż doprowadza do celu (a celem dla onkologa jest głównie zmniejszenie nowotworu, a terapię uznaję się za udaną, jeśli uda się przedłużyć życie pacjentowi o 3 miesiące). Kto nie wierzy, niech obejrzy https://www.youtube.com/watch?v=qO6EJ7D4aCE
    Kłamanie w tak delikatnej sprawie, jaką ta kobieta przeżyła, uznaję za niemożliwe.

    W każdym razie choroba J. przypadła właśnie w czasie, gdy ja przeczytałam Ukryte terapie, z wielką wątpliwością, czy to aby nie są pobożne życzenia, czy nasz system ochrony zdrowia jest na tyle chory, by te patologiczne sytuacje mogły być realne? Ścieżkę przetarła A. borykająca się z guzem mózgu, który już dwukrotnie był wycinany. Leczyła się radioterapią. Nam na spotkaniu mówiła. Na pierwszą „terapię” poszła sama, na drugą wieźli ją na wózku, na trzecią już łóżkiem. Na kolejną już się nie zdecydowała, bo pewnie wywieźliby ją pod białym prześcieradłem. Po jakimś czasie spotkałam ją w centrum handlowym jak była na zakupach z synkiem. Pytałam ją jak się czuje. Ona że Ok i teraz próbuje naturalnych metod. Nie wiem czy wszyscy ze wspólnoty o tym wiedzą. Powiedzenie, że ktoś guza w mózgu leczy alternatywnymi metodami, to nie lada odwaga. Też bym nie każdemu powiedziała. Wiem, bo sama kiedyś myślałam, że to jakieś totalne szaleństwo, głupota. Przecież lekarze nie robili by czegoś co szkodzi pacjentowi, myślałam. Warto im zaufać, myślałam.
    Teraz myślę, że ufanie każdemu lekarzowi to głupota. Są dobrzy lekarze, poszerzające swoje wiadomości. Tacy, którzy nie wahają się spróbować czegoś, co nie jest mu podane na tacy przez przemysł farmaceutyczny. Ale są i tacy, co mają gdzieś dobro pacjenta, a jeśli da się zarobić na podaniu chemii, to tym lepiej dla niego (w sensie lekarza).

    Tak właśnie nastrojona rozmawiałam z J., która była wtedy w szpitalu. Operację miała straszną, poparzyli jej w trakcie plecy, tak mocno, że miała po prostu ogromną ranę od której mocno cierpiała. W jej stanie pomagała jej świadomość modlitwy wspólnoty oraz bliskość Boga, którą czuła. Ona, jak mówiła, była skupiona na tym, by przetrwać do wieczora, bez planu co dalej, ufająca lekarzom, którzy powiedzieli, że jak tylko poprawią jej się wyniki z krwi, dostanie chemię. Ja byłam przerażona, bo ona nie za bardzo wiedziała nawet, że jej wypadną włosy i będzie się czuć okropnie. Ja to wiedziałam, bo trochę się tych różnych powieści obyczajowych w życiu przeczytało, trochę filmów obejrzało. Wcześniej popatrzyłam w internecie, hasło: uleczenie z raka. Mało opowieści o tych, co pokonali chorobę lecząc się onkologicznie, mnóstwo historii o alternatywnych sposobach. Myślałam: albo oni mają bardzo rozbijane ego, by tak w internetach dokładnie pisać co jedli, czym się leczyli i u kogo, albo, tych, którzy wyleczyli się tradycyjnie nie ma zbyt wiele, albo nie są z tego dumni, albo nie mają potrzeby dzielić się swym doświadczeniem. No bywa i tak. Zrobiłam małą sondę i wyniki były podzielone. Niektórzy się leczyli tak, inni inaczej.
