mademioselle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: wiara

    Po przejrzeniu starych notek, z przerażeniem odkryłam, że jest ich tak dużo. Nie mam już siły na recenzowanie wszystkich, czy się nadają do czytania przez znajomych czy się nie nadają, w związku z tym strach mnie obleciał i już się nie chcę otwierać. Chyba po prostu otworzę drugiego bloga, takiego bardziej publicznego. Tak będzie lepiej.
    No ale jest parę osób, którym chcę upublicznić mojego bloga. Może im to w czymś pomoże?? Sama nie wiem, oby…

    W kwestii formalnych, warto byłoby napisać na początku są się działo od ostatnich notek. Zaczęłam pracować pod koniec listopada w bardzo fajnej małej firmie. To dzięki Domowemu Kościołowi, gdzie poznałam prezesa firmy, gdzie mnie zatrudniono. Jest to wymodlona praca, bo kto to widział być zatrudnionym po wydrukowaniu pierwszego CV? Taki oto cud dzięki Josemarii Escrivie. Praca mi się podoba, bo w zaskakujący sposób łączy zmysł artystyczny, z ochroną przyrody. Uczy organizacji. Nie jest nudna, bo sporo różnorodnych rzeczy jest do wykonania. Najfajniejsi są jednak ludzie, którzy są normalni. Nie zawsze miałam szczęście spotykać normalnych, fajnych ludzi na poziomie. Może zmieniła mi się optyka patrzenia, ale wczesne lata szkolne nie były dla mnie czasem satysfakcjonujących znajomości. Pewnie właśnie z tego powodu uciekłam do Warszawy…
    W każdym razie i Warszawie z pewnością jest masa świrów. Jakie to szczęście, że już na nich nie trafiam. W każdym razie słuchając różnorodnych opowieści o beznadziejnych pracach, mobbingu, pracach w korporacjach, zazdrości i podkopywaniu się wzajemnie, tak byłam zestresowana swoją rozmową kwalifikacyjną. Wyszła ona mega dziwnie, ale cieszę się, że w efekcie robię, co lubię. Byliśmy nawet na wyjeździe integracyjnym. Ponieważ po czasach studenckich, hasło „integracja” (integracja kwadratu! xDDDDD) mimo wszystko kojarzy mi się nadal mega pozytywnie, niewiele się zastanawiając pojechałam. Z lekkimi obawami, jak to będzie. Czy się nie popiją, czy ja wyjdę znowu na świętoszkowatą mocherówkę, czy będę potrafiła się odnaleźć w tym towarzystwie? Na szczęście nie było źle, a nawet bardzo dobrze. Ten wyjazd przekonał mnie do dwóch rzeczy:
    1. Mam na prawdę fantastycznych ludzi w dziale,
    2. Nie warto się upijać, bo (teraz wszystkich zaskoczę odkrywczymi spostrzeżeniami)
    -na kacu człowiek źle się czuje i np. ma trudności mówieniem i w ogóle funkcjonowaniem
    -w trakcie picia nie ma wyczucia ile to jeszcze jest bezpieczna ilość alkoholu
    -może gadać głupoty, lub prawdziwe rzeczy które myśli, a jednak nie powinien ich mówić,
    -alkohol spożywany w dużej ilości uszkadza wątrobę, mózg, powoduje okropne zmiany skórne na ciele (nikt mnie nie przekona, że pijaczki mają piękną i zdrową cerę)

    Gdy już mowa o zdrowiu, to przejdę do tego głównego tematu, który chciałam podjąć, a mianowicie do rewolucji jaka ostatnio odbywa się w mojej głowie. Być może część z was pamięta, że 2 lata temu postanowiłam ograniczyć pszenicę (w tym gluten) oraz nabiał. Z czasem bardzo ograniczyłam cukier rafinowany. Ograniczyć, ograniczyłam, ale nie wyeliminowałam i zanotowałam bardzo pozytywne rezultaty: pozbyłam się trądziku (przynajmniej na twarzy), zmniejszyłam dolegliwości trawienne w tym przepuszczalność jelit (test buraka wychodzi już całkiem, całkiem). W między czasie dowiedziałam się, że rak to nie wyrok.

    Rok temu J. liderka wspólnoty charyzmatycznej zachorowała na raka. Przeszła operację. Po operacji (w szpitalu o którym miałam bardzo dobrą opinię), chcieli jej natychmiast zaserwować chemię.

    Tu muszę coś wtrącić: bardzo się boję chorób nowotworowych. Po czytaniu jak ciężko chore dzieci cierpią w szpitalach chore na białaczkę i inne paskudstwa, ja wymiękam. Gdy czytam historie mam, które poświęciły swe życie na opiekę nad chorymi dziećmi, podziwiam i współczuję, a jednocześnie modlę się do Boga: proszę, żeby mnie to nie spotkało. Nie wiem czy miałabym tyle siły. Z tego strachu zaczęłam się interesować tym tematem. Na rekolekcjach rok temu siedziałam na przeciwko pary, która leczyła się dietą bezglutenową. Ta pani miała okropną astmę, a po czasie zobaczyła wielką różnicę na plus. Oni polecili mi książkę „Ukryte terapie”. Przeczytałam i muszę przyznać, że jest dla mnie to lektura wstrząsająca. Mimo, że autor zapewne w wielu kwestiach się myli, to jednak całościowy światopogląd jak dla mnie się klei. Jako to pogląd? Ano taki, że chociażby nowotwór i każda inna choroba jest spowodowana przez źle działający układ odpornościowy. Choremu nie potrzeba jakiegoś konkretnego składniku leku, ale naturalnej substancji, której było za mało, czegoś za dużo. On dużo pisze o witaminach o tłuszczach. O tym, czego pełno się pisze w literaturze popularnonaukowej, w necie, ale jakoś mało który lekarz je przepisuje. W każdym razie to, co ja już obserwowałam na swoje skórze (dosłownie i w przenośni), diagnostyka co komu jest i dlaczego, w moim przypadku leżała i kwiczała. Na trądzik: antybiotyk, a po zakończeniu terapii natychmiastowy powrót i jeszcze jeden i jeszcze raz. Dlaczego żaden dermatolog nie wpadł na to, że to alergia lub nietolerancja pokarmowa? A może pasożyty? A może nieszczelne jelito?
    Wracając jednak do tematu głównego, przeczytawszy książkę Zięby, miałam nadzieję na to, że raka można wyleczyć natuaralnymi sposobami, bez zastosowania chemii, która bardziej wszystko niszczy (w tym właśnie niezwykle potrzebny układ odpornościowy), niż doprowadza do celu (a celem dla onkologa jest głównie zmniejszenie nowotworu, a terapię uznaję się za udaną, jeśli uda się przedłużyć życie pacjentowi o 3 miesiące). Kto nie wierzy, niech obejrzy https://www.youtube.com/watch?v=qO6EJ7D4aCE
    Kłamanie w tak delikatnej sprawie, jaką ta kobieta przeżyła, uznaję za niemożliwe.

