mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: przemyślenia

    Dziś większość dnia było nie za ciekawie, nie licząc możliwości złapania zapalenia pęcherza podczas radosnej pluskaniny w baseniku r=0,5m oraz kwestii polewania szlauchem przez Pawła na wszystko i wszystkich dookoła. A nie przepraszam: zaliczyłam jeszcze dwie przejażdżki rowerowe w skwarze +29 najpierw ze starszą latoroślą, potem z młodszą. W sumie było więc nie najgorzej, ale ciągle siedziało we mnie to, o czym pisałam w poprzedniej notce.

    Tak się jakoś mi sympatycznie złożyło, że dzieci zasnęły o 17:20, co skłoniło mnie do rozkminki: iść czy nie iść na mszę do Kościoła. Bóg mi świadkiem, że okropnie mi się nie chciało. Miałam bowiem focha na Niego, że tak mało jest ostatnio szczodry w swojej dobroci wobec mnie. Oczywiście w mojej subiektywnej ocenie. No ale wiedząc, że od dłuższego czasu raczej jestem w strapieniu, to uznałam: „Któż jak nie Bóg może mi dać miłość, radość i generalnie to, czego mi tak bardzo brak?” Poszłam. W trakcie złożyłam na ołtarzu wszystko, co w ostatnim czasie tak mnie gniotło i uwierało: mój żal, egoizm itd. W trakcie Mszy przypomniałam sobie mój Kurs Emaus.

    O genialności Kursów Szkoły Nowej Ewangelizacji mogłabym długo, ale może jednak innym razem. W każdym razie mam nadzieję, że nie będzie złamaniem tajemnicy kursu, to co tu napiszę. Dopiero po około 3 latach od przerobienia tych treści zaczynam je rozumieć i wcielać w życie. Tak wiem, mam niezły zapłon. ;D

    W tym miejscu zamiast wklejania przydługiego cytatu z Pisma Świętego wklejam link dla chętnych do przypomnienia sobie do czego będę się odnosiła w dalszej części notki:

    http://mateusz.pl/ksiazki/ja-cd/ja-cd-414.htm

    Ja nie miałam nigdy szczególnej ochoty na ruszanie się z Jerozolimy. Uparcie chciałam tkwić w wiecznej radości. Mówili mi, Marta tłumisz emocje, wszystko tłumisz. Ja potakująco kiwałam głową (niewiele z tego niestety rozumiejąc) i sobie siedziałam w tej Jerozolimie (najpewniej gdzieś w okolicach ściany płaczu). Gdy natomiast ktoś szedł do Emaus, to w myślach oceniałam „mięczak, ja taka miętka nie będę. Trzeba być twardym, a nie miętkim” (błędy celowe), „Nie, ja z niczym w zasadzie nie mam problemu. Wierzę, a jakże! Moja wiara jest TAAAKA, że ciągle się raduję” (Błahahahaha! :D) A potem zwykle taki dół, jak rów Mariański. Prawdę rzecze Ojciec Szustak, że głównym zajęciem Ducha Świętego w nas to odkłamanie nas i uświadomienia nam, czego na prawdę pragniemy.