    W każdym razie, chyba dobrze zrobiłam pisząc do J. maila, że jak już wydobrzeje, niech się zastanowi, jakie leczenie chce wybrać, bo nikt nawet najlepszy lekarz, nie powinien decydować za nią, gdy jest przytomna. Po jakimś czasie J. została wypuszczona do szpitala, ponieważ nie kwalifikowała się na chemię z powodu tej okropnej rany na plecach i bardzo słabej hemoglobiny. Chciałam się bardzo spotkać z nią, żeby jej ewentualnie zaproponować, że mogę uruchomić poszukiwanie lekarza, zielarza, co chce. I jeszcze chciałam jej powiedzieć o Ukrytych terapiach. Jakoś jednak się tak składało, że spotkać nam się nie udało, a zbliżały się wspólnotowe rekolekcje, z którymi dodatkowo było dużo zmartwień. One jednak mimo przeciwności się odbyły i nawet przyjechała nasza liderka. Wyglądała pięknie, mimo że schudła. Była pełna radości, że jest z nami i mogła uczestniczyć w adoracji Najświętszego Sakramentu. Wszyscy chyba się poczuli, jakby po prostu anioł przyleciał. Okropnie ją kochamy wszyscy. Potem była narada w jadalni. Wszyscy się pytali, jak się czuje, jak z chemią itp. Ona opowiedziała, że dzięki tej ranie na plecach, znalazła lekarza chirurga, który nie dość, że zajął się jej plecami, to jeszcze przygotował dla nie program leczenia naturalnymi metodami. Wszyscy takie oczy O_O. Ja jeszcze z nią nie gadałam i w ogóle jakoś specjalnie nie lobbowałam za terapią naturalną, choć miałam ochotę to zrobić, więc oczy tym bardziej miałam jak 5 zł, ale się ucieszyłam. Widać było, że Bóg nad tym wszystkim czuwa. J. opowiedziała piękne świadectwo o tym. Była w niej wtedy w kuchni taka pewność, że ja byłam totalnie zdziwiona, bo wątpliwości nadal mam, ale coraz mniejsze. Pojawiły się też głosy sprzeciwiające się skuteczności, ale razem z J. już trzymałyśmy sztamę i razem broniłyśmy sensowności tego typu leczenia, które ma za zadanie odbudowanie systemu odpornościowego.
    Potem J. zaczęła przychodzić też na spotkania wspólnoty. Z każdym mówiła, że się czuje coraz lepiej i ma więcej sił. Ogromnie się cieszyliśmy. W końcu, tuż przed wakacjami, podzieliła się wiadomością, że odebrała wyniki i są bardzo dobre. Normalnie happy end!
    Jestem pewna, że Bóg nad nią czuwał i ta cała sytuacja wynikła z Jego woli. Tuż przed całą operacją rozważaliśmy we wspólnocie ten fragment Pisma Świętego:

    25 Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? 26 Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? 27 Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę7 dołożyć do wieku swego życia? 28 A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. 29 A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. 30 Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? 31 Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? 32 Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. 33 Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. 34 Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy8. (Mt, 6, 25-34)
    Jak się tym dzieliliśmy, miałam przedtem pustkę w głowie, nie wiedziałam nad czym powinnam się skupić. Czy o tym, że jestem już od jakiegoś czasu zbzikowana na temat jedzenia, czy o moich lękach. Zwróciłam wtedy jednak uwagę na to, co aktualnie przeżywałam, a mianowicie ciągłe infekcje uszu moich dzieci, które w owym czasie zaczęłam leczyć imbirem, goździkami, marchewką, jabłkiem, czyli generalnie zdrowym jedzeniem. Możecie wierzyć, lub nie, ale to zadziałało.
    Często ludzie mówią, że choroby i różne smutne wydarzenia są bez sensu i nie ma w nich Boga, bo gdyby był, to wszystko byłoby idealnie, ludzie by nie chorowali. Racja, choroby i przykrości to wynik grzechów, naszych lub innych ludzi. Uważam, że gdyby ludzie wierzyli, że Bóg ich kocha i są Dziećmi Bożymi, to kochaliby siebie na tyle by nie karmić swoich ciał tym, co jest jawnie niezdrowe. Gdyby ludzie byli uczciwi, nie produkowaliby żywności, która bardziej truje, niż pomaga (stosując choćby GMO, sztuczne nawozy, pestycydy i całą masę innej chemii). Niestety dopóki człowiek na własnym ciele nie odczuje konsekwencji swoich złych wyborów (niestrawności, problemów z wątrobą od leków, alergie skórne), będzie myślał, że wszystko jest dla ludzi. Podobnie z życiem duchowym, czasem, gdy ktoś nie dotknie dna i nie zobaczy, jak fatalne w skutkach jest życie bez Boga, się nie nawróci.
    Dziękuję za ukryty cud uzdrowienia J.!