    W każdym razie choroba J. przypadła właśnie w czasie, gdy ja przeczytałam Ukryte terapie, z wielką wątpliwością, czy to aby nie są pobożne życzenia, czy nasz system ochrony zdrowia jest na tyle chory, by te patologiczne sytuacje mogły być realne? Ścieżkę przetarła A. borykająca się z guzem mózgu, który już dwukrotnie był wycinany. Leczyła się radioterapią. Nam na spotkaniu mówiła. Na pierwszą „terapię” poszła sama, na drugą wieźli ją na wózku, na trzecią już łóżkiem. Na kolejną już się nie zdecydowała, bo pewnie wywieźliby ją pod białym prześcieradłem. Po jakimś czasie spotkałam ją w centrum handlowym jak była na zakupach z synkiem. Pytałam ją jak się czuje. Ona że Ok i teraz próbuje naturalnych metod. Nie wiem czy wszyscy ze wspólnoty o tym wiedzą. Powiedzenie, że ktoś guza w mózgu leczy alternatywnymi metodami, to nie lada odwaga. Też bym nie każdemu powiedziała. Wiem, bo sama kiedyś myślałam, że to jakieś totalne szaleństwo, głupota. Przecież lekarze nie robili by czegoś co szkodzi pacjentowi, myślałam. Warto im zaufać, myślałam.
    Teraz myślę, że ufanie każdemu lekarzowi to głupota. Są dobrzy lekarze, poszerzające swoje wiadomości. Tacy, którzy nie wahają się spróbować czegoś, co nie jest mu podane na tacy przez przemysł farmaceutyczny. Ale są i tacy, co mają gdzieś dobro pacjenta, a jeśli da się zarobić na podaniu chemii, to tym lepiej dla niego (w sensie lekarza).

    Tak właśnie nastrojona rozmawiałam z J., która była wtedy w szpitalu. Operację miała straszną, poparzyli jej w trakcie plecy, tak mocno, że miała po prostu ogromną ranę od której mocno cierpiała. W jej stanie pomagała jej świadomość modlitwy wspólnoty oraz bliskość Boga, którą czuła. Ona, jak mówiła, była skupiona na tym, by przetrwać do wieczora, bez planu co dalej, ufająca lekarzom, którzy powiedzieli, że jak tylko poprawią jej się wyniki z krwi, dostanie chemię. Ja byłam przerażona, bo ona nie za bardzo wiedziała nawet, że jej wypadną włosy i będzie się czuć okropnie. Ja to wiedziałam, bo trochę się tych różnych powieści obyczajowych w życiu przeczytało, trochę filmów obejrzało. Wcześniej popatrzyłam w internecie, hasło: uleczenie z raka. Mało opowieści o tych, co pokonali chorobę lecząc się onkologicznie, mnóstwo historii o alternatywnych sposobach. Myślałam: albo oni mają bardzo rozbijane ego, by tak w internetach dokładnie pisać co jedli, czym się leczyli i u kogo, albo, tych, którzy wyleczyli się tradycyjnie nie ma zbyt wiele, albo nie są z tego dumni, albo nie mają potrzeby dzielić się swym doświadczeniem. No bywa i tak. Zrobiłam małą sondę i wyniki były podzielone. Niektórzy się leczyli tak, inni inaczej.
    W każdym razie, chyba dobrze zrobiłam pisząc do J. maila, że jak już wydobrzeje, niech się zastanowi, jakie leczenie chce wybrać, bo nikt nawet najlepszy lekarz, nie powinien decydować za nią, gdy jest przytomna. Po jakimś czasie J. została wypuszczona do szpitala, ponieważ nie kwalifikowała się na chemię z powodu tej okropnej rany na plecach i bardzo słabej hemoglobiny. Chciałam się bardzo spotkać z nią, żeby jej ewentualnie zaproponować, że mogę uruchomić poszukiwanie lekarza, zielarza, co chce. I jeszcze chciałam jej powiedzieć o Ukrytych terapiach. Jakoś jednak się tak składało, że spotkać nam się nie udało, a zbliżały się wspólnotowe rekolekcje, z którymi dodatkowo było dużo zmartwień. One jednak mimo przeciwności się odbyły i nawet przyjechała nasza liderka. Wyglądała pięknie, mimo że schudła. Była pełna radości, że jest z nami i mogła uczestniczyć w adoracji Najświętszego Sakramentu. Wszyscy chyba się poczuli, jakby po prostu anioł przyleciał. Okropnie ją kochamy wszyscy. Potem była narada w jadalni. Wszyscy się pytali, jak się czuje, jak z chemią itp. Ona opowiedziała, że dzięki tej ranie na plecach, znalazła lekarza chirurga, który nie dość, że zajął się jej plecami, to jeszcze przygotował dla nie program leczenia naturalnymi metodami. Wszyscy takie oczy O_O. Ja jeszcze z nią nie gadałam i w ogóle jakoś specjalnie nie lobbowałam za terapią naturalną, choć miałam ochotę to zrobić, więc oczy tym bardziej miałam jak 5 zł, ale się ucieszyłam. Widać było, że Bóg nad tym wszystkim czuwa. J. opowiedziała piękne świadectwo o tym. Była w niej wtedy w kuchni taka pewność, że ja byłam totalnie zdziwiona, bo wątpliwości nadal mam, ale coraz mniejsze. Pojawiły się też głosy sprzeciwiające się skuteczności, ale razem z J. już trzymałyśmy sztamę i razem broniłyśmy sensowności tego typu leczenia, które ma za zadanie odbudowanie systemu odpornościowego.
    Potem J. zaczęła przychodzić też na spotkania wspólnoty. Z każdym mówiła, że się czuje coraz lepiej i ma więcej sił. Ogromnie się cieszyliśmy. W końcu, tuż przed wakacjami, podzieliła się wiadomością, że odebrała wyniki i są bardzo dobre. Normalnie happy end!
    Jestem pewna, że Bóg nad nią czuwał i ta cała sytuacja wynikła z Jego woli. Tuż przed całą operacją rozważaliśmy we wspólnocie ten fragment Pisma Świętego:

    25 Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? 26 Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? 27 Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę7 dołożyć do wieku swego życia? 28 A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. 29 A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. 30 Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? 31 Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? 32 Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. 33 Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. 34 Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy8. (Mt, 6, 25-34)
    Jak się tym dzieliliśmy, miałam przedtem pustkę w głowie, nie wiedziałam nad czym powinnam się skupić. Czy o tym, że jestem już od jakiegoś czasu zbzikowana na temat jedzenia, czy o moich lękach. Zwróciłam wtedy jednak uwagę na to, co aktualnie przeżywałam, a mianowicie ciągłe infekcje uszu moich dzieci, które w owym czasie zaczęłam leczyć imbirem, goździkami, marchewką, jabłkiem, czyli generalnie zdrowym jedzeniem. Możecie wierzyć, lub nie, ale to zadziałało.
    Często ludzie mówią, że choroby i różne smutne wydarzenia są bez sensu i nie ma w nich Boga, bo gdyby był, to wszystko byłoby idealnie, ludzie by nie chorowali. Racja, choroby i przykrości to wynik grzechów, naszych lub innych ludzi. Uważam, że gdyby ludzie wierzyli, że Bóg ich kocha i są Dziećmi Bożymi, to kochaliby siebie na tyle by nie karmić swoich ciał tym, co jest jawnie niezdrowe. Gdyby ludzie byli uczciwi, nie produkowaliby żywności, która bardziej truje, niż pomaga (stosując choćby GMO, sztuczne nawozy, pestycydy i całą masę innej chemii). Niestety dopóki człowiek na własnym ciele nie odczuje konsekwencji swoich złych wyborów (niestrawności, problemów z wątrobą od leków, alergie skórne), będzie myślał, że wszystko jest dla ludzi. Podobnie z życiem duchowym, czasem, gdy ktoś nie dotknie dna i nie zobaczy, jak fatalne w skutkach jest życie bez Boga, się nie nawróci.
    Dziękuję za ukryty cud uzdrowienia J.!

