Po przejrzeniu starych notek, z przerażeniem odkryłam, że jest ich tak dużo. Nie mam już siły na recenzowanie wszystkich, czy się nadają do czytania przez znajomych czy się nie nadają, w związku z tym strach mnie obleciał i już się nie chcę otwierać. Chyba po prostu otworzę drugiego bloga, takiego bardziej publicznego. Tak będzie lepiej.
No ale jest parę osób, którym chcę upublicznić mojego bloga. Może im to w czymś pomoże?? Sama nie wiem, oby…

W kwestii formalnych, warto byłoby napisać na początku są się działo od ostatnich notek. Zaczęłam pracować pod koniec listopada w bardzo fajnej małej firmie. To dzięki Domowemu Kościołowi, gdzie poznałam prezesa firmy, gdzie mnie zatrudniono. Jest to wymodlona praca, bo kto to widział być zatrudnionym po wydrukowaniu pierwszego CV? Taki oto cud dzięki Josemarii Escrivie. Praca mi się podoba, bo w zaskakujący sposób łączy zmysł artystyczny, z ochroną przyrody. Uczy organizacji. Nie jest nudna, bo sporo różnorodnych rzeczy jest do wykonania. Najfajniejsi są jednak ludzie, którzy są normalni. Nie zawsze miałam szczęście spotykać normalnych, fajnych ludzi na poziomie. Może zmieniła mi się optyka patrzenia, ale wczesne lata szkolne nie były dla mnie czasem satysfakcjonujących znajomości. Pewnie właśnie z tego powodu uciekłam do Warszawy…
W każdym razie i Warszawie z pewnością jest masa świrów. Jakie to szczęście, że już na nich nie trafiam. W każdym razie słuchając różnorodnych opowieści o beznadziejnych pracach, mobbingu, pracach w korporacjach, zazdrości i podkopywaniu się wzajemnie, tak byłam zestresowana swoją rozmową kwalifikacyjną. Wyszła ona mega dziwnie, ale cieszę się, że w efekcie robię, co lubię. Byliśmy nawet na wyjeździe integracyjnym. Ponieważ po czasach studenckich, hasło „integracja” (integracja kwadratu! xDDDDD) mimo wszystko kojarzy mi się nadal mega pozytywnie, niewiele się zastanawiając pojechałam. Z lekkimi obawami, jak to będzie. Czy się nie popiją, czy ja wyjdę znowu na świętoszkowatą mocherówkę, czy będę potrafiła się odnaleźć w tym towarzystwie? Na szczęście nie było źle, a nawet bardzo dobrze. Ten wyjazd przekonał mnie do dwóch rzeczy:
1. Mam na prawdę fantastycznych ludzi w dziale,
2. Nie warto się upijać, bo (teraz wszystkich zaskoczę odkrywczymi spostrzeżeniami)
-na kacu człowiek źle się czuje i np. ma trudności mówieniem i w ogóle funkcjonowaniem
-w trakcie picia nie ma wyczucia ile to jeszcze jest bezpieczna ilość alkoholu
-może gadać głupoty, lub prawdziwe rzeczy które myśli, a jednak nie powinien ich mówić,
-alkohol spożywany w dużej ilości uszkadza wątrobę, mózg, powoduje okropne zmiany skórne na ciele (nikt mnie nie przekona, że pijaczki mają piękną i zdrową cerę)

Gdy już mowa o zdrowiu, to przejdę do tego głównego tematu, który chciałam podjąć, a mianowicie do rewolucji jaka ostatnio odbywa się w mojej głowie. Być może część z was pamięta, że 2 lata temu postanowiłam ograniczyć pszenicę (w tym gluten) oraz nabiał. Z czasem bardzo ograniczyłam cukier rafinowany. Ograniczyć, ograniczyłam, ale nie wyeliminowałam i zanotowałam bardzo pozytywne rezultaty: pozbyłam się trądziku (przynajmniej na twarzy), zmniejszyłam dolegliwości trawienne w tym przepuszczalność jelit (test buraka wychodzi już całkiem, całkiem). W między czasie dowiedziałam się, że rak to nie wyrok.

Rok temu J. liderka wspólnoty charyzmatycznej zachorowała na raka. Przeszła operację. Po operacji (w szpitalu o którym miałam bardzo dobrą opinię), chcieli jej natychmiast zaserwować chemię.