    Powinnam pisać pracę magisterską, ale pewna kwestia tak bardzo mnie dotyka i cały czas o niej myślę, że chyba będzie najlepiej, jeśli to przeleję na bloga, a nie na pracę :P
    Otóż od czasu do czasu zadaję sobie pytanie: czemu tak utalentowana plastycznie osoba jak ja (tak bardzo skromna przy okazji), wybrała przyrodniczy kierunek studiów? A nwet techniczny? O tych powodach już chyba kiedyś pisałam, ale przypomnę. Miałam bowiem dość artystycznego światka, tego ciągłego poszukiwania „nowego sposobu wyrażania swojego artystycznego JA” i tym podobnego bełkotu. Dla mnie sztuka powinna być przede wszystkim piękna, a jeśli ktoś mi próbuje wmawiać, że sztuką jest to co szokuje, jest oryginale, a przy okazji obrzydliwe, ja dziękuję, nie chcę być kojarzona z tego typu elementem. To właśnie dlatego nie poszłam na ASP. Drugi argument: bo nie miałam i nie chciało mi się przygotowywać teczki, trzeci: że pewnie i tak się bym nie dostała, bo mam zbyt „skostaniałe” wyobrażenie piękna i sztuki. Tak więc wszyscy łącznie ze mną są zapewne zadowoleni, że nie zostałam artystką, i na plastyku poprzestałam swój artystyczny rozwój. :D
    Chciałam też swojego czasu iść na historię sztuki, ale brat mnie skutecznie zniechęcił stwierdzeniem, że po tym kierunku, moge być co najwyżej bibliotekarką. Wydawało mi się to mało kuszące, choć moją ambicją (wtedy) tak na prawdę była praca jako kustosz w Muzeum Narodowym. Pewnie tam też bym się zaziewała na śmierć.
    A dlaczego architektura krajobrazu? W sumie to dlatego, że Łucja T. powiedziała, że jej znajoma w tym zawodzie zarabia sporo kasy. Czyli względy materialne mnie skusiły :P Ale spoko, moja postawa wobec tego kierunku ewoluowała. Teraz już nie chcę projektować pięknych ogrodów, parków czy innych terenów zieleni. W trakcie studiów przekonałam się, że nie to mnie do końca kręci. Nie czuję się w tym jak ryba w wodzie. Z jakimś takim uporem maniaka wciąż myślę o… pewnie nie zgadniecie… o drzewach.
    O tych pięknychalejach, ale i o tych mniej pięknych ale głównie o tych już nieistniejących. Przy tych ostatnich zalewa mnie po prostu krew. Nie wiem, co bardziej może mnie wkurzyć, jak właśnie taki widok. I ta właśnie reakcja jakoś podświadomie sprawiła, że studiuję teraz to co studiuję, że jestem na tej specjalizacji na jakiej jestem i piszę prace na ten, a nie na inny temat.
    Przyznaję się, jestem dendrofilem od najmłodszych lat. Jako dzieciak uwielbiałam leżeć na trawie w ciepły letni dzień i gapić się na bujające się na wietrze korony drzew. Kocham drzewa, są piękne: silne, kolorowe, dają cień, mieszkają w nich spewające ptaki, można się po nich wspinać. Jeszcze lepsze od pojedynczego drzewa jest oczywiście mnóstwo drzew, tzn las. Stąd pewnie zbieranie grzybów należy do jednych z moich ulubionych aktywności. I żaden Szu mi nie wmówi, że las nie nadaje się do rekreacji, i że w nim powinny żyć tylko dzikie zwierzęta. Nie dla prywatyzacji lasów państwowych!!!