    Dziś większość dnia było nie za ciekawie, nie licząc możliwości złapania zapalenia pęcherza podczas radosnej pluskaniny w baseniku r=0,5m oraz kwestii polewania szlauchem przez Pawła na wszystko i wszystkich dookoła. A nie przepraszam: zaliczyłam jeszcze dwie przejażdżki rowerowe w skwarze +29 najpierw ze starszą latoroślą, potem z młodszą. W sumie było więc nie najgorzej, ale ciągle siedziało we mnie to, o czym pisałam w poprzedniej notce.

    Tak się jakoś mi sympatycznie złożyło, że dzieci zasnęły o 17:20, co skłoniło mnie do rozkminki: iść czy nie iść na mszę do Kościoła. Bóg mi świadkiem, że okropnie mi się nie chciało. Miałam bowiem focha na Niego, że tak mało jest ostatnio szczodry w swojej dobroci wobec mnie. Oczywiście w mojej subiektywnej ocenie. No ale wiedząc, że od dłuższego czasu raczej jestem w strapieniu, to uznałam: „Któż jak nie Bóg może mi dać miłość, radość i generalnie to, czego mi tak bardzo brak?” Poszłam. W trakcie złożyłam na ołtarzu wszystko, co w ostatnim czasie tak mnie gniotło i uwierało: mój żal, egoizm itd. W trakcie Mszy przypomniałam sobie mój Kurs Emaus.

    O genialności Kursów Szkoły Nowej Ewangelizacji mogłabym długo, ale może jednak innym razem. W każdym razie mam nadzieję, że nie będzie złamaniem tajemnicy kursu, to co tu napiszę. Dopiero po około 3 latach od przerobienia tych treści zaczynam je rozumieć i wcielać w życie. Tak wiem, mam niezły zapłon. ;D

    W tym miejscu zamiast wklejania przydługiego cytatu z Pisma Świętego wklejam link dla chętnych do przypomnienia sobie do czego będę się odnosiła w dalszej części notki:

    http://mateusz.pl/ksiazki/ja-cd/ja-cd-414.htm

    Ja nie miałam nigdy szczególnej ochoty na ruszanie się z Jerozolimy. Uparcie chciałam tkwić w wiecznej radości. Mówili mi, Marta tłumisz emocje, wszystko tłumisz. Ja potakująco kiwałam głową (niewiele z tego niestety rozumiejąc) i sobie siedziałam w tej Jerozolimie (najpewniej gdzieś w okolicach ściany płaczu). Gdy natomiast ktoś szedł do Emaus, to w myślach oceniałam „mięczak, ja taka miętka nie będę. Trzeba być twardym, a nie miętkim” (błędy celowe), „Nie, ja z niczym w zasadzie nie mam problemu. Wierzę, a jakże! Moja wiara jest TAAAKA, że ciągle się raduję” (Błahahahaha! :D) A potem zwykle taki dół, jak rów Mariański. Prawdę rzecze Ojciec Szustak, że głównym zajęciem Ducha Świętego w nas to odkłamanie nas i uświadomienia nam, czego na prawdę pragniemy.

    Zapomniałam tego, co w Kursie Emaus było dla mnie wielkim odkryciem! Ech ta pamięć dziurawa jak ser Radamer z Biedronki…
    Poza tym nie wiedziałam, jak ta podróż do Emaus ma (w konkrecie) wyglądać. Nie za bardzo chciało mi się szukać jeszcze swojego Kleofasa. (Z tymi Kleofasami zawsze miałam problemy). Bo jeszcze by się okazało, że nikt nie ma ochoty słuchać moich jęków i stęków, no i płaczu. Lub nie daj Boże jakieś rady by mi po drodze sprzedawał. Ja rady bardzo, baaaaardzo lubię, ale wtedy, gdy o nie proszę. W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że już sobie wreszcie wbiję do tego mojego słodkiego łebka, że aby zaznać radości ze spotkania z Jezusem, niestety trzeba (no kurczę blaszka!) iść do tego głupiego Emaus z tym swoim Kleofasem. Wylać mu swoje żale, a Jezusowi wytłumaczyć życzliwie „Ja nie TEGO się po TOBIE spodziewałam!!! Co to w zasadzie za podchody i zabawa w kotkę i myszkę ma być???!!! Za stara jestem na takie numery i generalnie ich nie lubię, więc proszę się na przyszłość trochę ogarnąć!” Potem przychodzi pokora: „Już mi trochę ulżyło, więc: no dobra, w zasadzie jesteś Bogiem, pewnie wiesz lepiej, co dla mnie dobre. Niech się dzieje Twoja wola. Ja już się na wszystko zgadzam. W ciemno. Serio.” No to w ciemno potem człowiek ma siłę na bieg z powrotem do Jerozolimy by mówić innym „God is good, all the time”.
    Ja to dziś przeżyłam na tej Mszy Świętej. To było fantastyczne. I nawet ksiądz w pewnym momencie wspomniał, że uczniowie z Emaus poznali Jezusa po łamaniu chleba, więc już w ogóle się rozpływałam, że chyba te moje rozkminki całkiem na miejscu były.

    Mam teorię: jeszcze nie sprawdzoną, że może jeśli uda mi się dobrze przeżywać drogę DO Emaus, przestanę ryczeć, jak żywa fontanna. To byłoby cudowne! B-))
    Dziękuję moim Kleofasom. Szczególnie Agnieszce. Dziękuję Słońce, że jesteś. :* Już do nikogo nie mam żalu, że komentarzy nie ma pod notkami. Możecie mi prywatnie pisać, mówić. To było dziecinne, ale wiecie z kim ja się na co dzień zadaje. To mnie usprawiedliwia. :P
    Wszystkim dedykuję piosenkę:

    Na rekolekcjach „Jezus na stadionie” Ojciec John mówił m.in. o dumie z bycia moherowym beretem. Ja już od dłuższego czasu utożsamiam się z tym określeniem. Podobnie jak z ciemnogrodem, średniowiecznymi poglądami i wszelkim innym wstecznictwem. Nie jestem i nie będę nowoczesna. Jeśli dla kogoś nowoczesność oznacza wyrzekanie się dobra i piękna w imię jakiegoś chorego naturalizmu, nihilizmu, czy po prostu źle pojmowanej wolności, to ja się pod tym nie mam zamiaru podpisywać.
    Pewnie wiecie, że skończyłam liceum plastyczne. Kiedyś, gdy odkryłam, że mam talent plastyczny, zakwitł w mojej głowie pomysł, żeby zostać kiedyś sławną malarką. Kiedyś takie rzeczy jak sława i pieniądze serio mnie kręciły. ;-) Moim ulubionym przedmiotem była historia sztuki. Bardzo poważnie rozważałam taką właśnie swoją ścieżkę kariery. Do tego stopnia, że jak wszyscy z mojej klasy zdawałam ten przedmiot na maturze. W sumie nie było mi to do niczego potrzebne. Zrobiłam to trochę dla sportu – sprawdzenia się. Nie poszłam jednak studiować tego kierunku. Oficjalny powód był taki, że to zawód bez perspektyw na pracę. A ten bardziej autentyczny, to był mój strach. Bałam się, że jak pójdę na ASP będę miała równie zryty beret, jak większość współczesnych „tfórców”, których kazali nam podziwiać w galeriach typu Zachęta. Nie chciałam być utożsamiana ze środowiskiem, które oklaskuje najbardziej szokujące i obrazoburcze wytwory chorych wyobraźni. Jasne, nie wszyscy artyści tworzą złe dzieła. Nawet pewnie jest tak, że 90% tworzonej sztuki niesie ze sobą dobre przesłanie, a tylko najbardziej jaskrawe i szokujące produkcje są nagłaśniane w mediach. Wiadomo, zło jest znacznie bardziej medialne. Ja jednak miałam po prostu dość nauczycieli, którzy próbowali wpłynąć na to, co ma się mi podobać, jak mam „wyrażać siebie” (a to najNAJnaj ważniejsze! wiadomo) i jak mam myśleć. Słusznie sądziłam, że na uczelni nastawionej na fakty, odpocznę. Nauka o mitozie, mejozie i wielu łacińskich nazw kwiatków, drzew i krzewów, była jak balsam na moje skołowane i osamotnione po liceum serce.
    Z resztą ja bym nawet nie miała szans dostać się na ASP, bo nie posiadałam teczki (czyli około 40 prac w formacie powyżej A3). Wszystkie prace wykonane w liceum musiały w liceum pozostać i zgnić na strychu. Takie przepisy. A czemu nie byłabym w stanie wykonać teczki? Cóż, w czwartej klasie nie byłam już pewna, czy w ogóle umiem dobrze trzymać pędzel, nie mówiąc już o tym, czy potrafię coś wartościowego namalować (szczególnie w znienawidzonych technikach: plakatówka, olej, akryl). Czułam się wielkim zawodem mojej wychowawczyni. Taka zdolna, taka mądra, a potem taka kicha. Cudem w ogóle zdałam ten dyplom. Dzięki Ci Boże! Do dziś mam koszmary, że ja tam jeszcze muszę wrócić i coś zaliczać. Nie chcę powiedzieć, że ta szkoła była największą pomyłką mojego życia. Chyba nie, mimo wszystko, sporo się nauczyłam. Ale ta atmosfera, moja klasa, Ci sfrustrowani nauczyciele i równie sfrustrowani uczniowie sprawili, że mi się zwyczajnie odechciało malować, rysować, tworzyć. Musiałam co prawda jeszcze potem to robić na studiach, ale już w innym gronie pedagogicznym, było to jakieś mniej bolesne. Po zakończeniu studiów znowu miałam tego dosyć, odpoczywałam od mojej pasji prawie 4 lata z niewielkimi przerwami.

    Już nawet nie pamiętam w którym roku (chyba 2002 roku) na mojej Oazie I st. ktoś życzył mi, żeby mój talent służył Bogu. Ja też tego pragnęłam, ale bardziej wtedy wyobrażałam to sobie, jako malowanie fresków w kościołach, czy projektowanie witraży. Cieszę się, że realizuję swoje marzenia w inny, ale chyba bardziej przystępny i pożyteczny sposób.

    Chciałam tu jednak napisać o czymś innym. Nie wiem, czy ktoś z was wie, że miałam najcudowniejszy z możliwych temat prezentacji maturalnych: „Motyw syna Marnotrawnego w literaturze i sztuce”. To chyba była jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły w liceum. Wykorzystałam tam fragmenty z książki, która w tamtym czasie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mówię tu o książce „Radykalni”. To świadectwo nawrócenia muzyków. Jednak to, co zapamiętałam z niej szczególnie, to właśnie tytuł. :-)
    Odczytałam to jako zaproszenie dla mnie, bym ja też była radykalna. Nie taka trochę, na pół gwizdka.

    Czas na jeden z ulubionych cytatów:

    „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
    Obyś był zimny albo gorący!
    A tak, skoro jesteś letni
    i ani gorący, ani zimny,
    chcę cię wyrzucić z mych ust.
    Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,
    a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,
    i biedny i ślepy, i nagi.” Ap3,14-17

    Problem jednak w tym, że ludzie wokół mnie, mają ze mną problem. Wciąż słyszę, że przesadzam. Co innego, gdybym się tyle modliła, słuchała tych wszystkich konferencji, czytała tyle religijnych książek, będąc np. w zakonie. Wtedy chyba wszystko byłoby Ok. Nikogo by nie raziło, że Bóg tu, Bóg tam i generalnie wszędzie. Ale że matka i świecka żona, tyle się zajmuje religią, to w oczach wielu nie jest ani normalne, ani dobre. Ech…

    Może nawet powinnam się z tego cieszyć w myśl słów:

    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
    „Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.”(Mat. 5:11-12)

    Ale niestety trudno się z tego tak na co dzień cieszyć. Wmawiają mi, że Kościół wyprał mi mózg, że jestem w sekcie. Gdy to się tak często słyszy, człowiek się zaczyna zastanawiać: czy aby faktycznie nie przeginam. Niech kto chce, oceni to w komentarzu. Nie obrażę się, serio. Chce wiedzieć, co o tym myślicie.

    Może jeszcze jedno krótkie wyjaśnienie, czemu ja staram się być taka radykalna. Otóż może i ktoś ma taką łaskę, że wystarcza mu niedzielna Msza Święta + ewentualnie rekolekcje w parafii raz w roku (żeby sobie naładować duchowy akumulator) i faktycznie jego wiara się umacnia. Ale dla mnie to rozpaczliwie zbyt mało. Mam ciągle w głowie słowa, które też na jakiejś Oazie usłyszałam: „Kto się nie rozwija, ten się cofa.” Nie umiem naładować się dłuższy czas. Przykład: budzę się rano po cudownych rekolekcjach i już znowu jestem poganką, która nie wie jak żyć.  Mąż mnie wkurza, dzieci drażnią i nic mi się nie chce. Ktoś powie, to po grzyba tyle się starać, jeździć gdziekolwiek. Jest po co. Gdy jest poranna modlitwa, lektura Pisma Świętego to ustawia mi cały dzień. Mam siłę daną z nieba, żeby przeżyć kolejny trudny dzień, nie raniąc przy okazji ludzi wokół. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J,15:5) Bez Jezusa umiem tylko grzeszyć. Nic dobrego. Smutne ale prawdziwe. Myślę, że wielkim kłamstwem szatana jest właśnie wpojenie ludziom przeświadczenia, że czynienie dobra bez Boga jest najbardziej możliwe. Nie wiem czy to prawda. Możliwe, że herezja. :-)

    A kolejne rekolekcje to taki radosny, barwny punkt w mojej codziennej szarości. Coś na co czekam z utęsknieniem, by pobyć z Jezusem i braćmi oraz siostrami w wierze, znacznie dłużej niż mogę to robić na co dzień.