    Zapomniałam tego, co w Kursie Emaus było dla mnie wielkim odkryciem! Ech ta pamięć dziurawa jak ser Radamer z Biedronki…
    Poza tym nie wiedziałam, jak ta podróż do Emaus ma (w konkrecie) wyglądać. Nie za bardzo chciało mi się szukać jeszcze swojego Kleofasa. (Z tymi Kleofasami zawsze miałam problemy). Bo jeszcze by się okazało, że nikt nie ma ochoty słuchać moich jęków i stęków, no i płaczu. Lub nie daj Boże jakieś rady by mi po drodze sprzedawał. Ja rady bardzo, baaaaardzo lubię, ale wtedy, gdy o nie proszę. W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że już sobie wreszcie wbiję do tego mojego słodkiego łebka, że aby zaznać radości ze spotkania z Jezusem, niestety trzeba (no kurczę blaszka!) iść do tego głupiego Emaus z tym swoim Kleofasem. Wylać mu swoje żale, a Jezusowi wytłumaczyć życzliwie „Ja nie TEGO się po TOBIE spodziewałam!!! Co to w zasadzie za podchody i zabawa w kotkę i myszkę ma być???!!! Za stara jestem na takie numery i generalnie ich nie lubię, więc proszę się na przyszłość trochę ogarnąć!” Potem przychodzi pokora: „Już mi trochę ulżyło, więc: no dobra, w zasadzie jesteś Bogiem, pewnie wiesz lepiej, co dla mnie dobre. Niech się dzieje Twoja wola. Ja już się na wszystko zgadzam. W ciemno. Serio.” No to w ciemno potem człowiek ma siłę na bieg z powrotem do Jerozolimy by mówić innym „God is good, all the time”.
    Ja to dziś przeżyłam na tej Mszy Świętej. To było fantastyczne. I nawet ksiądz w pewnym momencie wspomniał, że uczniowie z Emaus poznali Jezusa po łamaniu chleba, więc już w ogóle się rozpływałam, że chyba te moje rozkminki całkiem na miejscu były.

    Mam teorię: jeszcze nie sprawdzoną, że może jeśli uda mi się dobrze przeżywać drogę DO Emaus, przestanę ryczeć, jak żywa fontanna. To byłoby cudowne! B-))
    Dziękuję moim Kleofasom. Szczególnie Agnieszce. Dziękuję Słońce, że jesteś. :* Już do nikogo nie mam żalu, że komentarzy nie ma pod notkami. Możecie mi prywatnie pisać, mówić. To było dziecinne, ale wiecie z kim ja się na co dzień zadaje. To mnie usprawiedliwia. :P
    Wszystkim dedykuję piosenkę:

    Odkąd mam dzieci nie mam praktycznie łatwych i przyjemnych dni. Każdy jest trudny, albo bardziej trudny. Wyjątkiem jest czas, gdy mam domoferie, rekolekcje lub jakiś inny czas bez dzieci. To rzadka przyjemność. Wczoraj był bardzo trudny dzień. Bardzo chciałam się tu wieczorem wyżalić, ale robiłam dla odmiany coś bardzo pożytecznego i nie zdążyłam. Wyspać się też za bardzo nie zdążyłam, ale damy radę. Pisałam mianowicie regulamin opieki nad moimi dziećmi. Może to jakoś pomoże mi egzekwować sposób zajmowania się Pawłem i Aliną bez strachu, że zostaną poranieni. Ta bo niestety stare metody wychowawcze oparte na strachu, groźbach i karach ranią. Mnie poraniły i nie chcę, by podobnie dotykały moje dzieci. Długo się miotałam w kwestii wyboru metody wychowawczej. Brakowało mi konsekwencji. Bo nie wiedziałam w czym mam być konsekwentna. Co osoba, to opinia.

    http://foch.pl/foch/1,132040,17983548,Jak_byc_matka_idealna__To_bardzo_proste_.html

    Swego czasu popłakałam się przy tym ze śmiechu, tylko problem w tym, że tak właśnie ludzie gadają. I weź tu człowieku bądź mądry i pisz wiersze.