    Ale wracając jeszcze do mojej pracy, wybór tematu i moich aspiracji trochę mnie, szczerze mówiąc, mogłoby w przeszłości szokować. Zarządzanie przecież jest bleeee (czyt. nudne). Coraz bardziej bowiem skłaniam się ku temu, by w przyszłości pracować za biurkiem jako nie przymierzając urzędnik państwowy w wydziale ochrony środowiska. Jak to napisałam całkiem niedawno na czacie mojej koleżance z liceum plastycznego, wyobraziłam sobie jej minę. Napisała tylko, że ciekawie, ale pewnie pomyślała co innego. :> Sama parę lat temu pewnie bym się wyśmiała swoje marzenie, stwierdzając, że to jakieś totalnie beznadziejne: tylko papiery i biurokracja. Poniekąd może i to nudne, ale jakoś będę przynajmniej miała narzędzia by chronić to, co piękne, a ja chcę chronić zieleń! Czuję, że taka jest moja zawodowa misja. A piszę moją pracę, by poznać dogłębnie problemy związane z drzewostanami przyulicznymi. Tzn. to wszystko jednak ma jekiś sens i ciąg przyczynowo-skutkowy. W każdym razie tak mi się wydaje :D
    No więc w tej właśnie powstającej cudownej pracy na temat zadrzewień przulicznych piszę właśnie rozdział pt: drzewa a bezpieczeństwo na drogach. Jak zajrzałam do internetu, zalały mnie wprost artykuły, dyskusje, fora, którym podstawowym pytaniem jest, czy wycinać drzewa w imię bezpieczeństwa kierujących, czy nie? Ale się naczytałam! Ile się we mnie krwi zagotowało! Temat rzeka, już sama nie wiem co o tym pisać, bo muszę zrobić jakąś selekcję. Możnaby oddzielną pracę wyłącznie na ten temat przygotować. W każdym razie, ja jestem całym sercem za tzw. „obrońcami drzew”, którzy uważają, że bezpieczna jazda po odpowiednio oznakowanych drogach, nie może spodowodować, że drzewo niespodziewanie kogoś zabije. Poziom adrenaliny szczególnie mi się podniósł, gdy przeczytałam: Wskutek rozwoju
    motoryzacji i wzrostu prędkości podróżowania [drzewa] stały się śmiertelnymi
    pułapkami czyhającymi na błąd kierowcy. Ich umiejscowienie w pobliżu
    jezdni sprawia, że nabrały cech podobnych do min; nie czynią nikomu
    krzywdy, dopóki ktoś na nie najedzie, a gdy już do tego dojdzie,
    wyzwolona energia dokona makabrycznego dzieła zniszczenia.

    Już w zasadzie sama nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.
    Jeszcze gorzej było, gdy przeczytałam iż Zastępca dyrektora do spraw Zarządzania Siecią z Zarządu Dróg Wojewódzkich w Olsztynie wypowiedział następujące słowa: „Chcemy wyciąć wszystkie drzewa z poboczy dróg Warmii i Mazur, tylko nie mamy na to pieniędzy”(!!!) Doprawdy nie wiem, jak można być takim ignorantem (!)(mam ochotę użyć znacznie bardziej dosadnych słów, ale się powstrzymuję). Dla niewtajemniczonych dodam, że najpiękniejsze i najstarsze przydrożne aleje są właśnie na północnym wschodzie naszego kraju, na obszarze, który pretenduje do miana nowego cudu natury. I tak od 2004 trwa sukcesywna wycinka drzew, które „kiedyś, gdy nie było aż tak rozwiniętej motoryzacji spełniały swoją funkcję, ale teraz trzeba je koniecznie usunąć w imię ochrony życia, zgodnie z koncepcją „dróg wybaczających” błędy kierowców” (a więc pijaństwo, nadmierna prędkość itp). Jak słyszę takie argumenty, autentczynie robi mi się słabo. Szczególnie jeśli „obrońcy drzew” są przez takich zwolenników wycinania wszystkiego w pień (na wszelki wypadek), są nazywani „oszołomami” lub egistami z całkowitym brakiem argumentów. Walory krajobrazowe, kulturowe i przyrodnicze to dla nich pojęcia całkiem abstrakcyjne i nic nie znaczące. Oni uznają aleję za coś cennego i wartego ochrony, gdy wartość „tego czegoś” będzie policzona w walucie, albo już od biedy uznane za zabytek przyrody. Mogłoby się wtedy okazać, że znacznie bardziej się opłaca wytyczyć nową, szerszą drogę, a starą ocienioną zabytkowym starodrzewem pozostawić rowerzystom i pieszym.
    Zastanawiam się, czy Ci, którzy chcieliby wyrżnąć wszystkie przyuliczne drzewa w imię ochrony życia niewinnych ludzi, tak samo głośno szczekają w sprawie delegalizacji aborcji w naszym kraju.


    • RSS