     

    Macierzyństwo przyszło do mnie z taką wielką łaską, że musiałam się ogołocić z rzeczy zbędnych: z gier komputerowych, seriali i telewizji w ogóle. Po prostu nie ma na to czasu. I bardzo dobrze. Uczę się (a przynajmniej mam takie wrażenie) wybierać tylko rzeczy ważne, takie, które faktycznie przynoszą niezniszczalną korzyść. Mimo to, bardzo wiele jeszcze pracy przede mną. Na szczęście nie będę z tym sama.

    „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze – przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” (Flp 3,8-14)

    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    To, cośmy usłyszeli i poznali, *
    i co nam opowiedzieli nasi ojcowie,
    opowiemy przyszłemu pokoleniu *
    chwałę Pana i Jego potęgę.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    Aby wiedziało przyszłe pokolenie, *
    synowie, którzy się narodzą,
    że mają pokładać nadzieję w Bogu †
    i nie zapominać dzieł Bożych, *
    lecz strzec Jego poleceń.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.
    A niech nie będą jak ich ojcowie, *
    pokoleniem opornym buntowników,
    pokoleniem, którego serce jest niestałe, *
    a duch nie dochowuje wierności Bogu.
    Wielkich dzieł Boga nie zapominajmy.

    Mam w sercu wiele spraw, które czasami aż wołają, by o nich powiedzieć, ale często nie mówię. Dlaczego? Bo się boję, niezrozumienia, odrzucenia. Gdybym miała wybrać jakąś postać z bajki i przyjąć sobie jej imię, to z pewnością byłby to Chojrak, tchórzliwy pies. Ktoś oglądał? Bardzo głupia bajka, nie polecam, ale nazwa głównego bohatera, jak dla mnie adekwatna.
    Może z zewnątrz tego nie widać, ale często jestem jak osika na wietrze, drżąca o to, co będzie. I wtedy przypominają mi się słowa: „Prawdziwa wiara usuwa lęk.”
    Wiem coś o tym.
    Widzę, jak wiele się zmieniło i zmienia w swoim życiu. Odkąd oddałam swoje życie Jezusowi, stałam się bardziej otwarta na ludzi. Nie widzieliście mnie, gdy w podstawówce szłam specjalnie ze szkoły okrężną drogą, byle tylko nie musieć z nikim gadać. Byle tylko nikogo nie spotkać, bo będę musiała powiedzieć „Cześć”, lub „Dzień dobry”, albo nawet zacząć prowadzić dialog. Taki dzikus był ze mnie. Porównując co było, a co jest, to myślę, że wydarzył się prawdziwy cud. Ale mam jeszcze nad czym pracować.
    Po wielu rozważaniach za i przeciw, czy tego bloga w ogóle prowadzić, uznałam, że tak. To chyba jednak jest mi potrzebne. Jakby terapia, czy coś. :P
    W dzisiejszym zamotanym świecie ciężko się spotkać w cztery oczy, pogadać. A jeszcze na takie głębsze rozmowy, nie zawsze są sprzyjające okoliczności. A ten blog to taka namiastka spotkania. Nikt mi przy tym nie przerywa. Cudowne. :D
    Ale przechodząc do sedna, ja chciałabym się na tym blogu przede wszystkim dzielić tym, co Bóg robi w moim sercu, jak mnie zmienia. Myślę, że często ludzie myślą, że Bóg tak sobie siedzi gdzieś w niebie i co najwyżej od czasu do czasu na nas spojrzy, jak mu się zechce. Nie! On jest żywy. Coraz lepiej dostrzegam Jego subtelną pomoc, małe cuda, które wydarzają się bez przerwy. Choćby to, że dzisiaj byłam u spowiedzi i potem przeżyłam trudny wieczór kładąc moje maluchy spać. Miałam na prawdę duużo cierpliwości. I nawet nic na siłę nie robiłam, nikogo nie doprowadziłam do spazmatycznego płaczu, nikogo nie uszkodziłam. Wiecie co? To cud! Alleluja! Skąd ja bym brała do tego wszystkiego siły, gdybym nie była wierząca. Czy bym w ogóle żyła?
    Chciałabym na koniec wrzucić linka do świadectwa jakie w ostatnim czasie napisałam, bo świadectwo to jest to, co mnie do Boga przekonuje najbardziej. Jest najbardziej autentyczne i w ogóle. :-) Tylko wkurzam się nieco, bo mi przeglądarka się ślimaczy i link się nie chce otworzyć. Ci za złośliwość rzeczy martwych! Wiecie jak mam na imię, więc sobie znajdziecie http://msza.bartymeusz.pl/swiadectwa

    Dobranoc

    Ile już notek napisałam w swojej głowie od ostatniej, która została opublikowana? Mogłabym powiedzieć, że nie miałam czasu i byłoby to po części prawdą. Myślę jednak, że to nie do końca tak. Ale koniec tłumaczeń. Po pierwsze: 27 kwietnia o 8:04 narodziła się Alinka. Okoliczności opisałam na Facebooku w grupie „Dzieła Pana Boga”. Z powodu braku czasu wklejam nieznacznie zmieniony tekst:

    Dzisiejsza Ewangelia (z dnia 4 maja)  i moja obecna sytuacja życiowa skłania mnie do podzielenia się krótkim świadectwem o dobroci Pana Boga. „Jeżeli we mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.” Mam wrażenie, że ludzie często tracą wiarę w Boga po tym, jak się na nim zawiodą. Bo proszą o rzeczy dla nich ważne, ale ich nie dostają. Ja ostatnio prosiłam o to, by moja córeczka obróciła się do właściwego położenia, abym mogła ją urodzić naturalnie. Tak się jednak nie stało i w sobotę miałam cesarskie cięcie. Przyjęłam jego wolę. Nie kłóciłam się nawet z lekarzem, by pozwolił mi przy takim położeniu na poród naturalny. Wcześniej długo się zastanawiałam, czy próbować, ale ostatecznie postanowiłam polecić tą sytuację Panu i posłuchać w tej kwestii lekarza, który znajdzie się aktualnie na dyżurze. Znakiem, abym się nie bała, że postąpiłam słusznie był fakt, iż operował mnie lekarz, który prowadził moją pierwszą ciąże. Ktoś mógłby to uznać za zbieg okoliczności, ale wiem, że one nie istnieją :) Potem było ich zresztą dużo więcej (operowali mnie na tej samej sali co rok i 9 miesięcy temu, potem leżałam na tym samym łóżku na pooperacyjnej, a następnie przenieśli mnie do tej samej sali poporodowej). O tym, że wielka jest Boża dobroć świadczy wiele rzeczy: nie miałam żadnych komplikacji, Alinka jest zdrowa, akcja porodowa zaczęła się wczesnym rankiem w sobotę, kiedy mój mąż był w domu, poza tym czas dochodzenia do siebie po cesarce przypadł mi na długi majówkowy weekend, dzięki czemu mąż może się zajmować naszymi dziećmi. Bóg potrafi spełniać także bardziej „błahe” pragnienia serca. Tuż przed porodem miałam doła, bo zawiodłam się na znajomych z klubu mam, które mają w zwyczaju organizowanie „baby shower” (dodatkowe spotkanie na cześć ciężarnych z życzeniami i drobnymi upominkami). Mnie to ominęło, a życzenia rozwiązania dostawałam wyłącznie w formie ustnej. Bardzo też chciałam dostać kwiaty, jak inne matki z forum internetowego do którego kiedyś należałam. Sadziłam jednak, że skoro odeszłam, nie mam co na ten gest liczyć. Mąż jako osoba mało romantyczna raczej nie wpadłby na pomysł zakupu mi ładnego bukietu do szpitala. Poprosiłam więc mojego Tatusia w niebie, żeby on jakoś mnie pocieszył. W poniedziałek przyszła do mnie do szpitala przyjaciółka, która również kiedyś należała do tego forum internetowego, co ja, z bukietem przepięknych kwiatów od tych dziewczyn. Bardzo wzruszył mnie ten fakt, że o mnie pamiętały i mimo rozluźnienia więzów, sprawiły mi ogromną radość. Warto dostrzegać dobroć Boga w drobnych rzeczach. Wtedy człowiekowi żyje się lepiej. Chwała Panu!!!

    Jestem teraz u rodziców, choć już za parę dni wracam do domu z dwójką maluchów. Prawdopodobnie czekają mnie ciężkie dwa tygodnie, ponieważ siostra najprawdopodobniej mi nie pomoże. Arytmia znowu jej dokucza. Niektórym zawsze wiatr wieje w oczy. W każdym razie cieszę się, że spędzę nieco więcej czasu z mężem. Czasami nie mogłam już wytrzymać atmosfery, która tu panuje od czasu do czasu. Krzyki, wzajemne oskarżanie, złośliwości, wyciąganie brudów sprzed lat i kłótnie o pieniądze (na telewizję, kosmetyki, remonty, gazety) i o wszystko. Wiem, że prawdopodobnie moja rodzina to przeczyta, ale mimo to chcę napisać co o tym wszystkim myślę.

     

    1. Bóg jest miłością.

    2. Miłość jest sensem życia.

    3. Warunkiem do osiągnięcia szczęścia jest przyjaźń z Bogiem.

    To truizmy, ale gdy się nad tym głębiej zastanowić zawierają bardzo konkretny program na życie. To trudny i wymagający program, który wybiera niewielu.

    Ogromna rzesza osób mówi: wierzę w Boga. Problem w tym, że szatan nie tyle również w niego wierzy. On z całą pewnością WIE, że On JEST. I co z tego wynika? Staramy się być dobrymi ludźmi. Po co?

    Ostatnio z przerażeniem oglądałam program „Małe mądrale”. Dzieci odpowiadały na pytania odnośnie Boga. Pytanie: za co się idzie do nieba? Odpowiedź: idzie się do nieba, jeśli nasze dobre uczynki przeważają nad złymi. Koniec kropka. Ksiądz pochwala: „Pięknie dzieci. Zasługujecie na 6 z religii”. Może większość ludzi przyklaśnie, ale ja po rozmowie z Rafałem powiem, że to jakaś fatalna pomyłka. Sądziłam, że tylko za moich czasów dzieci były uczone, że trzeba być grzecznym, żeby pójść do nieba. To takie niby niewinne uproszczenie, ale zawarte tzw. Głównych prawdach wiary, zostaje zapamiętane na całe życie iż: Jest jeden Bóg. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe każe. Są 3 osoby boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Dusza ludzka jest niepotrzebna. Łaska boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Może to mądre, wzniosłe, ale nie wiem jak inni nie koniecznie pamiętam co dokładnie autor rozumie przez sformowanie łaska boska. Może to właśnie owe miłosierdzie, bezwarunkowa miłość, opatrzność, która nad nami czuwa?

    Myślę, że w tym zakodowanym raz na zawsze tekście jest fałsz, który wielu dorosłym każe patrzeć na życie: wystarczy być dobrym, by dostać się do Nieba. A cóż to jest to niebo? Nudna, napuszona przestrzeń, gdzie śpiewa się psalmy Najwyższemu?

    Niebo to stan zjednoczenia z Bogiem. Nieskończona szczęśliwość, ale coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Najlepsze jest jednak to, że można nieba doświadczyć już na ziemi. Sądzę jednak, że bardzo niewiele osób doświadczyło nieba, bo gdyby tak było liczba wierzących i praktykujących oraz radosnych chrześcijan byłaby znacznie większa. Ja miałam tą ŁASKĘ, by tego doświadczyć parę razy w życiu. To coś, czego szukałam przez całe życie i wciąż do tego tęsknię. To z tego powodu prawie cały czas myślę o Bogu i sprawach z nim związanych. Dlatego staram się bronić najwyższych wartości. Z MIŁOŚCI do Boga, którego poznaję w Słowie Bożym. Jak można poznać Boga, nie słuchając go? Nie czytając Pisma Świętego? Ludziom się wydaje, że wystarczy intymna rozmowa z Bogiem gdziekolwiek. Bo po co chodzić do kościoła, skoro Bóg jest wszędzie? Ok, jest wszędzie, przemawia do nas przez różne sytuacje, przez ludzi, ale właściwa interpretacja rzeczywistości (z Bożego punktu widzenia) jest czasem tak trudna, że czasami wręcz niemożliwa. Może nam się wydawać, że się modlimy (w sensie rozmawiamy z Bogiem), a tymczasem rozmawiamy sami ze sobą (w najlepszym wypadku). Tymczasem Słowo Boże jest ŻYWE tzn: wciąż aktualne i ma MOC mnie przemieniać. Czuję jak mnie przemienia. Jak się zmieniłam. Choć wciąż jestem grzesznicą. Popełniam mnóstwo błędów, ranię bliźnich. Czasami tracę chęć do życia, to jednak Słowa: „Nie bój się, Jam zwyciężył świat” podtrzymują mnie przy życiu.

    „Bóg tak umiłował świat (w tym mnie!!!), że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne.” AMEN

    Podsumowując: by dostać się do Nieba wcale nie trzeba przestrzegać w życiu moralności katolickiej. To ma być jakby odpowiedzią na miłość Boga. Ale żeby Go NAPRAWDĘ pokochać, trzeba najpierw dobrze poznać przez lekturę Pisma Świętego. Okrężną drogą się nie da. Wiem, że jest trudne, niezrozumiałe i czasami pełne sprzeczności. Mnóstwo osób chodzących za Jezusem Go słuchało, ale ni w ząb nie rozumiało. Dopiero uczniowie, którzy pytali Jezusa na osobności co tak w zasadzie miał na myśli, dowiadywali się, o co Mu chodziło. A potem i tak zapominali. I tak było, dopóki nie otrzymali Ducha Świętego, który im wszystko wyjaśnił, przypomniał i ułożył w głowach. MY też możemy otrzymać Ducha Świętego. Co jest na prawdę cudownym spotkaniem. :) Chwała Panu!