    Niedawno w naszej wspólnocie podczas już kolejnego wylania Ducha Świętego szczególnie prosiłam o dar mądrości. Bym potrafiła mądrze, w atmosferze szacunku i miłości wychowywać moje dzieci. Nie wiedziałam jak, wszystko raczej robiłam intuicyjnie i w oparciu o książki „Rodzeństwo bez rywalizacji” i „Jak mówić/jak słychać”. Niedługo po tej modlitwie trafiłam na szkolenie odnośnie Pozytywnej Dyscypliny. Myślę, że to super metoda, bo wreszcie odpowiada na większość pytań, które rodziły się w mojej głowie, a nie znajdowałam na nie sensownych odpowiedzi. Za bardzo mądre stwierdzenie uważam, że DZIECI ZACHOWUJĄ SIĘ ŹLE, GDY SIĘ ŹLE CZUJĄ. Niby takie oczywiste, ale my często mamy inne założenia: np. nie szanuje mnie, robi mi na złość, chce, żebym cierpiała itp. Tym czasem czasem wystarczy dziecko nakarmić, przytulić, sprawić by poczuło się ważne, potrzebne.
    I świetne było też wyjaśnienie, że w stresie wyłącza się w mózgu strefa korowa i nawet najbardziej logiczne argumenty (do których zwykle nie jesteśmy zdolni, bo nam też się to szybko wyłącza) do dziecka nie trafią i jedynym sensownym wyjściem jest zrobić sobie przerwę. I to nie jest kara w kącie. Przetestowałam, to na nic.
    A odnośnie wyżalania myślę, że wystarczy jak umieszczę tu psalm, który wczoraj czytałam według porządku „Biblia w 2 lata”. Nie wybierałam tekstu, ale Słowo Pańskie ma taką moc, że zwykle genialnie trafia w moją sytuację. I ja nie mogę przestać się tym zachwycać. :-)

    Psalm 120
    1Do Pana w swoim utrapieniu
    wołałem i wysłuchał mnie.
    2 Panie, uwolnij moje życie
    od warg kłamliwych
    i od podstępnego języka!
    3 Cóż tobie [Bóg] uczyni
    lub co ci dorzuci,
    podstępny języku?
    4 Ostre strzały mocarza
    i węgle z janowca.
    5 Biada mi, że przebywam w Meszek
    i mieszkam pod namiotami Kedaru!
    6 Zbyt długo mieszkała moja dusza
    z tymi, co nienawidzą pokoju.
    7 Gdy ja mówię o pokoju,
    tamci prą do wojny.

    W ostatnim czasie słucham też relacji z Przystanku Jezus. Z roku na rok coraz bardziej chcę tam być. W radiu Profeteo są świetne auducje. Szczególnie polecam Agnieszce (fance AC/DC) posłuchać sobie wieczorem. Biskup Ryś niecałą dobę po opublikowaniu mojej notki na temat tego, że trzeba być radykalnym, użył tego samego cytatu co ja. I w sumie ten komentarz mi wystarczy. Innych już nie potrzebuję, ale będzie mi miło, jak się pojawią. :-)