Tu muszę coś wtrącić: bardzo się boję chorób nowotworowych. Po czytaniu jak ciężko chore dzieci cierpią w szpitalach chore na białaczkę i inne paskudstwa, ja wymiękam. Gdy czytam historie mam, które poświęciły swe życie na opiekę nad chorymi dziećmi, podziwiam i współczuję, a jednocześnie modlę się do Boga: proszę, żeby mnie to nie spotkało. Nie wiem czy miałabym tyle siły. Z tego strachu zaczęłam się interesować tym tematem. Na rekolekcjach rok temu siedziałam na przeciwko pary, która leczyła się dietą bezglutenową. Ta pani miała okropną astmę, a po czasie zobaczyła wielką różnicę na plus. Oni polecili mi książkę „Ukryte terapie”. Przeczytałam i muszę przyznać, że jest dla mnie to lektura wstrząsająca. Mimo, że autor zapewne w wielu kwestiach się myli, to jednak całościowy światopogląd jak dla mnie się klei. Jako to pogląd? Ano taki, że chociażby nowotwór i każda inna choroba jest spowodowana przez źle działający układ odpornościowy. Choremu nie potrzeba jakiegoś konkretnego składniku leku, ale naturalnej substancji, której było za mało, czegoś za dużo. On dużo pisze o witaminach o tłuszczach. O tym, czego pełno się pisze w literaturze popularnonaukowej, w necie, ale jakoś mało który lekarz je przepisuje. W każdym razie to, co ja już obserwowałam na swoje skórze (dosłownie i w przenośni), diagnostyka co komu jest i dlaczego, w moim przypadku leżała i kwiczała. Na trądzik: antybiotyk, a po zakończeniu terapii natychmiastowy powrót i jeszcze jeden i jeszcze raz. Dlaczego żaden dermatolog nie wpadł na to, że to alergia lub nietolerancja pokarmowa? A może pasożyty? A może nieszczelne jelito?
Wracając jednak do tematu głównego, przeczytawszy książkę Zięby, miałam nadzieję na to, że raka można wyleczyć natuaralnymi sposobami, bez zastosowania chemii, która bardziej wszystko niszczy (w tym właśnie niezwykle potrzebny układ odpornościowy), niż doprowadza do celu (a celem dla onkologa jest głównie zmniejszenie nowotworu, a terapię uznaję się za udaną, jeśli uda się przedłużyć życie pacjentowi o 3 miesiące). Kto nie wierzy, niech obejrzy https://www.youtube.com/watch?v=qO6EJ7D4aCE
Kłamanie w tak delikatnej sprawie, jaką ta kobieta przeżyła, uznaję za niemożliwe.

W każdym razie choroba J. przypadła właśnie w czasie, gdy ja przeczytałam Ukryte terapie, z wielką wątpliwością, czy to aby nie są pobożne życzenia, czy nasz system ochrony zdrowia jest na tyle chory, by te patologiczne sytuacje mogły być realne? Ścieżkę przetarła A. borykająca się z guzem mózgu, który już dwukrotnie był wycinany. Leczyła się radioterapią. Nam na spotkaniu mówiła. Na pierwszą „terapię” poszła sama, na drugą wieźli ją na wózku, na trzecią już łóżkiem. Na kolejną już się nie zdecydowała, bo pewnie wywieźliby ją pod białym prześcieradłem. Po jakimś czasie spotkałam ją w centrum handlowym jak była na zakupach z synkiem. Pytałam ją jak się czuje. Ona że Ok i teraz próbuje naturalnych metod. Nie wiem czy wszyscy ze wspólnoty o tym wiedzą. Powiedzenie, że ktoś guza w mózgu leczy alternatywnymi metodami, to nie lada odwaga. Też bym nie każdemu powiedziała. Wiem, bo sama kiedyś myślałam, że to jakieś totalne szaleństwo, głupota. Przecież lekarze nie robili by czegoś co szkodzi pacjentowi, myślałam. Warto im zaufać, myślałam.
Teraz myślę, że ufanie każdemu lekarzowi to głupota. Są dobrzy lekarze, poszerzające swoje wiadomości. Tacy, którzy nie wahają się spróbować czegoś, co nie jest mu podane na tacy przez przemysł farmaceutyczny. Ale są i tacy, co mają gdzieś dobro pacjenta, a jeśli da się zarobić na podaniu chemii, to tym lepiej dla niego (w sensie lekarza).