    Jeśli osoby deklarujące się jako wierzący i praktykujący katolicy, wypowiadają się, że in vitro jest JEDYNĄ szansą dla osób, które nie mogą mieć dzieci, to aż się we mnie coś gotuje. Nie jest żadną metodą JEDYNĄ, a na pewno nie najlepszą. Najpierw trzeba o siebie dbać, tzn. nie niszczyć swojego organizmu antykoncepcją (pigułkami, spiralami itp.), bo one znacząco obniżają płodność kobiety. Oprócz tego mogą bardzo destrukcyjnie wpływać na inne aspekty życia, jak chociażby libido, czy zakrzepicę żylną. Po drugie, jeśli ktoś jest niepłodny, wypadałoby, dowiedzieć się, dlaczego tak jest, przez szczegółową obserwację, a następnie odpowiednie leczenie. Wszystko to nazywa się naprotechnologią. http://pl.wikipedia.org/wiki/Naprotechnologia
    Po trzecie, żeby mieć dziecko, wcale nie trzeba sobie go sztucznie zrobić. Można adoptować. Jest przecież tyle dzieci, które czekają na swoich rodziców. Po czwarte in vitro jest niczym innym jak bawieniem się w Boga. „To dziecko będzie żyło, a te do śmietnika(!)”. No i jak ma się „wiara” tych ludzi, którzy są za in vitro, do zaufania wobec Boga, że ON wie najlepiej, jak się życie powinno ułożyć? „Panie Boże, nie dajesz nam dzieci, to spadaj, sami sobie zrobimy, na zamówienie.” To jest taka postawa. Ja w 100% popieram zdanie Hosera. Może to niektórym otworzy oczy.
    Jest tyle innych metod, które podobają się Bogu w dążeniu do potomstwa,
    że na serio nie trzeba się posiłkować tą która jest bardzo wątpliwa
    moralnie. Ginie bowiem bardzo duża liczba dzieci, które się lekarzowi z tej,
    lub z innej przyczyny nie spodobają. Czasem niepłodność może być
    krzyżem, który trzeba umieć unieść. Czasami o dziecko trzeba się długo
    modlić. Tylko pokolenie Frugo, chce mieć teraz. Dlaczego? bo Teraz
    chcę! Nowe życie jest darem, a nie czymś, co nam się należy!
    Jeżeli ktoś po tych argumentach twierdzi, że jest katolikiem, ale In vitro jest jedyne, najlepsze, to być może jest w jakimś kościele. Ale na pewno nie w Kościele katolickim i coś z jego wiarą jest mocno nie tak.

    A tak w ogóle, to CHWAŁA PANU za biskupa Hosera!

    Powiem szczerze, gdy wchodziłam na różne witryny poświęcone wierze, myślałam sobie, że ludzie którzy je tworzą są jakyś nieźle nawiedzeni. Jak można ciągle pisać o Bożej Miłości i o tym jak bardzo kochają Jezusa, który jest dla nich całym życiem. Uważałam się za osobę wierzącą, ale przesłodzone strony opowiadające o Bożym Miłosierdziu, były dla mnie nie do przejścia. To, że Jezus mnie kocha, wiedziałam od dzieciństwa, ale od paru lat jakoś mnie to nie za bardzo ruszało. Nie modliłam się za często, bo specjalnie nie wierzyłam, że to coś zmienia. Myślałam sobie: wymodliłam sobie dobrego męża. Wystarczy. Nie można być pazernym. ;)