    Na rekolekcjach „Jezus na stadionie” Ojciec John mówił m.in. o dumie z bycia moherowym beretem. Ja już od dłuższego czasu utożsamiam się z tym określeniem. Podobnie jak z ciemnogrodem, średniowiecznymi poglądami i wszelkim innym wstecznictwem. Nie jestem i nie będę nowoczesna. Jeśli dla kogoś nowoczesność oznacza wyrzekanie się dobra i piękna w imię jakiegoś chorego naturalizmu, nihilizmu, czy po prostu źle pojmowanej wolności, to ja się pod tym nie mam zamiaru podpisywać.
    Pewnie wiecie, że skończyłam liceum plastyczne. Kiedyś, gdy odkryłam, że mam talent plastyczny, zakwitł w mojej głowie pomysł, żeby zostać kiedyś sławną malarką. Kiedyś takie rzeczy jak sława i pieniądze serio mnie kręciły. ;-) Moim ulubionym przedmiotem była historia sztuki. Bardzo poważnie rozważałam taką właśnie swoją ścieżkę kariery. Do tego stopnia, że jak wszyscy z mojej klasy zdawałam ten przedmiot na maturze. W sumie nie było mi to do niczego potrzebne. Zrobiłam to trochę dla sportu – sprawdzenia się. Nie poszłam jednak studiować tego kierunku. Oficjalny powód był taki, że to zawód bez perspektyw na pracę. A ten bardziej autentyczny, to był mój strach. Bałam się, że jak pójdę na ASP będę miała równie zryty beret, jak większość współczesnych „tfórców”, których kazali nam podziwiać w galeriach typu Zachęta. Nie chciałam być utożsamiana ze środowiskiem, które oklaskuje najbardziej szokujące i obrazoburcze wytwory chorych wyobraźni. Jasne, nie wszyscy artyści tworzą złe dzieła. Nawet pewnie jest tak, że 90% tworzonej sztuki niesie ze sobą dobre przesłanie, a tylko najbardziej jaskrawe i szokujące produkcje są nagłaśniane w mediach. Wiadomo, zło jest znacznie bardziej medialne. Ja jednak miałam po prostu dość nauczycieli, którzy próbowali wpłynąć na to, co ma się mi podobać, jak mam „wyrażać siebie” (a to najNAJnaj ważniejsze! wiadomo) i jak mam myśleć. Słusznie sądziłam, że na uczelni nastawionej na fakty, odpocznę. Nauka o mitozie, mejozie i wielu łacińskich nazw kwiatków, drzew i krzewów, była jak balsam na moje skołowane i osamotnione po liceum serce.
    Z resztą ja bym nawet nie miała szans dostać się na ASP, bo nie posiadałam teczki (czyli około 40 prac w formacie powyżej A3). Wszystkie prace wykonane w liceum musiały w liceum pozostać i zgnić na strychu. Takie przepisy. A czemu nie byłabym w stanie wykonać teczki? Cóż, w czwartej klasie nie byłam już pewna, czy w ogóle umiem dobrze trzymać pędzel, nie mówiąc już o tym, czy potrafię coś wartościowego namalować (szczególnie w znienawidzonych technikach: plakatówka, olej, akryl). Czułam się wielkim zawodem mojej wychowawczyni. Taka zdolna, taka mądra, a potem taka kicha. Cudem w ogóle zdałam ten dyplom. Dzięki Ci Boże! Do dziś mam koszmary, że ja tam jeszcze muszę wrócić i coś zaliczać. Nie chcę powiedzieć, że ta szkoła była największą pomyłką mojego życia. Chyba nie, mimo wszystko, sporo się nauczyłam. Ale ta atmosfera, moja klasa, Ci sfrustrowani nauczyciele i równie sfrustrowani uczniowie sprawili, że mi się zwyczajnie odechciało malować, rysować, tworzyć. Musiałam co prawda jeszcze potem to robić na studiach, ale już w innym gronie pedagogicznym, było to jakieś mniej bolesne. Po zakończeniu studiów znowu miałam tego dosyć, odpoczywałam od mojej pasji prawie 4 lata z niewielkimi przerwami.

    Już nawet nie pamiętam w którym roku (chyba 2002 roku) na mojej Oazie I st. ktoś życzył mi, żeby mój talent służył Bogu. Ja też tego pragnęłam, ale bardziej wtedy wyobrażałam to sobie, jako malowanie fresków w kościołach, czy projektowanie witraży. Cieszę się, że realizuję swoje marzenia w inny, ale chyba bardziej przystępny i pożyteczny sposób.

    Chciałam tu jednak napisać o czymś innym. Nie wiem, czy ktoś z was wie, że miałam najcudowniejszy z możliwych temat prezentacji maturalnych: „Motyw syna Marnotrawnego w literaturze i sztuce”. To chyba była jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły w liceum. Wykorzystałam tam fragmenty z książki, która w tamtym czasie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mówię tu o książce „Radykalni”. To świadectwo nawrócenia muzyków. Jednak to, co zapamiętałam z niej szczególnie, to właśnie tytuł. :-)
    Odczytałam to jako zaproszenie dla mnie, bym ja też była radykalna. Nie taka trochę, na pół gwizdka.