Tak właśnie nastrojona rozmawiałam z J., która była wtedy w szpitalu. Operację miała straszną, poparzyli jej w trakcie plecy, tak mocno, że miała po prostu ogromną ranę od której mocno cierpiała. W jej stanie pomagała jej świadomość modlitwy wspólnoty oraz bliskość Boga, którą czuła. Ona, jak mówiła, była skupiona na tym, by przetrwać do wieczora, bez planu co dalej, ufająca lekarzom, którzy powiedzieli, że jak tylko poprawią jej się wyniki z krwi, dostanie chemię. Ja byłam przerażona, bo ona nie za bardzo wiedziała nawet, że jej wypadną włosy i będzie się czuć okropnie. Ja to wiedziałam, bo trochę się tych różnych powieści obyczajowych w życiu przeczytało, trochę filmów obejrzało. Wcześniej popatrzyłam w internecie, hasło: uleczenie z raka. Mało opowieści o tych, co pokonali chorobę lecząc się onkologicznie, mnóstwo historii o alternatywnych sposobach. Myślałam: albo oni mają bardzo rozbijane ego, by tak w internetach dokładnie pisać co jedli, czym się leczyli i u kogo, albo, tych, którzy wyleczyli się tradycyjnie nie ma zbyt wiele, albo nie są z tego dumni, albo nie mają potrzeby dzielić się swym doświadczeniem. No bywa i tak. Zrobiłam małą sondę i wyniki były podzielone. Niektórzy się leczyli tak, inni inaczej.
W każdym razie, chyba dobrze zrobiłam pisząc do J. maila, że jak już wydobrzeje, niech się zastanowi, jakie leczenie chce wybrać, bo nikt nawet najlepszy lekarz, nie powinien decydować za nią, gdy jest przytomna. Po jakimś czasie J. została wypuszczona do szpitala, ponieważ nie kwalifikowała się na chemię z powodu tej okropnej rany na plecach i bardzo słabej hemoglobiny. Chciałam się bardzo spotkać z nią, żeby jej ewentualnie zaproponować, że mogę uruchomić poszukiwanie lekarza, zielarza, co chce. I jeszcze chciałam jej powiedzieć o Ukrytych terapiach. Jakoś jednak się tak składało, że spotkać nam się nie udało, a zbliżały się wspólnotowe rekolekcje, z którymi dodatkowo było dużo zmartwień. One jednak mimo przeciwności się odbyły i nawet przyjechała nasza liderka. Wyglądała pięknie, mimo że schudła. Była pełna radości, że jest z nami i mogła uczestniczyć w adoracji Najświętszego Sakramentu. Wszyscy chyba się poczuli, jakby po prostu anioł przyleciał. Okropnie ją kochamy wszyscy. Potem była narada w jadalni. Wszyscy się pytali, jak się czuje, jak z chemią itp. Ona opowiedziała, że dzięki tej ranie na plecach, znalazła lekarza chirurga, który nie dość, że zajął się jej plecami, to jeszcze przygotował dla nie program leczenia naturalnymi metodami. Wszyscy takie oczy O_O. Ja jeszcze z nią nie gadałam i w ogóle jakoś specjalnie nie lobbowałam za terapią naturalną, choć miałam ochotę to zrobić, więc oczy tym bardziej miałam jak 5 zł, ale się ucieszyłam. Widać było, że Bóg nad tym wszystkim czuwa. J. opowiedziała piękne świadectwo o tym. Była w niej wtedy w kuchni taka pewność, że ja byłam totalnie zdziwiona, bo wątpliwości nadal mam, ale coraz mniejsze. Pojawiły się też głosy sprzeciwiające się skuteczności, ale razem z J. już trzymałyśmy sztamę i razem broniłyśmy sensowności tego typu leczenia, które ma za zadanie odbudowanie systemu odpornościowego.
Potem J. zaczęła przychodzić też na spotkania wspólnoty. Z każdym mówiła, że się czuje coraz lepiej i ma więcej sił. Ogromnie się cieszyliśmy. W końcu, tuż przed wakacjami, podzieliła się wiadomością, że odebrała wyniki i są bardzo dobre. Normalnie happy end!
Jestem pewna, że Bóg nad nią czuwał i ta cała sytuacja wynikła z Jego woli. Tuż przed całą operacją rozważaliśmy we wspólnocie ten fragment Pisma Świętego:

25 Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? 26 Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? 27 Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę7 dołożyć do wieku swego życia? 28 A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. 29 A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. 30 Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? 31 Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? 32 Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. 33 Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. 34 Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy8. (Mt, 6, 25-34)
Jak się tym dzieliliśmy, miałam przedtem pustkę w głowie, nie wiedziałam nad czym powinnam się skupić. Czy o tym, że jestem już od jakiegoś czasu zbzikowana na temat jedzenia, czy o moich lękach. Zwróciłam wtedy jednak uwagę na to, co aktualnie przeżywałam, a mianowicie ciągłe infekcje uszu moich dzieci, które w owym czasie zaczęłam leczyć imbirem, goździkami, marchewką, jabłkiem, czyli generalnie zdrowym jedzeniem. Możecie wierzyć, lub nie, ale to zadziałało.
Często ludzie mówią, że choroby i różne smutne wydarzenia są bez sensu i nie ma w nich Boga, bo gdyby był, to wszystko byłoby idealnie, ludzie by nie chorowali. Racja, choroby i przykrości to wynik grzechów, naszych lub innych ludzi. Uważam, że gdyby ludzie wierzyli, że Bóg ich kocha i są Dziećmi Bożymi, to kochaliby siebie na tyle by nie karmić swoich ciał tym, co jest jawnie niezdrowe. Gdyby ludzie byli uczciwi, nie produkowaliby żywności, która bardziej truje, niż pomaga (stosując choćby GMO, sztuczne nawozy, pestycydy i całą masę innej chemii). Niestety dopóki człowiek na własnym ciele nie odczuje konsekwencji swoich złych wyborów (niestrawności, problemów z wątrobą od leków, alergie skórne), będzie myślał, że wszystko jest dla ludzi. Podobnie z życiem duchowym, czasem, gdy ktoś nie dotknie dna i nie zobaczy, jak fatalne w skutkach jest życie bez Boga, się nie nawróci.
Dziękuję za ukryty cud uzdrowienia J.!