    Pojechałam na FSM, trochę z ciekawości, trochę z chęci tzw.”naładowania akumulatorów”.
    FSM to skrót od Franciszkańskiego Spotkania Młodych, które po raz 23 odbyło się w Kalwarii Pacławskiej w pobliżu Przemyśla. Sami Franciszkanie śmieją się, że to koniec świata. W każdym razie koniec Polski, bo jest to bardzo blisko granicy z Ukrainą. Piękne widoki roztaczające się z góry, na której położony jest klasztor, zapierają dech w piersi. Szybko jednak po naszym przyjeździe, kalwaria pogrążyła się w kłębach mgły, chmurach, z których deszcz padał prawie nieprzerwanie od niedzieli do czwartku. Aura taka nie nastrajała nas: mnie, Eli i Ani zbyt optymistycznie. W niedzielę wieczorem złapałam porządnego doła. Chciałam wracać. Każde wyjście z namiotu łączyło się ze zmoczeniem kolejnej pary skarpetek. Dopiero we wtorek zaczęłam stosować worki foliowe na skarpetki, co nieco zwiększyło moje poczucie komfortu, do momentu, gdy te niepostrzeżenie nie zsunęły się z moich stóp. Na szczęście Ela i Ania zgodziły się przenieść do sali konferencyjnej w domu pielgrzyma. Warunki tam były o niebo lepsze. Przede wszystkim nie trzeba było pokonywać pola namiotowego, które do wtorku zdążyło się zmienić w regularne bagno. Nareszcie w nocy było mi ciepło, sucho i miękko (mieliśmy do dyspozycji materace). Tego dnia franciszkanie ogłosili ewakuację pola namiotowego. Otworzyli swoje stodoły, strychy, dosłownie wszystko co mieli, żeby swoiści pielgrzymi mieli suchy kąt do snu. Niektóre namioty po bardzo obfitych opadach zaczęły przemakać. Inne poprzewracały się od bardzo silnego wiatru. My w sumie w domu pielgrzyma mieliśmy najbardziej komfortowe warunki, ponieważ na strychu było w ciągu dnia strasznie duszno i panował tam ogromny ścisk. U nas też było dosyć dużo ludzi, ale darmowy prysznic i 3 umywalki z ciepłą wodą doceniliśmy w pełni. :)
    Z powodu ciągłego deszczu, największą atrakcją były przewidziane w programie FSMu konferencje, nabożeństwa, no i oczywiście msze święte. Codzienne koncerty na świeżym powietrzu (w błocie) już nie wzbudzały naszego entuzjazmu. W sumie byłyśmy i bawiłyśmy się tylko na koncercie: Stróży Poranka. Po koncertach, o godzinie 22:00 zaczynały się konferencje Leszka Dokowicza. We wtorek pan Leszek mówił o swoim nawróceniu oraz o grzechach przeciwko I przykazaniu. Słyszałam to już po raz trzeci, ale tym razem było to połączone z obrazem, co niewątpliwie wzmogło przekaz. W środę Dokowicz miał konferencję o grzechach przeciwko 6 przykazaniu; o nieczystości, antykoncepcji i największym złu naszych czasów aborcji. Zaskoczyło mnie stwierdzenie, że nienarodzone dzieci idą od razu do nieba. Mogłoby się wydawać, że szatan strzela sobie „samobója” promując takie „załatwianie sprawy”. Ale aborcja niszczy nie tyle zabite płody, co ich rodziców, którzy dopuszczają się tego grzechu. Często kobiety nie potrafią sobie przebaczyć. Kolejną rzeczą, która mnie zdziwiła, to moc modlitwy, która okazała się nieporównywalnie bardziej skuteczna w porównaniu z manifestacjami, pochodami i innymi próbami uświadamiania ludzi, jak dużym złem jest zabijanie nienarodzonych.
    W czwartek miał być przekaz multimedialny na temat Ducha Świętego i wspólnoty. Po całym pełnym wrażeń dniu, byłam przeraźliwie śpiąca. Nie kontaktowałam zbyt dobrze. Zasypiałam podczas, gdy pan Leszek robił wprowadzenie do tematu. Planowałam wyjść, zanim zacznie się film. Zostałam w zasadzie tylko dlatego, że siedziałam w środku kościoła w ławce i próba wydostania się z tego miejsca, wiązałaby się z wieloma żywymi przeszkodami.
    obejrzyjcie proszę: http://www.youtube.com/watch?v=QSVx7WvxvAs&feature=related
    W trakcie filmu, sen mi przeszedł mi jak ręką odjął. Wzruszył mnie strasznie, zszokował, tym bardziej, że Ela powiedziała, że dwie godziny wcześniej podczas adoracji, w której ja nie uczestniczyłam, ludzie padali jak muchy. Pomyślałam, kurczę, może faktycznie Duch Święty jest tak potężny. Po seansie rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu z modlitwą o uzdrowienie. Z czasem ludzie zaczęli mieć spoczynek w Duchu Świętym. Gdy zobaczyłam to na własne oczy, uwierzyłam, że to nie jest żadna podpucha, ani udawanie. To się działo na prawdę. Mocą Jezusa i Ducha Świętego. Uświadomiłam sobie jak mała była moja wiara. Że próbowałam często wszystko robić tylko swoimi siłami. I właśnie dlatego tak często różne rzeczy mi nie wychodziły, co mnie frustrowało i wpędzało w depresję. Podczas modlitwy wzywałam Ducha Świętego, żeby mnie uzdrawiał, przemieniał moje serce, obdarowywał mnie swoimi darami. Po jakimś czasie (już oczywiście całkiem zapłakana) poczułam chłód. Zaczęły wstrząsać moim ciałem dreszcze, które wzmagały się. Po jakimś czasie, moje nogi trzęsły się jak galareta. Podobnie ręce. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nie miałam żadnego wpływu nad tym co się działo. Myślałam, że może jakiś zły duch się ze mnie wyrywa. Podszedł do mnie ojciec franciszkanin. Położył mi ręce na głowie. Dreszcze minęły. Pomyślałam, że kapłan mnie uzdrowił, ale po 5 minutach, gdy znowu się modliłam, wszystko wróciło. Trzęsłam się nawet jeszcze mocniej. Spojrzałam dookoła. Niektórzy leżeli na ziemi, a Ania siedząca koło mnie, trzęsła się jeszcze bardziej niż ja. Złapałyśmy się za ręce i trzęsłyśmy się razem zapłakane. Stwierdziłam, że nic złego chyba jednak się z nami nie dzieje i po prostu mamy dar dreszczy. WOW. Myślałam, że tylko wybrańcy dostępują takich namacalnych darów Ducha. A mnie to na pewno nic się nie przydarzy. Niespodzianka! Wiele osób otrzymało w tamtą noc jakiś dar. Niektórzy nawet mówili językami.

    Całe to doświadczenie – FSM utwierdził mnie w przeświadczeniu, że na świecie niesamowicie realne są dwie siły: dobra i zła. Jednak dobro już zwyciężyło. Jezus zwyciężył za nas na krzyżu i ma MOC czynić w naszym życiu takie cuda, jakich, nawet ja (osoba wierząca) sobie nie wyobrażałam. Jego siła jest jak najbardziej realna i namacalna. Uzdrowienia, zaśnięcia i inne dary dzieją się, ale tylko wtedy, gdy człowiek otworzy serce i pozwoli Bogu działać. To wbrew pozorom, nie jest wcale takie łatwe.
    Wiara jest łaską. To coś, co dał nam Bóg, jak talenty w przypowieści. Trzeba jednak coś z tym darem zrobić, bo inaczej zaprzepaścimy swój dar i po śmierci wcale nie trafimy tam, gdzie byśmy chcieli.
    Ci, którzy z różnych powodów mają małą wiarę (albo mówią, że nie mają jej wcale), twierdzą, że nawróciliby się, gdyby ktoś (najlepiej sam Bóg) przedstawił im niezbity dowód na istnienie Stworzyciela, który jest Miłością. Problem jednak w tym, że ich oczy są jakby na uwięzi. Choć patrzą, nie widzą, lub zobaczyć nie chcą. Nie szukają, bo ten kto szuka, znajduje.
    „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.” (Mt 25:29)
    Jeśli ktoś jeździ na rekolekcje, modli się, szuka Boga, jego wiara się rozwija. Po pewnym czasie staje się szczęśliwym człowiekiem, pełnym radości i pokoju. Każda osoba ochrzczona, jest przecież powołana do świętości. Szkoda, że tak mało osób w to wierzy. Świat byłby wtedy nieco przyjemniejszym miejscem do życia.
    Ok. To teraz wiem, że Bóg i jego moc jest jak najbardziej realna. Oraz, to że zmarł i zmartwychwstał dla mojego zbawienia, to nie jest jakaś ściema, ani bajka. A co z druga stroną medalu? O tym też co nieco dowiedziałam się na FSMie. Po pierwsze, podczas wcześniej przeze mnie wspominanej adoracji, podczas wnoszących się głosów modlących, w kościele rozbrzmiały przeraźliwe, nieludzkie krzyki. Dokładnie takie, jak na filmie. Okazało się, że jedna z osób w kościele była zniewolona przez złego ducha i konieczna była modlitwa kapłanów o uzdrowienie chyba nawet z elementami egzorcyzmu. Szatan jest więc również realną siłą. Okłamuje on ludzi, że albo go wcale nie ma, albo, że siły dobra i zła się równoważą. Zły wmówił satanistom, że wygrana będzie po stronie tego, po której stronie opowie się więcej dusz.
    Bóg natomiast mówi:
    „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście,
    śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i
    chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i
    mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który
    idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz
    i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im – oświadczam wam
    dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą
    idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na
    świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć,
    błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy
    i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu,
    lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na
    ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i
    Jakubowi
    ”.

    Wybór należy do każdego z nas. Tego wyboru musimy dokonywać każdego dnia, często wielokrotnie. To bardzo trudne, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo i przyjemnie.
    Za rok też chcę przyjechać na FSM. :) Chwała Panu!!!
    Na koniec prośba, każdy, kto przeczyta moją notkę, niech zostawi po sobie komentarz. Bynajmniej nie dlatego, że chcę mieć więcej komentarzy pod notkami, ale ciekawi mnie kto dotrwał do końca i zechciał przeczytać to moje świadectwo. Może być nawet jedno słowo, np. przeczytałem. Z góry dzięki. :)


    • RSS