    Czas na jeden z ulubionych cytatów:

    „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
    Obyś był zimny albo gorący!
    A tak, skoro jesteś letni
    i ani gorący, ani zimny,
    chcę cię wyrzucić z mych ust.
    Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,
    a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,
    i biedny i ślepy, i nagi.” Ap3,14-17

    Problem jednak w tym, że ludzie wokół mnie, mają ze mną problem. Wciąż słyszę, że przesadzam. Co innego, gdybym się tyle modliła, słuchała tych wszystkich konferencji, czytała tyle religijnych książek, będąc np. w zakonie. Wtedy chyba wszystko byłoby Ok. Nikogo by nie raziło, że Bóg tu, Bóg tam i generalnie wszędzie. Ale że matka i świecka żona, tyle się zajmuje religią, to w oczach wielu nie jest ani normalne, ani dobre. Ech…

    Może nawet powinnam się z tego cieszyć w myśl słów:

    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
    „Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.”(Mat. 5:11-12)

    Ale niestety trudno się z tego tak na co dzień cieszyć. Wmawiają mi, że Kościół wyprał mi mózg, że jestem w sekcie. Gdy to się tak często słyszy, człowiek się zaczyna zastanawiać: czy aby faktycznie nie przeginam. Niech kto chce, oceni to w komentarzu. Nie obrażę się, serio. Chce wiedzieć, co o tym myślicie.

    Może jeszcze jedno krótkie wyjaśnienie, czemu ja staram się być taka radykalna. Otóż może i ktoś ma taką łaskę, że wystarcza mu niedzielna Msza Święta + ewentualnie rekolekcje w parafii raz w roku (żeby sobie naładować duchowy akumulator) i faktycznie jego wiara się umacnia. Ale dla mnie to rozpaczliwie zbyt mało. Mam ciągle w głowie słowa, które też na jakiejś Oazie usłyszałam: „Kto się nie rozwija, ten się cofa.” Nie umiem naładować się dłuższy czas. Przykład: budzę się rano po cudownych rekolekcjach i już znowu jestem poganką, która nie wie jak żyć.  Mąż mnie wkurza, dzieci drażnią i nic mi się nie chce. Ktoś powie, to po grzyba tyle się starać, jeździć gdziekolwiek. Jest po co. Gdy jest poranna modlitwa, lektura Pisma Świętego to ustawia mi cały dzień. Mam siłę daną z nieba, żeby przeżyć kolejny trudny dzień, nie raniąc przy okazji ludzi wokół. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J,15:5) Bez Jezusa umiem tylko grzeszyć. Nic dobrego. Smutne ale prawdziwe. Myślę, że wielkim kłamstwem szatana jest właśnie wpojenie ludziom przeświadczenia, że czynienie dobra bez Boga jest najbardziej możliwe. Nie wiem czy to prawda. Możliwe, że herezja. :-)

    A kolejne rekolekcje to taki radosny, barwny punkt w mojej codziennej szarości. Coś na co czekam z utęsknieniem, by pobyć z Jezusem i braćmi oraz siostrami w wierze, znacznie dłużej niż mogę to robić na co dzień.

     

    Macierzyństwo przyszło do mnie z taką wielką łaską, że musiałam się ogołocić z rzeczy zbędnych: z gier komputerowych, seriali i telewizji w ogóle. Po prostu nie ma na to czasu. I bardzo dobrze. Uczę się (a przynajmniej mam takie wrażenie) wybierać tylko rzeczy ważne, takie, które faktycznie przynoszą niezniszczalną korzyść. Mimo to, bardzo wiele jeszcze pracy przede mną. Na szczęście nie będę z tym sama.

    „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze – przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” (Flp 3,8-14)

    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    To, cośmy usłyszeli i poznali, *
    i co nam opowiedzieli nasi ojcowie,
    opowiemy przyszłemu pokoleniu *
    chwałę Pana i Jego potęgę.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    Aby wiedziało przyszłe pokolenie, *
    synowie, którzy się narodzą,
    że mają pokładać nadzieję w Bogu †
    i nie zapominać dzieł Bożych, *
    lecz strzec Jego poleceń.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    A niech nie będą jak ich ojcowie, *
    pokoleniem opornym buntowników,
    pokoleniem, którego serce jest niestałe, *
    a duch nie dochowuje wierności Bogu.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.

    Mam w sercu wiele spraw, które czasami aż wołają, by o nich powiedzieć, ale często nie mówię. Dlaczego? Bo się boję, niezrozumienia, odrzucenia. Gdybym miała wybrać jakąś postać z bajki i przyjąć sobie jej imię, to z pewnością byłby to Chojrak, tchórzliwy pies. Ktoś oglądał? Bardzo głupia bajka, nie polecam, ale nazwa głównego bohatera, jak dla mnie adekwatna.
    Może z zewnątrz tego nie widać, ale często jestem jak osika na wietrze, drżąca o to, co będzie. I wtedy przypominają mi się słowa: „Prawdziwa wiara usuwa lęk.”
    Wiem coś o tym.
    Widzę, jak wiele się zmieniło i zmienia w swoim życiu. Odkąd oddałam swoje życie Jezusowi, stałam się bardziej otwarta na ludzi. Nie widzieliście mnie, gdy w podstawówce szłam specjalnie ze szkoły okrężną drogą, byle tylko nie musieć z nikim gadać. Byle tylko nikogo nie spotkać, bo będę musiała powiedzieć „Cześć”, lub „Dzień dobry”, albo nawet zacząć prowadzić dialog. Taki dzikus był ze mnie. Porównując co było, a co jest, to myślę, że wydarzył się prawdziwy cud. Ale mam jeszcze nad czym pracować.
    Po wielu rozważaniach za i przeciw, czy tego bloga w ogóle prowadzić, uznałam, że tak. To chyba jednak jest mi potrzebne. Jakby terapia, czy coś. :P
    W dzisiejszym zamotanym świecie ciężko się spotkać w cztery oczy, pogadać. A jeszcze na takie głębsze rozmowy, nie zawsze są sprzyjające okoliczności. A ten blog to taka namiastka spotkania. Nikt mi przy tym nie przerywa. Cudowne. :D
    Ale przechodząc do sedna, ja chciałabym się na tym blogu przede wszystkim dzielić tym, co Bóg robi w moim sercu, jak mnie zmienia. Myślę, że często ludzie myślą, że Bóg tak sobie siedzi gdzieś w niebie i co najwyżej od czasu do czasu na nas spojrzy, jak mu się zechce. Nie! On jest żywy. Coraz lepiej dostrzegam Jego subtelną pomoc, małe cuda, które wydarzają się bez przerwy. Choćby to, że dzisiaj byłam u spowiedzi i potem przeżyłam trudny wieczór kładąc moje maluchy spać. Miałam na prawdę duużo cierpliwości. I nawet nic na siłę nie robiłam, nikogo nie doprowadziłam do spazmatycznego płaczu, nikogo nie uszkodziłam. Wiecie co? To cud! Alleluja! Skąd ja bym brała do tego wszystkiego siły, gdybym nie była wierząca. Czy bym w ogóle żyła?
    Chciałabym na koniec wrzucić linka do świadectwa jakie w ostatnim czasie napisałam, bo świadectwo to jest to, co mnie do Boga przekonuje najbardziej. Jest najbardziej autentyczne i w ogóle. :-) Tylko wkurzam się nieco, bo mi przeglądarka się ślimaczy i link się nie chce otworzyć. Ci za złośliwość rzeczy martwych! Wiecie jak mam na imię, więc sobie znajdziecie http://msza.bartymeusz.pl/swiadectwa

    Dobranoc


    • RSS